ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Rok 2018 niewątpliwie już dawno przeszedł do historii, dlatego też pragnę podzielić się z Wami moimi typami płytowymi. W rocznych podsumowaniach najbardziej nie lubię tego hierarchizowania, wyborów między pierwszym i ostatnim miejscem. Dlatego bardzo proszę, żeby każdy potraktował poniższe zestawienie jako zbiór dobrych albumów, które ukazały się w zeszłym roku, bez patrzenia na kolejność. Z tego powodu z premedytacją pominąłem numerację. Po prostu cieszmy się dobrą muzyką, której zeszły rok dostarczył nam w dużych ilościach. Jak zwykle zaznaczam, że poniższe zestawienie jest absolutnie subiektywne i nie musi nikomu odpowiadać.


 1


Walfad – „Colloids” – nie chodzi o to, że jestem zaskoczony wysokim poziomem nowej płyty Walfad, bo zespół już przyzwyczaił mnie do ciągłego rozwoju, ale nie spodziewałem się czegoś takiego. Walfad nagrał płytę zasadniczo idealną. Oczywiście każdemu nikt nie dogodzi, ale tu nie ma się do czego przyczepić. Wspaniałe, korzenne brzmienie, ciekawe pomysły, różnorodność, dobre teksty. Żyć nie umierać. A to wszystko w wykonaniu bardzo młodych i piekielnie zdolnych ludzi. I choć poziom polskich płyt w zeszłym roku był równy i bardzo wysoki, „Koloidy” należą do albumów, do których moje myśli wracały najczęściej.


 

2
Thesis – „Kres” – znowu młodzi ludzie (choć trochę starsi od Walfad) i znowu zaskoczenie. Byłem bardzo ciekaw co Warszawiacy wymyślą tym razem, co nie było proste, bo Thesis wypracował charakterystyczny, własny styl, który jest rozpoznawalny, ale jest też pułapką, bo trudno go zróżnicować. Delikatna zmiana rozłożenia akcentów pozwoliła jednak na stworzenie albumu bardzo dojrzałego i klimatycznego. Nie jest to płyta dla wesołków, ale nie dla nich została nagrana.


3
Katedra – „Człowiek za dużo myślący” – chciałoby się zakrzyknąć „evviva l'arte!”. I słusznie, krzyczmy, że mamy świetne, młode zespoły, które grają niebanalnie i wciąż poszukują, a ich głowy kipią od pomysłów. Katedra udowodniła również, że wciąż da się nagrać płytę z piękną, polską muzyką w starym, dobrym stylu, bez kompleksów i tęsknego zaglądania w zachodnią stronę świata.


 

4
Art Of Illusion – „Cold War Of Solipsism” – to chyba najcięższa płyta w moim zestawieniu, ale też jedna z najbardziej fascynujących i rozbudowanych, mimo dość krótkiego czasu trwania. Cieszę się, że bydgoski zespół nagrał spójny i konsekwentny album, a muzycy mieli okazję zaprezentować w pełni swój talent kompozytorski i wykonawczy. Nie mówię, że głównie instrumentalny debiut był zły, ale mam wrażenie, że dopiero teraz panowie mogli całkowicie rozwinąć skrzydła, a w przyszłości polecą gdzie tylko będą chcieli.


 

5
Halucynacje – „La Petite Blonde – za tych chłopaków bardzo mocno trzymam kciuki. Po kilku małych albumach, nadeszła pora na pełnometrażowy debiut, który okazał się być ciosem między oczy. Psychodeliczny jazz chwyta za gardło i nie odpuszcza. Płyta jest krótka, ale muzyka na niej zawarta jest bardzo bogata brzmieniowo i zróżnicowana. W większej dawce mogłaby rozsadzić co bardziej poczciwe umysły (w tym mój). Liczę na to, że panowie zbiorą się w sobie i wkrótce znowu coś nagrają, bo dobrych Halucynacji nigdy dość!


 

6
Riverside – „Wasteland” – byłoby dziwne, gdyby w moim zestawieniu nie pojawił się nowy album Riverside. Tak, zespół mocno się zmienił i odszedł od dawnego brzmienia. Tak, najsłynniejsza polska grupa prog rockowa zgarnia wszelkie możliwe laury, wszyscy ich słuchają i o nich piszą. Tak, muzycy Riverside stali się progresywnymi celebrytami. Nie zmienia to jednak faktu, że nagrali doskonały album, znacznie prostszy w odbiorze niż do tej pory, ale wciąż niezwykle emocjonalny i głęboki. Jest ciężko, surowo i inaczej, czyli tak jak powinno być po apokalipsie.


 

7
Cereus – „Dystonia” – potem będzie, że wspieram głównie warszawskie zespoły, ale są co najmniej dwa, których dobre, zeszłoroczne płyty nie znajdą się w tym podsumowaniu. Znalazł się natomiast Cereus ze swoją debiutancką „Dystonią”. Album, który absolutnie mnie oczarował klimatem, zdolnością budowania nastroju i zapadającymi w pamięć kompozycjami. Wspaniała propozycja dla fanów cięższej i bardziej mrocznej odmiany muzyki progresywnej. Do tego świetne teksty oraz wokal, które łącznie dają fascynującą mieszankę wybuchową.


