ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Błąd
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/koncerty/Melted_Space
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/koncerty/Myrath
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/koncerty/Symphony_X

Symphony X, Myrath i Melted Space w Progresji.

Zapytacie co można robić we wtorkowy wieczór? Zapewne wiele różnych rzeczy, żeby nie powiedzieć, że wszystko. Można również iść na koncert co w połowie tygodnia nie jest już takie oczywiste, ale może być niezwykle inspirujące. Mnie zainspirował koncert Symphony X. Tym bardziej, że promowali najnowszą płytę "Underworld", w dodatku w ciekawym towarzystwie.
Zacznę może nietypowo, ale muszę zdecydowanie pochwalić naszych rodaków (w tym samego siebie oczywiście) za tak liczne przybycie do klubu, mimo że wtorek nie jest może najlepszym dniem na imprezę. Z drugiej strony, żadna data nie jest nigdy idealna, więc może to skład zespołów zadecydował o całkiem niezłej frekwencji.
Powiedzmy sobie szczerze, raczej nikt nie przyszedł tego dnia do warszawskiej Progresji z powodu francuskiego Melted Space. Założony w 2007 roku zespół ma na swoim koncie 3 albumy, w tym najnowszy, wydany w zeszłym roku "The great lie". Nie ukrywam, że odrobinę spóźniłem się na ich koncert, ale miałem okazję usłyszeć kilka utworów. Usłyszałem chyba aż zbyt wiele, bo elementów składających się na muzykę Melted Space jest naprawdę dużo. Twórczość Francuzów jest określana jako szeroko pojęty metal symfoniczny, a że jest to bardzo pojemny gatunek, panie i panowie sobie nie żałują. Do swojego tygla wrzucają chyba wszystkie możliwe rodzaje wokali, bo i trochę czystych, trochę brudnych (czy facet odpowiedzialny za growhling naprawdę ma pseudonim Black Messiah?), w tym oczywiście męskie i damskie (w Progresji - po dwa obojga płci). Muzycznie dużo heavy i trash metalu w mocno polukrowanej klawiszami odmianie oraz garść cięższych patentów, co by pan Mesjasz miał do czego ryczeć. Oczywiście, nie zabrakło programowej patetyczności i monumentalizmu, aczkolwiek to ostatnie było na poziomie raczej naszych Bieszczadów niż Mount Everest. Ogólnie było trochę dziwnie, a trochę uroczo, przede wszystkim za sprawą bardzo urodziwych pań (Lucie Blatrier i Clémentine Delauney). Nie znałem wcześniej Melted Space i raczej nie będę próbował tego zmienić.
Z Myrath sytuacja miała się zupełnie inaczej. Po pierwsze, zespół był mi znany (tak, mi też się podobał "Tales of the sands", niestety nie do kupienia, nawet na koncercie). Po drugie, Tunezyjczycy (!), wiedzą czego chcą i mają wszelkie predyspozycje by to osiągać. Jak tylko zespół wszedł na scenę, wszystko od razu się odmieniło, pojawiła się wreszcie jakaś energia i to bardzo pozytywna. Panowie promowali swoje najnowsze dzieło, "Legacy", ale w przeciwieństwie do Symphony X, nieco bardziej urozmaicili listę granych przez siebie utworów (szczegóły w dalszej części relacji). Zatem oprócz "Believer" (wiadomo, sinigel promujący płytę) czy "Nobody’s Lives" z najnowszego albumu, usłyszelismy również chociażby "Merciless Times" i "Wide Shut" z wiadomego krążka. Widać, że tym chłopakom z Tunezji po prostu chce się to robić, bije od nich autentyczna radość, dzięki czemu ogląda się ich i słucha z największą przyjemnością. Zaher Zorgati, wokalista Myrath, to taki mały facecik (ekhm, przepraszam, to znaczy średniego wzrostu), który operuje dość wysokim i bardzo mocnym głosem. Nie mówił zbyt dużo w trakcie występu, poza kilkoma standardowymi tekstami o konieczności trzymania się razem na tej scenie. Dziękował również kilka razy i to po polsku, bardzo ładnie zresztą. Zwróciłem uwagę jeszcze na dwie rzeczy. Pierwsza to sekcja rytmiczna, z gatunku takiej kopiącej po nerkach, tak jak lubię. Druga to klawiszowiec z poczuciem humoru, co rzadko się zdarza. W pewnym momencie Elyes Bouchoucha wyszedł na scenę z zakrzywionym, przenośnym keyboardem, co z jednej strony było imponujące, jako że cały czas grał na nim w ruchu, z drugiej strony przypomniały mi się teledyski Modern Talking, czyli jedna z bardziej zabawnych rzeczy w historii muzyki rozrywkowej. Podsumowując, bardzo udany występ.
