ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Zappa, Frank
We're Only In It For The Money
(1968, album studyjny)

1. Are You Hung Up? 1:24
2. Who Needs The Peace Corps? 2:34
3. Concentration Moon 2:22
4. Mom & Dad 2:16
5. Telephone Conversation 0:48
6. Bow Tie Daddy 0:33
7. Harry, You're A Beast 1:21
8. What's The Ugliest Part Of Your Body? 1:03
9. Absolutely Free 3:24
10. Flower Punk 3:03
11. Hot Poop 0:26
12. Nasal Retentive Calliope Music 2:02
13. Let's Make The Water Turn Black 2:01
14. The Idiot Bastard Son 3:18
15. Lonely Little Girl 1:09
16. Take Your Clothes Off When You Dance 1:32
17. What's The Ugliest Part Of Your Body? (Reprise) 1:02
18. Mother People 2:26
19. The Chrome Plated Megaphone Of Destiny 6:25

Czas całkowity: 39:09
- Frank Zappa (guitar, piano, lead vocals, weirdness & editing)
- Ian Underwood (piano, woodwinds, wholesome)
- Don Preston (keyboards)
- Euclid James “Motorhead” Sherwood (soprano & baritone saxophone, all purpose weirdness)
- Bunk Gardner (all woodwinds, mumbled weirdness)
- Roy Estrada (bass, vocals, asthma)
- Billy Mundi (drums, vocal, yak & black lace underwear)
- Jimmy Carl Black (Indian of the group, drums, trumpet, vocals)
- Pamela Zarubica aka Suzy Creamcheese (telephone)
- Dick Barber (SNORKS)
+
- Arthur Barrow (1984 mix new bass tracks)
- Chad Wackerman (1984 mix new drum tracks)

ALSO:
- Gary Kellgren (creepy whispering)
- Dick Kunc (cheerful interruptions)
- Eric Clapton (has graciously consented to speak to you in several critical area)
- Spider (is the one who wants you to turn your radio around)
- Ronnie Williams (backwards voice)
- Vicki (telephone)

- Orchestral segments conducted by Sid Sharp

1 recenzja

  • Link do recenzji Paweł Bogdan środa, 13 lipiec 2011 00:37 napisane przez Paweł Bogdan

    Powiem szczerze, że jeszcze żadna recenzowana przeze mnie płyta nie wymagała ode mnie tylu wnikliwych badań, muzycznych obserwacji, skupienia, koncentracji i wielu różnego rodzaju przeczytanych artykułów. Album We're Only In It For The Money jest dziełem tak złożonym i wszechstronnym, że rozbijanie go na części pierwsze wymagało ode mnie sporo wysiłku, a tak intrygującej i ważnej dla rozwoju muzyki płyty nie mogłem bez wyrzutów sumienia zostawić niewyczerpująco opisanej.

    Frank Zappa jest bez wątpienia muzykiem wybitnym, jednym z najbardziej utalentowanych artystów w dziejach ludzkości. Mnogość jego projektów, ogrom pomysłów na które nikt inny by nie wpadł, rozwiązań na które nikt inny by się nie odważył, muzycznych decyzji zaskakujących cały świat i niesamowita otwartość umysłu do tej pory intrygują i wprawiają w podziw kolejnych słuchaczy. Frank Zappa był osobą, którego działalność artystyczna jest synonimem głównego zadania rocka progresywnego - jest to przełamywanie barier. To Amerykanin z całą świadomością robił i właśnie tą nowatorskość odnajdziemy na wydanym w roku 1968 albumie.

    Historia tegoż krążka jest niezwykle ciekawa. W roku 1968 grupa The Beatles wydała album pt. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band. Był to koncept album (choć oparty na dość luźnej myśli przewodniej) i z miejsca został okrzyknięty przez krytyków z Wielkiej Brytanii pierwszym w historii koncept albumem. Kiedy brytyjscy dziennikarze wychwalali pomysł z albumem koncepcyjnym pod niebiosa i podkreślali niezwykłą nowatorskość i oryginalność albumu po drugiej stronie oceanu Frank Zappa kipiał ze złości. Dlaczego? Otóż dlatego, że Amerykanin miał już na koncie dwa koncept albumy i to bardziej spójne pod względem fabuły niż Sierżant Pieprz. Nie dziwi więc, fakt że Frank Zappa czuł się przez dziennikarzy i tamtejsze media oraz muzycznych krytyków pokrzywdzony, zapomniany, zepchnięty na boczny tor, a z pewnością niedoceniony. Przecież to on pierwszy wpadł na pomysł albumu będącego pod pewnym względem historią. Znany z nietuzinkowego temperamentu muzyk postanowił się odegrać i nagrać album, który miał przedstawić w krzywym zwierciadle dzieło Beatlesów oraz społeczeństwo, kulturę i czasy w których przyszło mu żyć.

