ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

legionowo17Pewnie się powtórzę, bo już chyba kiedyś wspominałem o tym zjawisku, ale znowu potwierdziło się, że najlepsze rzeczy dzieją się przez przypadek. We wtorek, tydzień wcześniej, odebrałem telefon i usłyszałem, że w piątek i sobotę w następnym tygodniu mogę wziąć udział w trzeciej edycji Prog Rock Fest, który odbywa się w podwarszawskim Legionowie. Niewiele myśląc, oczywiście chętnie zaakceptowałem zaproszenie i 24 marca po pracy zajechałem pod urząd miasta w Legionowie. Przyznam się szczerze, że nie odnotowałem faktu, że festiwal odbywa się nie w okolicy urzędu tylko w samym środku. Okazało się, że w budynku znajduje się coś na kształt sali teatralnej, ze sceną i fotelami (zresztą przedstawienia teatralne też się tu odbywają). Nie przywykłem do konsumowania muzyki na żywo na siedząco, ale coś czuje, że mógłbym się do tego przyzwyczaić. Co tu dużo mówić, warunki były więcej niż komfortowe, a do tego numeracja miejsc była dość umowna i można było w miarę swobodnie przemieszczać się po sali i siadać niemalże gdzie się chce, z czego skrzętnie korzystałem.
Zastanawiałem się jak w takim miejscu będzie brzmiała muzyka. Otóż okazało się, że bardzo zacnie. Oczywiście, zdarzały się pojedyncze problemy techniczne typu zbyt dudniący bas lub pojedyncze sprzężenia, ale ekipa techniczna całkiem sprawnie radziła sobie z takimi niuansami na bieżąco, dzięki czemu odbiór muzyki był po prostu przyjemny.


Festiwal otworzył młody, acz bardzo prężny zespół z Wodzisławia Śląskiego – Walfad (akronim od We Are Looking For A Drummer, który chyba nigdy nie przestanie mnie bawić). Grupa promuje obecnie swój najnowszy album, „Momentum”, ale sięgali do wszystkich album studyjnych, których łącznie wydali już 3. Pamiętając jak Walfad wydawał swoją pierwszą epkę, w innym składzie, jeszcze jako zespół licealny, zastanawiam się, jak ten czas szybko zleciał. Na początku brzmienie było zdominowane przez bas (to są właśnie te drobne problemy, o których wspominałem), ale po okiełznaniu pierwszych trudności dalej było już tylko bardzo dobrze. I całe szczęście, bo początkowo aż fotele się trzęsły. Słychać i widać, że zespół Wojtka Ciuraja sroce spod ogona nie wypadł, a także zdążył już trochę okrzepnąć na scenie (grają z kim się da, ale to bardzo dobrze). Zaczęli od utworu „Ośmiornice”, który rozpoczyna „Momentum”, czyli nie było zaskoczeń, ale myślę, że akurat tej grupie nie o to chodzi. Odnoszę wrażenie, że Walfad dużo bardziej stawia na tożsamość i pamiętanie o tym skąd się jest i dokąd się wraca. Teksty śpiewane po polsku, często dotyczące życia na Śląsku, decydują o charakterze twórczości zespołu i tworzą spójną całość z ogólnym wizerunkiem Walfad. Wizerunkiem kilku fajnych chłopaków ze Śląska, którzy wychodzą na scenę i bez kompleksów grają swoje. Poza „Ośmiornicami”, z najnowszej płyty zespół zaprezentował również takie utwory jak: „Wędrowiec nad morzem mgły”, „Dum Spiro. Spero” (świetne bluesowe przejście i solówka gitarowa), „Oddech dla słów”, czy „Nasi bogowie. Wasi bogowie”, a z poprzednich między innymi długie i wielowątkowe „Liście” raz „Megi.” Szkoda, że nie zawsze dobrze było słychać Wojtka, co przy tekstach śpiewanych po polsku jest bardzo ważne, ale tak czy inaczej było to bardzo dobre otwarcie festiwalu.


