ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Relacja z Prog In Park 2018

 

 

 

18 sierpnia miała miejsce druga edycja wciąż nowiutkiego na polskim rynku festiwalowym Prog In Park. Impreza ta zaczęła pisać swoją historię w ubiegłym roku, kiedy w amfiteatrze Parku Sowińskiego wystąpiły tak znakomite zespoły jak Opeth czy Sólstafir, a całości dopełniła znakomita polska reprezentacja w postaci Riverside, Blindead oraz Lion Shepherd. Początek więc z przytupem, ale już w tym roku organizatorzy z Knock Out Productions musieli zmierzyć się z kilkoma poważnymi przeciwnościami losu - czy podołali? O tym i o przebiegu oraz wrażeniach z festiwalu przeczytacie poniżej.

- WIELKI NIEOBECNY -

Kiedy zapowiadając w zeszłym roku pierwszą edycję Prog In Park pisałem, że impreza ma pełne prawo i predyspozycje by na stałe zagościć nie tylko w kalendarzu fanów progresji z Polski, ale także z Europy, nikt nie mógł przypuszczać, że druga edycja wcale nie odbędzie się w parku, tak jak nazwa wskazuje. Początkowo w line-upie całej imprezy znalazła się amerykańska supergrupa Sons Of Apollo. To kolejny z projektów, w których udział bierze ikona progresywnego metalu, czyli Mike Portnoy. Koleś naprawdę nie narzeka na brak weny, co rusz zaczyna coś nowego, udziela się u kogoś gościnnie, czy organizuje pływające festiwale na jachtach wycieczkowych. W każdym razie do Sons Of Apollo zaprosił nie lada pakę, choć w większości własnych dobrych znajomych: Derek Sherinian (ex-Dream Theater, Planet X, Black Countr Communion i in.), Billy Sheehan (Mr. Big, The Winery Dogs), Jeff Scott Soto (ex-Yngwie Malmsteen, ex-Journey i in.) czy Ron "Bumblefoot" Thal (Art Of Anarchy oraz ex-Guns N' Roses). Skład robi wrażenie, ale jak to zwykle bywa z zapracowanymi ludźmi - a na takich wszyscy wyglądają - trudno dopiąć terminy i zorganizować płynną, regularną trasę. I niestety grupa odwołała część europejskich koncertów, w tym znalazł się również planowany występ w ramach Prog In Park. Stało się to na dosłownie kilkanaście dni przed festiwalem, więc potem wszystko potoczyło się w tempie błyskawicznym. Organizator najpierw poinformował o odwołaniu jednego z head-linerów, potem ogłosił przeniesienie festiwalu do klubu, a na koniec ogłosił, że w zastępstwie Sons Of Apollo wystąpi lokalne Tides From Nebula, a sety pozostałych gwiazd imprezy się wydłużą.

Ostatecznie impreza przeniesiona została do klubu Progresja, a skład Prog In Park rysował się następująco: Postcards From Arkham, Tides From Nebula, Leprous, Ihsahn i Anathema w roli gwiazdy wieczoru. Trzeba przyznać, że mimo wszystko skład robił wrażenie, choć popularni w Polsce "Tajdsi" to nie Mike Portnoy i spółka. Niemniej na kilka dni przed festiwalem na pewno trudno było znaleźć bardziej znany zespół, który miałby wolny termin i był chętny na występ w Progresji. Jak się jednak okazało Tides From Nebula doskonale wpasowali się w tematykę festiwalu, ale o tym za chwilę. Najpierw słów jeszcze kilka o klubie, do którego przeniesiony został festiwal. Progresja to marka na polskiej mapie koncertowej znana od lat, zasłużona i szanowana. Od kilku sezonów mieści się w nowym miejscu - większym, o wiele lepiej zorganizowanym lecz niestety nieklimatyzowanym. To był jeden z głównych powodów narzekań uczestników po ogłoszeniu przenosin do Progresji. Nie byłem na sławnym koncercie Camel, na którym pot w tym klubie płynął wodospadami po ścianach, ale po Prog In Park wyobrażam sobie jak to musiało wyglądać. Mimo zapewień organizatora niestety sprowadzona klimatyzacja nie podołała i w sali mimo wszystko było bardzo gorąco i duszno. Jeden klimatyzator takiej sali nie wychłodzi, przewiewu również brakowało, a aura na zewnątrz plus ilość uczestników sprawiła, że warunki w klubie zrobiły się tropikalne. Niemniej jednak to chyba jedyny minus jaki można zarzucić w kwestii organizacyjnej. A nie - jeszcze opóźnienie, zapomniałbym! Nie wiem skąd wynikała obsuwa czasowa, z tego co słychać było na zewnątrz... Anathema dość długo miała próbę. Także całość przesunęła się w czasie o kilkadziesiąt minut, a zdaje się, że i sety pierwszych dwóch zespołów zostały nieco skrócone. Wracając jeszcze do Progresji - klub powiększył przestrzeń na zewnątrz, było co zjeść i gdzie przysiąść, był namiot do spotkań artystów z fanami, tak więc festiwalowy charakter jak na miarę możliwości został jak najbardziej zachowany. Trzymam jednak kciuki za to, by za rok Prog In Park powrócił do Parku Sowińskiego, na swoje najwłaściwsze miejsce.

