ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Trochę czasu już minęło, a ja jeszcze do końca nie ochłonąłem po środowym koncercie we Wrocławiu. To co wydarzyło się tego dnia na scenie wrocławskiego Firleja na długo pozostanie w mojej głowie. Również dzięki temu, że spełniłem jedno z koncertowych marzeń - zobaczyłem w końcu Soen na żywo. Nie miałem ku temu okazji kiedy pierwszy raz byli w Polsce, w 2012 roku na InoRock Festiwal. Teraz nie mogło się nie udać. Ale koncert ten zapamiętam przede wszystkim ze świetnej muzyki.

Na początku jeszcze słów kilka o miejscu koncertu. W klubie Firlej we Wrocławiu byłem pierwszy raz i bardzo mi się spodobało. Sam klub jest nieźle usytuowany, nie ma większych problemów z parkingiem w okolicy. Sala koncertowa oraz nagłośnienie na bardzo wysokim poziomie, choć chwilami było dosyć głośno, a jak ludzie zaczęli się troszkę bardziej ruszać - zrobiło się gorąco. Żaden to jednak minus w porównaniu z niektórymi klubami (np. poznańskim Eskulapem, który pieszczotliwie nazywam "sauną"). Do Firleja na jakiś ciekawy koncert na pewno jeszcze wrócę.

Teraz już do sedna. Soen przyjechał do Polski z dwoma młodymi zagranicznymi zespołami, które na całej trasie towarzyszą szwedom jako support. A są to holenderski Shiverburn oraz francuski LizZard. Przyznam szczerze, że z żadnym z tych zespołów bliżej się nie zapoznawałem wcześniej. Coś tam posłuchało się na YouTube czy portalach streamingowych, ale bez większego wgłębiania się w twórczość obu grup.

Początek imprezy zaplanowany był na 19:30, ja do klubu wchodziłem jakieś 15 minut przed tą godziną. I okazało się, że Shiverburn był już na scenie! Nie wiem skąd taki pośpiech i czy to zasługa organizatorów czy wola zespołów, ale straciłem chyba tylko jeden utwór. Shiverburn tworzą młodzi muzycy, którzy już po pierwszym numerze, który w całości usłyszałem zrobili na mnie pozytywne wrażenie. Przede wszystkim żywiołowymi reakcjami oraz, co równie istotne - niezłą techniką. Muzykę Shiverburn trudno jednak nazwać progresywną, rzekłbym bardziej, że to hard rock z elementami... popu. No właśnie, pierwsze moje skojarzenie to Paramore! Ale byłoby grubą przesadą takie uproszczenie. Wrażenie to wynikało głównie z faktu, że trafiłem akurat na singlowy numer "One Step Closer", który jest taką pop-rockową pioseneczką. Ale grupa zaskoczyła kilkoma innymi kompozycjami. Tytułów niestety nie znam, ale jednym z najciekawszych był z pewnością cover (medley) łączący Fleetwood Mac., Dream Theater i paru innych wykonawców w jedno. Zaskakujące i zaskakująco dobre połączenie. Wrażenie zrobiła na mnie również drobna posturą, ale wielka głosem wokalistka - Sanne Heuyerjans.

Po krótkiej przerwie na scenie zameldowało się francuskie trio LizZard. Tego koncertu byłem już o wiele bardziej ciekaw niż poprzedniego, a to dlatego, że zapoznałem się bardziej szczegółowo z nagraniami zespołu. Wszystkie płyty są zresztą dostępne na profilu Bandcamp zespołu pod tym linkiem. LizZard tworzą gitarzysta i wokalista Mathieu Ricou, basista William Knox oraz perkusistka Katy Elwell. Początkowo zespół sprawiał wrażenie nieco wycofanego, ale entuzjastyczne reakcje publiczności sprawiły, że muzycy szybko się rozruszali. Nie trzeba było zresztą długo czekać na to, bo już rozpoczynający występ LizZard "Aion" pokazał, że nie będzie to byle jaki koncert. Zespół zaprezentował utwory ze swoich dwóch albumów mniej więcej w proporcji po połowie. Pojawiły się więc singlowe "Vigilent" czy "The Orbiter", ale również stonerowe "The Roots Within (Majestic)" czy mocne "Desintegrity". Na wyciszenie usłyszeliśmy pięknie zagrane "Sky Line" będące wstępem (jak na płycie) do "Loose Ends". To było naprawdę intensywne 45 minut muzyki na wysokim poziomie. Koncert LizZard mógłby być spokojnie wyznacznikiem tego jak grać chwytliwą, energetyczną, ale również poruszającą muzykę progresywną.