Kolejny występ zaskoczył chyba większość uczestników festiwalu. Szwedzka scena progresywna jest oczywiście szeroko znana, ale jak to zwykle bywa, funkcjonują na niej również zespoły, które niekoniecznie przebiły się do świadomości szerszej publiki (chyba, że to tylko kwestia mojego muzycznego analfabetyzmu). Trettioåriga Kriget (po naszemu, „Wojna trzydziestoletnia”) powstał w 1970 roku i do dziś istnieje i gra w niezmienionym składzie! Nie chcę nawet zgadywać średniej wieku muzyków, ale powiem tylko jedno, chciałbym w ich wieku mieć tyle samo energii i siły. Panowie stworzyli wspaniałe widowisko muzyczne. Jestem pewien, że mogliby zaimponować wielu młodym zespołom, a wielu mogliby też nauczyć jak należy zachowywać się na scenie. Nie ukrywam, że ja po prostu lubię taką muzykę jaką zaprezentowali Szwedzi, dlatego delektowałem się nie tylko niesamowitą pasją i żarem, które biły ze sceny, ale również samymi dźwiękami. Trettioåriga Kriget gra tak zwany klasyczny rock progresywny, w stylu Genesis, Yes, King Crimson, czy ELP. Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę, że TK tworzyli w tym samym czasie co najbardziej znane zespoły sceny brytyjskiej z lat 70-tych. Mieliśmy do czynienia z bardzo profesjonalnym, świetnie przygotowanym i zgranym zespołem, który dzieli się swoim doświadczeniem i pasją. Widać, że ci starsi panowie (nic złośliwego, taka jest prawda) kochają muzykę, mają bardzo duże umiejętności i potrafią przekuć je w piękne dźwięki, bo ich twórczość jest po prostu piękna. Bardzo bogate brzmienie, z odniesieniami do hard-rocka i bluesa (dużo cudownych solówek gitarowych, kolorowe pasaże klawiszowe). Jak na zimną Szwecję, zespół wykreował bardzo ciepły, wręcz przytulny klimat. Uśmiechałem się pod nosem widząc jak perkusista cieszył się i rozbrajająco się śmiał (pomijam już fakt, że czasem równocześnie grał i śpiewał, czego nawet wielu młodszych muzyków nie zrobi bez respiratora). Aż żal ściskał serce gdy ich występ dobiegł końca. Po koncercie Trettioåriga Kriget słyszałem wśród publiczności komentarze typu „ale była miazga” i były one jak najbardziej pozytywne! Zespół rzeczywiście miażdżył podejściem, energią i zaangażowaniem. Coś niesamowitego.


Collage to zespół na polskiej scenie specyficzny. Nie dość, że od czasu reaktywacji zdaje się istnieć wbrew wszystkiemu, to jeszcze posiada chyba każdy rodzaj fanów i krytyków. Są tacy, którzy ich kochają, daliby się za nich pokroić i chodzą na wszystkie ich koncerty. Z drugiej strony, nie brakuje ludzi, którym Collage pozostaje obojętny lub po prostu przeszkadza. Osobiście, szanuję ten zespół i cenię ich dokonania, uważam, że bardzo dobrze wypadają też na żywo, choć działają na zasadzie sprawdzonych schematów (stare sztuczki, jak wycieranie się nawzajem ręcznikami czy dzwonienie do kogoś tam). Jednak występ głównej gwiazdy pierwszego dnia festiwalu Prog Fest 2017 w Legionowie był wyjątkowo dziwny. Przede wszystkim, grupa po raz ostatni wystąpiła w składzie z wokalistą Karolem Wróblewskim. I chociaż ten ostatni starał się zachowywać pozory normalności, było widać w nim pewien smutek i coś na kształt zmęczenia lub zniechęcenia. Niby to były tylko pojedyncze grymasy, a Karol zachowywał się zgodnie ze swoimi standardami (bardzo dużo się ruszał, skakał, biegał, tańczył, czyli uprawiał stały repertuar swoich wygibasów), ale dało się poznać, że coś jest nie tak. Mimo wszystko, jak zwykle Collage trafił na swoją publiczność, która tego wieczoru, jak to określił Wojtek Szadkowski, była „wyjątkowo elokwentna”. Na porządku dziennym były okrzyki typu „mniej basu, więcej wokalu” (Piotr Mintay Witkowski ma chyba nieco dziwnych znajomych), czy mój ulubiony „więcej smoły na werbel”, na co Wróblewski przekornie odpowiedział „więcej Szatana na hi hatie”. Repertuar nie zaskoczył, ale trudno żeby było inaczej przy tak małej ilości nowych utworów. „Heroes cry”, „Ja i Ty”, „Baśnie”, czy „Kołysanka” to żelazna klasyka i standard na koncertach warszawskiego kwintetu. Nawet "A moment a feeling" i "Man in the middle", względnie świeże, bo stworzone za czasów Karola Wróblewskiego, już nie zaskakują. Oczywiście, że oba utwory są na wysokim poziomie i bardzo dobrze brzmią, urozmaicają występy zespołu, ale to wciąż za mało by z wrażenia złapać się za głowę. Natomiast doceniam energię całego zespołu, nie tylko Wróblewskiego, który jest dużo młodszy od pozostałych muzyków. Widać w nich wciąż tę młodzieńczą energię i chęć do grania. Niestety, chęci nie wystarczą, jeśli nowego materiału przybywa w tak wolnym tempie. Nie zmienia to faktu, że koncerty Collage są po prostu bardzo przyjemne, chociażby dlatego, że grają dobrą muzykę, a dla wielu stanowią dodatkowo wycieczkę sentymentalną.
Niestety, z przyczyn czasowo-logistyczno-transportowo-sobotnio-poranno-obowiązkowych, nie mogłem zostać do końca koncertu. Żałuję, bo nie ukrywam, że mimo wszystko dobrze bawiłem się na koncercie Collage, zresztą nie pierwszy raz.