- ZESPOŁY O NAZWACH Z TRZECH WYRAZÓW -

Przejdźmy wreszcie do występów! Na pierwszy ogień przybysze z południa, czyli sympatyczni Czesi z Postcards From Arkham. Miałem już przyjemność widzieć ten zespół na żywo, więc mniej więcej wiedziałem czego się po nich spodziewać. Energetycznego, post-metalowego seta z melodyjnymi solówkami i ubarwiającą wszystko elektroniką, z filmowymi samplami włącznie. No właśnie - ten ostatni element dla muzyki PFA jest chyba najważniejszy, bo ją charakteryzuje, a w Progresji niemal wcale słychać nie było ów elektroniki. To spory minus w kierunku akustyków, nie wiem czy zespołowych czy klubowych, no ale moim zdaniem nie podołali zadaniu. Grupa zabrzmiała słabo, momentami był to jeden wielki jazgot. A szkoda, bo w utworach takich jak "One World Is Not Enough" motywy elektroniczne (klawisze!) grają kluczową rolę. Poza tym jednak grupa widać starała się ile mogła, scenicznie prezentowała się bardzo pozytywnie - z pełną energią i zaangażowaniem. Poruszyła mnie skromność tych młodych chłopaków, po których widać było, że są tym występem dość przejęci. Bo prawdopodobnie (poprawcie mnie jeśli się mylę) był to jeden z większych wystepów w ich dotychczasowej karierze, choć grali też chyba na czeskim Brutal Assault, ale tam to pewnie w tzw. "porze obiadowej". W Progresji natomiast usłyszeliśmy dość krótki set, taka rola "otwieraczy" na festiwalach, który jednak mógł się muzycznie podobać. Myślę, że zdobyli swoim koncertem kilkunastu nowych fanów w Polsce. Szkoda tylko, że merch tak drogi...

Jako drudzy po krótkiej przerwie na scenie zameldowali się muzycy Tides From Nebula. Warszawiacy, ściągnięci na festiwal w zastępstwie, są już uznaną marką na polskiej scenie post rockowej, ale również progresywnej. Widać to też po ich występach, które z każdym kolejnym rokiem czy trasą stają się bardziej profesjonalne i na wysokim poziomie. Nie inaczej było tym razem - również wizualnie grupa się mocno rozwija. Za muzykami postawiono kilkanaście pasków ledowych, które dodawały klimatu i wizualnej atrakcyjności temu koncertowi. Z tego co się dopytałem to zespół zagrał dokładnie taki sam set jak nieco wcześniej na popularnym Woodsto... tzn. Pol'And'Rocku. Czyli przekrojowo, z pomysłem i zachowaną dramaturgią. Jak zawsze mam problem z tytułami utworów jeśli chodzi o Tides From Nebula, także setlisty tutaj nie przytoczę, ale na pewno na koniec był popularny "Tragedy of Joseph Merrick". Pojawiły się też "Now Run" oraz "We Are The Mirror". Całość zabrzmiała profesjonalnie, a muzycy Tomasz, Maciej, Adam i Przemek widać czuli się tego dnia znakomicie. Zresztą ich prezencja sceniczna zawsze nie urzekała, to jak czują muzykę, jak na nią reagują i jak nią żyją przez cały występ. A emocje były chyba spore, bo po jednym z utworów Adam Waleszyński podziękował publiczności po angielsku... szybko się jednak zorientował, że w Warszawie można dziękować po polsku. Nic w tym jednak złego, bo widzów z zagranicy trochę na widowni spotkać można było. Podsumowując: Tides From Nebula zagrało na swoim, tj. wysokim poziomie, i myślę, że spokojnie mogliby być częścią tego festiwalu od samego początku.

