ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Zmierzch Gigantów - IRON BUTTERFLY, klub Łykend, Wrocław, 13.03.2012

{mosimage}Przejechałem kilkaset kilometrów, aby zobaczyć ten koncert. I na początek mała konsternacja. Klub Alibi, w którym miał się odbyć koncert to relikt epoki Gierka, brudny, odrapany, szyby na piętrze poobklejane starymi plakatami, z których zostały już tylko białe plamy. Jedyną czystą białą kartką, była ta przyklejona na drzwiach klubu, że z przyczyn niezależnych od… koncert został przeniesiony do klubu Łykend (Podwale) i tyle. I bądź tu chłopie mądry, przejedź kawał drogi po Polskim Kraju i szukaj klubu, nie znając miasta.


Na szczęście mój stary przyjaciel, dzięki któremu miałem bilety, pokierował mnie i razem udało nam się dotrzeć pod nowy adres. Okazało się, że klub Łykend jest mniejszy niż Alibi (widać nie sprzedali odpowiedniej liczby biletów), ale poprzez swój kształt (długa wąska kiszka) sprawił, że tłum liczący tak około 50 osób, zrobił ścisk przed sceną i na 7 metrów od niej. To wystarczyło, aby marketingowo wyglądało, że jest dużo ludzi.

A widownia, to generalnie mój przekrój wiekowy – ludzie około pięćdziesiątki wychowani w złotych latach 70. Więc sami swoi, ale niektórzy z dziećmi – tradycja przechodzi na młodsze pokolenia. Salka kameralna, sprzęt jak na próbie w domu kultury, no, może tylko lepszej klasy. Od początku atmosfera na widowni była gorąca, bo klub mały, piwa dużo, więc ciepło. Ze względu na zmianę miejsca koncertu, sam występ zaczął się o 30 minut później niż pierwotnie planowano, czyli o 20:30. I to punktualnie.

Zespół wyszedł na scenę. Trzech członków samodzielnie, a basista Lee Dorman prowadzany za rękę przez technicznego-asystenta. Lekka konsternacja – oglądałem wiele występów grupy z lat 1995-2005 i wszędzie basista był oazą zdrowia. Widać wiek już robi swoje. Ale o tym później…

Głośno ustawione wzmacniacze od razu przygwoździły nas. Na początek Iron Butterfly Theme. Już w pierwszych taktach słychać było kto tu rządzi – rockowe brzmienie nadaje świetny gitarzysta Charlie Marinkovich, który dołączył do składu w 2002 roku. Klawiszowiec i główny wokalista Martin Gerschwitz, grający z zespołem od grudnia 2005 roku, znakomicie wykorzystał brzmienie Hammonda (choć szkoda, że elektronicznie wygenerowane, a nie oryginalne). Pałker Ron Bushy, który nigdy się nie starzeje, grał jak w transie, a całości dopełniał siedzący na krzesełku barowym Lee Dorman. Po krótkiej części słownej zespół zagrał In The Time Of Our Lives i Stone Believer. Te utwory po ponad 40 latach od nagrania, zabrzmiały świetnie. Nowocześnie, rockowo, z werwą i znakomitym pulsem. Widać, że granie nadal sprawia muzykom przyjemność. Grają nie jak na próbie (choć wygląd klubu przywodziłby raczej takie klimaty), lecz na wielkim koncercie. Podczas wstawek słownych Dorman stwierdził co prawda, że w swojej karierze grali w mniejszym i większych klubach, ale z tymi mniejszymi chyba lekko przesadził. Publiczność chłonęła każdy utwór, choć jak widać może niezbyt ekspresyjnie, bo Marinkovich za każdym razem apelował o "big noise". A tego noise było za mało jak na koncert grupy tej klasy. Z drugiej strony faktem jest, że zespół ten już nie zapełnia hal na kilka tysięcy ludzi i znalazł swoją niszę właśnie w klubach na kilkaset osób. Powrócili do korzeni, bo takie były ich początki.