Drugiego dnia, zawitałem do Legionowa z całkiem nowymi siłami, po trochę ponad 5 godzinach snu, gotowy na kolejne wrażenia. A tak poważnie, usiadłem jeszcze bliżej niż dzień wcześniej (to w nawiązaniu do tej umownej numeracji miejsc) i byłem ciekaw co zaprezentuje Amarok. Zespół Michała Wojtasa powraca po latach niebytu, zatem jego występ nie był czymś oczywistym, ale to zawsze cieszy, gdy kolejny ambitny projekt powraca do życia. Nie wiem czy ktokolwiek by się ze mną zgodził, ale dla mnie to był najlepszy koncert tego festiwalu (ewentualnie ex aequo z Trettioåriga Kriget). Niesamowicie intymny, mistyczny występ ludzi piekielnie zdolnych, a do tego nadzwyczaj skromnych. Uwielbiam takie połączenie. Zero buty i pychy, za to maksimum profesjonalizmu. Zażenowanie lidera przy powstających z rzadka sprzężeniach było dość urocze, ale jestem w stanie zrozumieć dążenie do perfekcji. Muzyka, którą tworzy ekipa Michała Wojtasa to granie przede wszystkim niesamowicie klimatyczne, wciągające i urzekające. Duch Pink Floyd unosił się dookoła, jednak twórczość Amarok sięga dużo dalej niż tylko kopiowanie mistrzów. Zaskakujące było już same instrumentarium, bardzo bogate. Przed rozpoczęciem koncertu, można było odnieść wrażenie, że za chwilę na scenę wyjdą co najmniej dwa lub trzy zespoły. Gitary, klawisze, perkusja to może nuda, ale co powiecie na bongosy, flet, liczne grzechotki i inne perkusyjne „przeszkadzajki”, harmonium, czy theremin? Zwłaszcza ten ostatni wywoływał emocje i żywe reakcje, ponieważ trzeba przyznać, że gra na tym instrumencie (a może po prostu używanie tego urządzenia) jest widowiskowa. Jednak to nie tanie sztuczki, a emocje i klimat zadecydowały o wyjątkowości występu Amarok. Zespół wytworzył jedyną w swoim rodzaju atmosferę i kusił nowymi kawałkami. Michał Wojtas nagrywa obecnie nowy album, „Hunt” i duża część utworów zaprezentowana w Legionowie pochodzi właśnie z jeszcze nie wydanej płyty (już wiemy, że gościnnie udzielili się na niej Mariusz Duda i Collin Bass). Jeśli efekt końcowy będzie przynajmniej zbliżony do tego, co można było usłyszeć na trzeciej edycji Prog Rock Fest, to naprawdę jest na co czekać! A „Winding stairs” nuci już chyba każdy uczestnik festiwalu.


Po przerwie technicznej, trochę dłuższej z uwagi na konieczność dokonania demontażu wszystkiego co znajdowało się na scenie, a jak wspomniałem było tego sporo, na scenę wyszedł odmieniony Loonypark. Raz, że z perkusistą Millenium, Grzegorzem Bauerem, dwa, że z nową wokalistką. Sabina Godula-Zając nie rozstała się z zespołem na dobre, wciąż funkcjonuje jako ich tekściarz, ale przekazała obowiązki wokalistki Magdzie Grodeckiej. Jak zwykle wyjdę na świnię i szowinistę, ale ktoś musi to powiedzieć, więc powiedzmy, że padło na mnie. Magda zostałaby Miss Rocka Progresywnego, gdyby tylko istniał taki konkurs. A jak jeszcze zdjęła buty i zaczęła chodzić boso po scenie… ekhm, ale wróćmy do muzyki. Zespół zagrał w tym składzie pierwszy raz na żywo i poradził sobie wzorowo. Może na początku, przez chwilę było widać u wokalistki lekką tremę, ale szybko sobie z tym poradziła i koncert przebiegał bez problemów. Może nie było fajerwerków, nikt nie pluł ogniem i nie skakał po suficie (wyobrażacie sobie skrzyżowanie Rammstein i Dillinger Escape Plan?!), ale mieliśmy przyjemność oglądać bardzo solidny i profesjonalnie przygotowany występ. Biorąc pod uwagę, że lider i klawiszowiec grupy, Krzysztof Lepiarczyk bardzo skrupulatnie zapowiadał każdy utwór, nie muszę korzystać z setlist.fm (taki żart, nie?). Zatem, między innymi odpływaliśmy przy tajemniczym „Something to forget”, czy emocjonalnym „Face in the mirror”, machaliśmy głowami (no co? Ja machałem) przy „Catch and release” (przy okazji, świetna solówka gitarowa), czy słuchaliśmy ciekawych efektów gitarowych oraz kolejnych solówek w „Train of life”. Jak łatwo wywnioskować, repertuar stanowił zeszłoroczny album „Perpetual”, zagrany w całości z wyjątkiem „In the name…”. Miłym dodatkiem były również dwa kawałki pochodzące z solowej płyty Krzysztofa Lepiarczyka „Art therapy”: „I still remember” i „Nothing”. Ich klimat jest zbliżony do twórczości macierzystej grupy Krzysztofa, dlatego bardzo dobrze wpasowały się do pozostałych granych utworów.