- DESANT NORWESKI -

Potem natomiast przyszedł czas na jeden z dwóch zespołów, na które czekałem. Nie ukrywam, że na Prog In Park wybrałem się głównie z uwagi na reprezentantów Norwegii, zresztą mocno ze sobą zżytych, tj. Leprous i Ihsahn. Ci pierwsi zameldowali się na scenie najpierw, co może niektórych fanów progresywnej muzy zaskoczyło, bo Ihsahn to postać kojarzona raczej z muzyką metalową (Emperor, anyone?), a Leprous ostatnimi laty zdobywa systematycznie i w szybkim tempie światek progresywny. Dla tej publiczności mógłby i pewnie było nieco bardziej rozpoznawalny. Niemniej Ihsahn to postać na scenie obecna od 25 lat, w dodatku z kolosanym dorobkiem, więc kolejność prawidłowa. Einar i spółka dość szybko zainstalowali się na scenie, choć... czy mi się wydawało, czy on chodził po scenie w kurtce w ten ukrop?! Może jednak na scenie klimatyzacja działała, haha! W każdym razie sprzęt pojawił się dość szybko i można było zaczynać. Leprous zaczął od "Bonneville", czyli spokojnie i dokładnie tak jak zaczyna się ich najnowszy album "Malina". Uwagę przykuwał też Raphael Weinroth-Browne grający na wiolonczeli, który z zespołem występuje dopiero od tej trasy (z tego co wiem jeszcze nie jest stałym członkiem) i doskonale wzbogaca swoją grą muzykę Leprous. Ale spokój nie trwał długo - potężne riffy w refrenie jak grom z jasnego nieba posypały się spod rąk Tora Suhrke i Oysteina Landsverka. Kolejny na liście "Stuck" również zachował porządek "malinowy", ale za to już na poważnie rozbujał zgromadzoną tłumnie publiczność. Swoją drogą widać było, że gro ludzi przybyło dopiero na Leprous, bo Progresja dość mocno się zapełniła właśnie na tym koncercie. "The Flood" był pierwszym skokiem do nieco wcześniejszych nagrań, ale tylko chwilowym, po zaraz potem usłyszeliśmy "From The Flame". Ten utwór na żywo robi znakomite wrażenie, a zagrany został wręcz wybornie - w szczególności uwagę zwróciłem na Barda Kolstada, którego mini-solówki na perkusji robią w tej kompozycji robotę. Podołał, zagrał je świetnie i bezbłędnie, a ja niemal zbierałem szczękę z podłogi. Opaść mi miała bowiem dopiero za chwil kilka, ale po drodze usłyszeliśmy jeszcze "Salt" z albumu "Coal" czy "Illuminate". Ten utwór wraz z następującym po nich "The Price" poruszyły już chyba każdego kto znajdował się na sali i jeszcze w jakiś dziwny sposób nie zaczął się bujać przy muzyce Norwegów. A Leprous wtedy postanowił trochę zwolnić, jakby dla zachowania odpowiedniej równowagi, prezentując cudowny "The Cloak". Oj, czy ktoś tego wieczora piękniej zaśpiewał niż Einar Solberg właśnie w tym utworze? Zrobiło się klimatycznie, melancholijnie i... romantycznie. Jednak przy okazji "Mirrage" publika znowu się rozruszała, ale wielki finał tego występu był dopiero przed nami...

Jeszcze przed festiwalem przewidywałem, że jeśli Leprous i Ihsahn wystąpia na jednym festiwalu, to nie mogą odpuścić takiej okazji do zagrania swoich wspólnych utworów. Jednym z nich jest zagrany przez Leprous na koniec swojego seta "Contaminate Me", wykonany (co oczywiste) wraz z Ihsahem. Poza konotacjami rodzinnymi dwa te zespoły pasują do siebie znakomicie, a nie ulega wątpliwości, że bardziej doświadczony Ihsahn w pewnym sensie poprowadził Leprous do miejsca, w którym znajdują się teraz. W każdym razie wspomniany "Contaminate Me" zabrzmiał potężnie i był też jednym z dwóch bardzo wyjątkowych momentów tego festiwalu. Wierzcie mi lub nie, ale Leprous zagrał ten utwór razem z Ihsahnem dotychczas tylko kilka razy na żywo! Po prostu nieczęsto są ku temu okazje, a kompozycja pochodzi z albumu mającego już 5 lat. Cieszy więc tym bardziej, że mogliśmy być świadkami jego wykonania, w dodatku tak fantastycznego i unikalnego zarazem. Drugim unikalnym momentem było wykonanie "Celestial Violence" przez Ihsahna wraz z gościnnym udziałem Einara. To kolejna wspólna kompozycja obu panów, jednak tym razem pochodząca z albumu starszego z nich. Utwór pojawił sie już oczywiście w secie Ihsahna, ale musiałem o nim tutaj wspomnieć. Zagrali go jako trzeci w kolejności, a zapowiedziany został jako "pay-back time", czyli można powiedzieć "spłata długu". No tak, najpierw Ihsahn z Leprous, potem Leprous z Ihsahn... takie wieczory nie zdarzają się zbyt często! Mi udało się już drugi raz usłyszeć "Celestial Violence" z udziałem Einara, ale myślę, że sporej części zgromadzonej publiczności jednak nie, więc z pewnością była to spora atrakcja.