 

8
Lizard – „Half-Live” – jak to szło? Muzyka ciężka, trudna i nieprzyjemna? Jak zwykle dwa pierwsze się zgadzają, ostatnie już niekoniecznie. Lizard, podobnie jak Katedra, wyskoczył pod koniec roku spod ziemi i zaproponował jeden z lepszych albumów A.D. 2018. Dobrym pomysłem było odejście od bardziej przystępnego brzmienia „Master & M” na rzecz powrotu do klimatu „Psychopulsu”. Jest do bólu karmazynowo, ale i maksymalnie lizardowo. Kompozycje, niczym dobry melodramat, zawierają liczne zmiany, przejścia, pauzy, rozstania i powroty. Przede wszystkim, album nie jest przegadany, tylko krótki i zwarty. I w ogóle mi nie przeszkadza, że jest to jeden utwór, który trwa ponad 40 minut…


 

9
Weedpecker – „III” – kolejny warszawski zespół, ale co ja poradzę, że często stykam się z kapelami, które grają w moim mieście i sprzedają mi swoje płyty… A tak poważnie, to jak na razie, Weedpecker nagrał swój najlepszy krążek. Muzycy wyszli poza sztywne stonerowe ramy, nadając utworom mnóstwo przestrzeni i lekkości, ale też psychodelicznego sznytu. Trzeciego albumu Warszawiaków po prostu przyjemnie się słucha. Nie ma to jak wybrać się w podróż w nieznane w doborowym towarzystwie.


 

10
Long Distance Calling – „Boundless” – szczerze mówiąc, to nie sądziłem, że ten zespół jeszcze kiedykolwiek powróci w taki sposób. Kiedyś grali fajnego, instrumentalnego post rocka z okazjonalnymi gośćmi za mikrofonem. Potem zaczęli kombinować ze stałym wokalistą, grać bardzo nowocześnie i niestety mało oryginalnie. Wreszcie wkurzyli się i w wielkim stylu powrócili do tego co potrafią robić najlepiej. Znowu jest instrumentalnie, ale z pasją, ogromną energią i ciekawymi pomysłami. Cieszę się, że powróciło „jedyne słuszne” Long Distance Calling.


 

11
Subsignal – „La Muerta” – nie sądziłem, że rock progresywny można grać w tak przebojowy sposób. A przede wszystkim, nie sądziłem, że coś takiego mogłoby mi się spodobać. A jednak. „La Muerta” po prostu oszałamia melodiami i nieczęsto niespotykaną w prog rocku chwytliwością. Mimo obezwładniającej przystępności, album jest niebanalny, pozbawiony prostactwa czy nachalności. To czysta pasja i radość tworzenia przelana na piękne dźwięki. Nie zawsze musi być ciężko i skomplikowanie, żeby było dobrze.


 

12
Gazpacho – „Soyuz” – ten zespół albo łyka się w całości albo odrzuca się automatycznie każdy kolejny album. Dlaczego? Bo brzmienie jest bardzo zhomogenizowane, jednolite. A mówiąc wprost, większość płyt Gazpacho brzmi jak… kolejne płyty Gazpacho. Choć Norwegowie są bardzo konsekwentni w swojej twórczości, w zeszłym roku udało im się stworzyć album z naprawdę przekonującą i emocjonalną muzyką. Podstawą jest, jak zwykle, opowiadana przez wokalistę historia, ale w tym przypadku bardzo ciekawa i pozwalająca na swobodną interpretację. Przyjemnie jest zanurzyć się w tej muzyce i nieco odpłynąć.


 

13
Crippled Black Phoenix – „Great Escape” – Justin Greaves znowu to zrobił. Jego grupa nagrała album bardzo długi, rozbudowany i otulający swoją niezwykłą atmosferą. CBP powinno otrzymać medal w kategorii “zasłużeni dla budowania nastroju w muzyce”. Każda płyta tego kolektywu (lider nie obraża się na to słowo, a nawet sam wskazuje je jako prawidłowe) przynosi inne brzmienia i pomysły. Tym razem, muzycy postawili na długie pasaże i powolne rozwijanie kompozycji. Nie uświadczymy tu prostych melodii i chwytliwych refrenów, ale każda wrażliwa dusza drgnie pod wpływem tych dźwięków.


 

14
Dead Can Dance – „Dionysus” – oj, zatańczył Dionizos na tej płycie (polecam wywiady z liderem DCD dotyczące ogólnego konceptu). Lisa Gerard i Brendan Perry powrócili z wyjątkowym albumem. Otrzymaliśmy dwie, głównie instrumentalne suity, z których każda podzielona jest na kilka części. Nie znajdziemy tu typowych utworów, zakładając, że muzyka DCD była kiedykolwiek „typowa”, lecz przenikające się kompozycje, które czerpią inspiracje z muzyki pochodzącej z różnych zakątków świata. Co ciekawe, Brendan Perry nie lubi określenia „world music”. „Dionysus” powinien zadowolić fanów Dead Can Dance, choć album nie brzmi jak ich poprzednie propozycje.


 

15
The Pineapple Thief – „Dissolution” – przy tak wyrównanej rywalizacji innych zespołów, to cud, że „Złodzieje” znaleźli się w moim zestawieniu akurat z tą płytą. W przypadku „Your Wilderness” nie miałem wątpliwości, bo to jeden z najlepszych albumów grupy Bruce’a Soorda. Przy „Dissolution” już nie byłem taki pewny, bo to płyta trochę nierówna, ale dostarczająca, mimo wszystko, wielu wrażeń i kilku kolejnych koncertowych hitów. To również dowód na to, że stara miłość nie rdzewieje.


 


Ubiegły rok przyniósł tak naprawdę masę dobrych płyt, ale niestety nie na wszystkie znalazło się miejsce w moim zestawieniu. Jeśli w rocznym podsumowaniu brakuje nowych albumów takich grup jak Here On Earth, Exlibris, Sunnata, Seasonal, Albion, Mystery, Antimatter czy Galahad, to wiedz, że coś się dzieje…
Gabriel „Gonzo” Koleński

La Petite Blonde

© Copyright 2007- 2017 - ProgRock.org.pl
10 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version