Daniem głównym festiwalu był zespół Lion Shepherd. Młodzi, gniewni i nabuzowani, chciałoby się powiedzieć. Na całe szczęście, również zdolni. Trzon zespołu stanowią Kamil Haidar i Mateusz Owczarek czyli byli członkowie formacji Maqama. Kamil śpiewa, Mateusz gra na gitarze i oud (lutnia arabska lub lutnia perska, arabski instrument strunowy, przypominający skrzyżowanie gitary i sitaru). Powiedziałbym, że Lion Shepherd to w pewnym sensie polska odpowiedź na Myrath czyli mix metalu progresywnego i brzmień orientalnych. Mocne, ciężkie brzmienie, potężne riffy gitarowe, bardzo dobre, techniczne solówki. Do tego, mocny, czysty śpiew wokalisty i okazjonalnie wplatane elementy dalekowschodniego folkloru (częściowo z sampli, a częściowo na żywo, ponieważ panowie wzięli oud ze sobą). Zespół potrafi zagrać bardziej lirycznie („Lights out”), choć robi to raczej sporadycznie i przebojowo, czego przykładem jest „Brave new world”, które można usłyszeć nawet w radiu, jak się słucha odpowiedniej stacji. Nie zabrakło również drugiego największego „hitu” zespołu czyli rozbudowanego, etniczno-metalowo-progresywnego „When the curtain falls”. Był to zdecydowanie najcięższy występ całego festiwalu, można było śmiało machać głową, jeśli tylko ktoś jeszcze miał siłę. Lion Shepherd grali utwory, zarówno z wydanego w 2015 roku debiutu, jak i z nadchodzącej, nowej płyty, która ukaże się w maju. Zacierajcie ręce, zwłaszcza jeśli jesteście fanami brzmień spod znaku wspomnianego już Myrath, choć może trochę zaskakująca prawda jest taka, że miłośnicy Porcupine Tree też mogą się przy tej muzyce uśmiechnąć (choć pewnie woleliby się zasmucić).
I to by było na tyle. Wspaniały weekend, a do tego jeszcze można było się w końcu wyspać w niedzielę (z czego niżej podpisany skorzystał jeszcze chętniej niż z tych wygodnych foteli w sali legionowskiego urzędu). Trzeba przyznać, że organizatorom festiwalu udało się dokonać wielu trudnych rzeczy. Ściągnęli z daleka Walfad, ściągnęli z jeszcze odleglejszej krainy, a także z odmętów historii Trettioåriga Kriget, pozwolili nam ostatni raz zobaczyć na żywo Collage z Karolem Wróblewskim, wyciągnęli z szafy i odkurzyli Amarok, sprowadzili z Krakowa bardzo rzadko koncertujący Loonypark i dali szansę młodym z Lion Shepherd. Jak na dwa dni to całkiem nieźle! Przede wszystkim umożliwili nam spędzenie dwóch cudownych wieczorów z piękną muzyką, którą można było się delektować w idealnych warunkach. Legionowo to kolejny punkt na progresywnej mapie Polski i mekka ludzi, którzy chcą od muzyki czegoś więcej niż radosne umpa-umpa. Prog rock wciąż ma się dobrze, co dobitnie pokazali organizatorzy Prog Rock Fest 2017. Pięknie dziękuję i obiecuję wrócić tu za rok. Wstyd byłoby się nie pojawić, mając tak blisko, a i żal byłby ogromny, kiedy już wiem ile bym stracił.
Przybył, zobaczył, wysłuchał, wrócił, nie wyspał się, przybył ponownie, zobaczył, wysłuchał, wrócił by wreszcie się wyspać i spisał,
Gabriel „Gonzo” Koleński

© Copyright 2007- 2017 - ProgRock.org.pl
10 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version