    Rozpocznijmy od szaty graficznej płyty, która już niesie za sobą ciekawy przekaz. Otóż Frank Zappa znany ze swoich nietuzinkowych dowcipów zamienił album stronami! Docelowa pierwsza strona znajduje się wewnątrz albumu, natomiast zdjęcie muzyków (zresztą zachowane w podobnej kompozycji jak fotografia The Beatles z Sierżanta Pieprza), które mogło znaleźć się wszędzie, ale na pewno nie na pierwszej stronie, jest twarzą całego wydawnictwa! Warto zwrócić baczną uwagę na okładkę, która z uwagi na ekstrawagancki zabieg muzyka znalazła się wewnątrz winylowego opakowania. Przedstawia ona prześmiewczą reprodukcję okładki Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band grupy The Beatles przedstawioną w krzywym zwierciadle. Główna strona okładki przedstawia (podobnie jak w przypadku czwórki z Liverpool) grupę osób, z tym że Frank Zappa w miejsce osób sławnych i poważanych jak Marilyn Monroe, Bob Dylan, Albert Einsein, Shirley Temple czy Lenny Bruce zamieścił postacie w pewnym sensie komiczne. Na okładce znajdziemy oczywiście Franka Zappę (choć w dość dziwnym stroju) oraz co ciekawe Jimiego Hendriksa, którym towarzyszą twarze bohaterów komiksów, postaci z obrazów, człowiek na wózku inwalidzkim ubrany w togę, Statua Wolności czy manekin bez ręki! Oprócz tego na okładce znajdziemy pewne marmurowe popiersie (oraz części z postaci) z oczami zasłoniętymi czarnym paskiem (jak u przestępcy) czy zabawki. Tło nie jest jak w przypadku Beatlesów pogodne i bezchmurne, ale niespokojne i zwiastujące burze co obrazuje błyskający nad głowami bohaterów piorun. Warto zwrócić jeszcze uwagę na podpis We're Only In It For The Money. Podobnie jak w przypadku Brytyjczyków tytuł albumu znajduje się rozpisany na bębnie natomiast nazwa twórców zamiast być ułożona w harmonii i dostojeństwie z kwiatów jest rozrzucona na zrytej ziemi, a napis Mothers (czyli Mothers of Invention) tworzą pomidory, marchewki, arbuz i inne warzywa. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na samą nazwę albumu, czyli: Jesteśmy w tym tylko z powodu pieniędzy. Kogo jak kogo, ale Franka Zappę trudno byłoby podejrzewać o tworzenie w celu zarabiania pieniędzy, bo, bądź co bądź, gatunek jaki sobie wybrał do dochodowych nigdy nie należał i należeć z pewnością nie będzie. Jest to kolejne odniesienia to świętujących finansowe triumfy Beatlesów, choć w tym przypadku bardziej do konsumpcyjnego i zachłannego społeczeństwa (w tym tego muzycznego).

    Przejdźmy jednak do części muzycznej. Frank Zappa zawsze uchodził za mistrza muzycznych miniatur, łączenia bardzo krótkich utworów w jedną całość. Można było tego doświadczyć na albumie Freak Out! czy na Absolutely Free, ale i interesujący nas krążek ma podobno budowę. We're only... zawiera 18 utworów o łącznym czasie trwania równym trochę ponad 39 minut (na jeden utwór przypada 2 minuty z sekundami). Tutaj powinienem według swojego starego porządku pisania recenzji zająć się opisywaniem pierwszego utworu, a następnie kolejnego i kolejnego. Po pierwszym, drugim, dziesiątym, n-tym z kolei podejściu w końcu z tego zrezygnowałem. Ta nieznośna i frustrująca sytuacja dała mi jednak bardzo dużo do myślenia i pomogła rozwiązać zagadkę, dlaczego mimo tego, że Frank Zappa jest artystą niesamowicie znanym (jak na około progresywne realia) to recenzji jego albumów nie jest zbyt wiele (a interesującego nas albumu bardzo niewiele). Do czego zmierzam? Muzyki tworzonej przez Franka Zappę po prostu NIE DA się opisać ludzkimi słowami. Zawsze z ironią podchodziłem do znanej wszem i wobec wypowiedzi mistrza, że pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze. W tym przypadku ten taniec jest rzeczywiście prawie niewykonalny, aczkolwiek postaram się, chociaż niefrasobliwie i nie w rytm, stawiać kroki aby przetańczyć te niecałe 40 minut.