{mosimage}Rozegrani już muzycy nie szczędzili nam swoich sztandarowych utworów i obracali się w sumie w zakresie tych nielicznych wydanych na przełomie lat 60. i 70. płyt. Utwory Flowers And Beads, Best Years Of Our Life, Easy Rider zna każdy miłośnik Iron Butterfly. Minęło 45 minut koncertu, a publiczność wciąż czekała na główny utwór tego wieczoru. Na szczęście dramaturgia koncertu zakładała, by napięcie rosło i rosło. Po kolejnej długiej słownej tyradzie Dormana, zespół przygwoździł nas kawałkiem bluesa. I to jakiego!!! Kompozycja Butterfly Bleu to majstersztyk, choć w wersji koncertowej z lat współczesnych jest jeszcze bardziej odjazdowa. Nie ma tu narkotykowych wizji "człowieka nad muszlą" jak w wersji studyjnej, a ów fragment zastępuje znakomita solowa partia gitarowa. Tak grają amerykanie. Brakowało mi w tym miejscu odjazdów gitarowych, które w połowie lat 90. serwował nam ówczesny gitarzysta Ironów, Erik Barnett, ale to, co pokazywał Charlie Marinkovich było jak najbardziej w konwencji. 15 minutowy utwór Butterfly Bleu dopełniała jeszcze znakomita solówka na klawiszach Martina Gerschwitza, więc było czego słuchać i co podziwiać. No i nadszedł ten wiekopomny moment – ponad 25 minutowa wersja najsłynniejszego utworu grupy, In-A-Gadda-Da-Vida. Utwór rozpoczął się od 3,5 minutowej solówki na klawiszach, podczas której wszechstronnie wykształcony muzycznie mistrz klawiatury Martin Gerschwitz wykonał w troszkę rockowym wydaniu Toccatę i Fugę D-moll Jana Sebastiana Bacha. Ale brzmienie Hammonda zwiastowało co będzie dalej. Po tym klasycznym wstępie z głośników popłynęły dźwięki wstępu do Ogrodów Edenu. Na to wszyscy czekali. Znakomicie, jak zwykle zagrany utwór to od 44 lat wizytówka zespołu. Świetne psychodeliczne gitarowe solo, od 44 lat równa jak w metronomie solówka perkusyjna – prawie zawsze grana podobnie, ale jakże urzekająca, orientalna wstawka z solem klawiszowca i orgia dźwięków na zakończenie. To lubią tygrysy.

I na tym koniec. Koncert trwał 85 minut. Bisów nie było, tylko przeproszenie, że nie ma koszulek, płyt i gadżetów, po które klawiszowiec zaprosił nas na koncerty w Niemczech i zapowiedział, że Niemcy wygrają Euro…

Należy jeszcze kilka słów dodać o minusach tego występu – nie dość, że krótki, to jeszcze miejscami bardzo przegadany. Kiedy Lee Dorman wspominał stare czasy, ilość wypitych trunków i zaliczonych dziewczyn robiło się nudnawo. Te słowne tyrady trwały czasem po kilka minut i skutecznie wypełniały zapłacony czas koncertu, lecz nie dawały satysfakcji obcowania z muzyką. Gdyby koncert trwał 3 godziny, jak to bywało u Zappy, to można by słuchać słów mistrza nawet kilkanaście minut. A tak… Dłużyzna.

Czas na wyjaśnienie tytułu – Zmierzch Bogów. Ten koncert i ta trasa pokazała, że bogowie są zmęczeni i są już u schyłku życia. Ledwo poruszający się Lee Dorman, pokazał, że czas na nich nadchodzi i, że to jedna z ostatnich tras Iron Butterfly w tym składzie. Obym był złym prorokiem, ale przynajmniej mam tę satysfakcję, że będąc na progu pięćdziesiątki zobaczyłem na żywo zespół, o oglądaniu występu którego zawsze marzyłem.

I na koniec akcent młodzieżowy – jest po co żyć i grać całe wieki, skoro w pierwszym rzędzie stała tak na oko dwudziestoletnia czarnowłosa dziewczyna i śpiewała z zespołem wszystkie ich utwory!!! Potęga muzyki. I ja tam byłem i miodu, i wina nie piłem, bo wracać samochodem musiałem. Ale warto było to zobaczyć. Legenda wciąż żyje.

Konrad Niemiec


zobacz też: Iron Butterfly


© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version