Kiedy LizZard zszedł ze sceny (pożegnany gromkimi brawami!) przyszedł czas na nieco dłuższą przerwę związaną z "porządkami" na scenie. Mimo wszystko technicznym poszło to bardzo sprawnie, bo przerwa minęła mi szybko i na scenie już był Soen. Zespół zaczął mocnym uderzeniem. "Delenda" oraz "Tabula Rasa" to numery, których żadnemu fanowi zespołu przypominać nie trzeba. Niestety przy pierwszych dwóch utworach miałem wrażenie, że wokal Joela Ekelöfa znika gdzieś w nawałnicy bębnów i riffów. Później na szczęście akustyk już to skorygował i było bez zastrzeżeń. Trzeba przyznać, że formacja doskonale wie jak budować klimat w czasie koncertu. Składa się na to również kolejność utworów na setliście - po wyciszonym zakończeniu "Tabula Rasa", które dodatkowo okraszone zostało świetną solówką gitarzysty Marcusa Jidella, nastąpiła iście Opeth'owa burza w postaci "Ennui". Podobny schemat zespół wykorzystał w duecie "Koniskas" oraz "Canvas", które fajnie zabrzmiały niemal połączone ze sobą.

Grupa zaprezentowała przekrojowy materiał, którego dotychczas ma niewiele, bo wydała tylko dwa albumy. Oba te wydawnictwa są jednak kopalniami doskonałych utworów, które w wersji koncertowej zyskują dodatkowej mocy i charakteru. Usłyszeliśmy więc także singlowe "Savia" oraz "Kuraman", doskonałe "Fraccions" czy potężny "Pluton" na bis. Również na bis zabrzmiał przepiękny "The Words", który w dużej mierze został odśpiewany również przez publiczność. No właśnie, muszę podkreślić doskonałe reakcje publiczności. Jak zwykle nie obyło się bez klaskania nie do rytmu, ale na szczęście niezbyt często. Za to chyba niewiele było osób, jeśli w ogóle jakieś, które nie znały Soen przynajmniej w pewnej części. Widać było, że wśród publiczności nie było przypadkowych osób. Zauważyli to też chyba muzycy, po których widać było, że gra im się bardzo dobrze. Na ich twarzach królowały szerokie uśmiechy, a pochwał w stylu "Jesteście najlepszą publicznością na tej trasie" padło ze sceny kilka. Ale zdaje się, że takie słowa nie były wyrazem scenicznego wyrachowania, a raczej faktycznej radości z gry oraz pozytywnych reakcji publiki. Ja przynajmniej odniosłem wrażenie, że Joel i spółka byli momentami aż zaskoczeni tym jak długie brawa otrzymują po każdym kolejnym utworze. No cóż - aplauz to był w pełni zasłużony za taką sztukę! Z nieciepliwością wyczekuję kolejnego koncertu Soen w Polsce, a po drodze mam nadzieję na trzeci album, który zresztą został (chociaż dość przelotnie) zapowiedziany ze sceny.

Po koncercie nie trzeba było długo czekać aż wszyscy muzycy pojawili się przy swoich stoiskach z merchem. Okazali się być bardzo sympatyczni i rozmowni. Podpisy na płytach otrzymał każdy kto chciał, nie było też problemów ze zrobieniem sobie wspólnego pamiątkowego zdjęcia. Zdecydowanie warto było się tego wieczora wybrać do Firleja.

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version