Nadeszła wreszcie chwila na główną gwiazdę wieczoru, czyli Symphony X. Ponad 20 lat na scenie, z niewieloma roszadami w składzie i 9 albumami na koncie, z czego najnowszy, "Underworld" jest obecnie promowany trasą koncertową. Nie powinno zatem dziwić, że panowie grali głównie utwory z najnowszego dzieła, ale odegranie całego albumu uważam za lekką przesadę, brakowało mi więcej klasyków. Inna sprawa, że wszystkich nie da się zadowolić, ewentualnie trzeba grać trzygodzinne koncerty, tak jak Dream Theater a i tak niektórzy narzekają. Forma zespołu była tego wieczoru zdecydowanie wysoka, widać było że panowie nie męczą się, wręcz przeciwnie dawali z siebie wszystko, ale tak na luzie, bez prężenia muskułów. No dobrze, wokalista grupy, Russell Allen trochę się prężył, ale on chyba już tak ma. Allen, jak na amerykańską gwiazdę przystało, wyskoczył na scenę w okularach przeciwsłonecznych (chyba nigdy nie zrozumiem tego trendu), z ogoloną klatą i kamizelką założoną na gołe ciało (o tak, powiało Manowarem, w końcu to ten sam kraj). Najważniejsze, że główny atrybut wokalisty Symphony X nie uległ zmianie i wciąż ma on bardzo mocny i czysty głos z lekko operowym zacięciem. Tym bardziej zalała mnie krew, gdy na początku bardzo słabo było słychać Allena, jakby musiał przebijać się co najmniej przez ścianę. W zasadzie to była ściana dźwięku, ale na szczęście nie była to sytuacja bez wyjścia, ponieważ po mniej więcej dwóch pierwszych utworach akustykom udało się nad tym zapanować i było zdecydowanie lepiej. Russell Allen to absolutne zwierzę koncertowe, cały czas tańczył (jak na tak wielkiego chłopa, świetnie się ruszał), chodził, biegał, skakał, gestykulował, używał statywu jako wiosła ("Charon"), wkładał maski i pił whisky razem z gitarzystą Michaelem Romeo (że też panowie wciąż mają zdrowie po tylu latach). Romeo to oczywiście zupełnie osobna kategoria. Wygląda jak typowy amerykański tatusiek (wydatny dobrobyt brzuszny), tylko że z długimi włosami. Nie mniej, nie każdy amerykański tatusiek zarabia na życie grając w zespole heavy metalowym, a jeśli już to i tak nie każdy wycina takie solówki! Wprawdzie nie grał zębami ani językiem, ale mimo wszystko jego gra to już klasa sama w sobie. Koncert Symphony X w Progresji na szczęście obejmował również szczyptę starszych utworów, przede wszystkim "Out of the ashes" i "Sea of lies" z mojej ukochanej "The divine wings of tragedy" oraz "Set the world on fire (The lie of lies)" z również bardzo udanej płyty "Paradise lost". Wszystkie trzy wykonania były bardzo energetyczne i żywiołowe, mimo że była to już końcówka koncertu. Po reakcjach publiczności widać było, że nie tylko ja czekałem na takie właśnie kąski. Z rzeczy niemuzycznych, ale wartych uwagi, wspomnę na koniec trochę o zdolnościach konferansjerskich Russella Allena. Zamiast silić się na łamaną polszczyznę, mówił po angielsku, ale za to całkiem sporo. Przedstawiał kolejne utwory z najnowszej płyty i ogólny zarys całej historii (Michael Romeo twierdził, że to nie jest concept-album, ale "Underworld" ma dużo cech dzieł koncepcyjnych). Allen wytłumaczył, że album opowiada o mężczyznie, który schodzi do piekła by ratować swoją ukochaną, jednak wówczas okazuje się, że nie ma szans na ratunek (w połowie zacząłem ziewać), itd. Następnie z rozbrajającą szczerością stwierdził: "No wiecie, to jest historia miłosna, i co kurwa z tego?". Potrafił też bardzo dobrze zareagować na niezidentyfikowane jednostki lewitujące czyli pijanych jegomości, którzy wykrzykiwali coś do wokalisty: "Mógłbym Ci coś pokazać, ale to na zapleczu, bo teraz jestem w pracy", w końcu jednak stracił cierpliwość i uciął temat ("Gościu, daj spokój, jestem już za stary na takie rzeczy"). Na końcu oczywiście ich pozdrowił i było miło i sympatycznie. Bardzo podobał mi się również komentarz Allena do faktu, że koncert odbywał się w środku tygodnia: "Jaki dziś dzień? Wtorek? Co wy tu robicie ludzie?".
Coż mogę jeszcze powiedzieć? Jakbym powiedział mało na ostatnich kilku stronach... Było głośno, mocno, grubo i radośnie. Po wszystkim, piszczało mi w uszach jeszcze przez dobre 20 godzin, dlatego też następnego dnia w pracy czułem się jakby lekko wyłączony. I tak było warto!
Przybył, zobaczył, wysłuchał, wrócił i spisał,
Gabriel "Gonzo" Koleński
Zdjęcia: Łukasz Jakubiak


MELTED SPACE


 

{gallery}koncerty/Melted_Space{/gallery}

MYRATH


 

{gallery}koncerty/Myrath{/gallery}

SYMPHONY X


 

{gallery}koncerty/Symphony_X{/gallery}

 

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version