    Płyta We're Only In It For The Money jest dziełem niesamowicie złożonym: muzycznych zmian frontu, niespodziewanych i zaskakujących zrywów na tej płycie jest tak wiele (jeden z lepszych przykładów - utwór Mother People), że nie można przejść obok niej obojętnym. Można ją kochać albo nienawidzić. Patrząc na album z bliższej perspektywy można przekonać się, że jest to w sumie parędziesiąt świetnych melodii skleconych w dość dziwny sposób, a przy tym ubarwionych (a może raczej udziwnionych) trudnymi do zidentyfikowania dźwiękami, śpiewem i groteskowymi, prześmiewczymi tekstami. Niby nic wielkiego, ale sposób w jaki stworzył to Frank Zappa budzi niesamowity podziw. Płyta mimo tego, że jest zbudowana w - można rzec - szalony sposób, to bardzo dobrze (co naprawdę zaskakuje) trzyma się jako całość. Na krążku pełno jest tzw. eksperymentalizmu i awangardy, ale co ciekawe innowacyjne elementy wprowadzone przez Zappę (a przypomnijmy że był to dopiero rok 1968!) absolutnie nie rażą uszu, a wręcz przeciwnie - słucha się ich z przyjemnością. Być może dzięki tym ukrytym momentami dźwiękom, różnego rodzaju dialogom i trudnymi do zinterpretowania tekstami płyta do tej pory niesamowicie intryguje, zastanawia i wręcz zmusza do wnikliwego jej przesłuchania. Co więcej? Bardzo ważnym elementem krążka są melodie, które niesamowicie wpadają w ucho (Who Needs The Peace Corps?, Mom & Dad, What's the Ugliest Part of Your Body/ i tak dalej, i tak dalej) i niosą za sobą niesamowicie bajkowy, optymistyczny, a momentami komiczny klimat, a warto tu nadmienić dopracowaną tu wręcz do perfekcji sekcję wokalną. Słychać że autorom krążka wymyślanie nowych i barwnych motywów muzycznych przychodziło z niesamowitą łatwością.

    Twórczość Franka Zappy znają niemal wszyscy. Co prawda za jego najlepsze krążki uchodzą Hot Rats (całkowicie odmienna od We're only...) oraz The Grand Vazoo, ale w moim przekonaniu to właśnie recenzowany krążek najbardziej godzien jest tego, żeby uznawać go za numer 3 w dyskografii artysty.

    Ja osobiście do muzyki podchodziłem (i zapewne będę podchodził) w ten sposób, że album ocenia się nie z perspektywy okresu w którym się żyje, ale z perspektywy czasów, kiedy dany krążek był nagrywany i wydany. Jeżeli podejdziemy do problemu w ten sposób, to moim skromnym zdaniem NIC lepszego wcześniej w tzw. muzyce ambitnej nie zostało wydane. Jeżeli spojrzymy na płytę z perspektywy roku 2011 i muzycznego dorobku tych ponad 30 lat to... dzieło Mothers of Invention również niesamowicie się broni. Trzeba tu z całym szacunkiem oddać to, że Frank Zappa całkowicie wyprzedził swoją epokę tworząc tę muzykę. Inną sprawą jest stworzyć coś innowacyjnego, a inną ukazać innowację jako nie udziwnienie, ale po prostu jako wspaniałą dla serca i duszy muzykę (tylko, że w pewnym sensie inną). Frank Zappa obronił się (i broni do tej pory) w każdym calu. Zresztą można go uznawać po prostu za muzycznego geniusza, rodzącego się raz na sto lat.

    Na koniec chciałbym przytoczyć jeden z wielu barwnych cytatów Franka Zappy: Piszę taką muzykę jaką lubię. Jeśli podoba się innym ludziom, to w porządku, mogą iść do sklepu i kupić sobie płyty. A jeśli im się nie podoba, to zawsze mają Michaela Jacksona do posłuchania. Mam szczerą nadzieję, że Ciebie drogi czytelniku Michael Jackson jednak nie zadowoli i sięgniesz po twórczość Franka Zappy, bo naprawdę WARTO!

Zaloguj się, by dodać recenzję

© Copyright 2007- 2017 - ProgRock.org.pl
10 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version