Jakoś tak wyszło, że dość płynnie przeszedłem do koncertu Ihsahna. Kiedy ikoniczny dla muzyki black metalowej artysta zabrał się swego czasu za muzykę progresywną niektórzy pukali się w czoło. Ale Ihsahn poszedł po swoje i dziś tworzy jeden z najciekawszych nurtów w progresywnej muzyce, który mógłbym nazwać awangardowym progresywnym black metalem. Bo czego w jego muzyce nie ma?! Metal - jest, jazz - jest, awangarda - jest, progres - jest, heavy metal - jest. Wymieniać, a wymieniać. Nie jest to jednak łatwa muzyka i widać to było po publiczności tego wieczora. Kiedy ze sceny płynęły mocne kompozycje takie jak "Lend Me The Eyes Of Millenia" czy "Arcana Imperii" to chyba nie wszyscy wiedzieli o co tu chodzi. Dodatkowo charakterystyczny, wyciętym rodem z black metalu lat 90-tych wokal głównodowodzącego mógł nie wszystkim przypaść do gustu. Trochę przystępniej zrobiło się przy okazji "Mass Darkness" oraz heavy metalowego "Until I Too Dissolve", które w końcu sprawiły, że z twarzy niektórych widzów zniknęła lekka konsternacja. Również przy bardzo progresywnie brzmiącym "My Heart is of the North" wśród publiczności pojawiły się uśmiechy zadowolenia - to zresztą utwór nawiązujący nieco do muzyki hard rockowej z lat 70-tych. Melancholijny "Sámr" zabrzmiał cudownie, a Ihsahn po raz pierwszy tak ładnie zaśpiewał i pokazał, że to również doskonale potrafi. Końcówka koncertu to było jednak szalone metalowo-awangardowe piekło, jak seria z karabinu poszły "Frozen Lakes On Mars" oraz "A Grave Inversed" z albumu "After", a całości dopełnił "Grave" z "Eremity". Kawalkada black metalowych blastów i riffów przetoczyła się po publiczności i znów widać było pewne zdezorientowanie wśród widzów. Dopiero w tych utworach pojawił się też saksofon, z którego muzyka Ihsahna jest m.in. znana (zwykle gra na nim Jørgen Munkeby z Shining, niestety tym razem instrument ten zabrzmiał z taśmy, a wielka szkoda...). Koncert ten szybko przeminął, ale z pewnością mógł się podobać. Mimo dość trudnego materiału jaki prezentuje Ihsahn set był zróżnicowany, utwory świetnie dobrane, a dynamika całości zachowana. Ponownie natomiast muszę przyczepić się trochę do nagłośnienia, które momentami sprawiało, ze przy tej ilości dźwięków trudno było wychwycić poszczególne z nich. Na uwagę zasługuje też perkusista Tobias Ørnes Andersen, który z niewielkiego zestawu perkusyjnego potrafił wykrzesać iście piekielne bombardowania; oraz gitarzysta Øystein Landsverk, który swoją drogą pojawił się też gościnnie na koncercie Leprous (grał wiele lat w tym zespole, później rezygnując z tak intensywnego koncertowania zdecydował się zasilić szeregi zespołu Ihsahna).

- GWIAZDA WIECZORU -

Nastąpiła potem trochę dłuższa przerwa ponieważ ze sceny zniknąć musiało nieco sprzętu, ale zaraz potem zameldowali się na niej muzycy Anathemy. Na początku byli to tylko bracia Cavanagh - Vincent i Daniel, oraz John Douglas i Daniel Cardoso. Zaczęli od "Deep" oraz "Lost Control" czyli starszych numerów. Akurat to bardzo mi się spodobało, bo przyznaję bez bicia, że fanem najnowszych dokonań Anathemy nie jestem i jak dla mnie ostatnim bardzo dobrym ich albumem był "Weather Systems". Później natomiast do zespołu dołączyła Lee Douglas i zaczęły się nieco nowsze utwory - "Can't Let Go", "Endless Ways" czy "The Optimist", wszystkie z ostatniego albumu grupy. Pojawił się też "The Lost Song, Part 3" czy "Barriers" z "A Fine Day To Exit". I znowu było mi dobrze, bo znowu pojawił się starszy utwór. Ale dopiero kolejny wprawił mnie w zachwyt - "Thin Air" z mojej ulubionej "We're Here Because We're Here". Wyśpiewałem ten utwór w całości z zespołem, a mną targały jakieś spazmy przyjemności. No nic nie poradzę, że tak bardzo "Thin Air" lubię! Potem był singlowy "Springfield", oraz zawsze cudowny "The Beginning And The End". W tym momencie natomiast koncert znowu trochę zwolnił. Nie wiem czy tylko ja miałem takie wrażenie, ale wydawało mi się, że muzycy Anathemy są jakby tacy... zmęczeni. Mniej więcej od tego utworu miałem wrażenie jakby grali trochę na siłę, byle do końca. Najdziwniejsze wrażenie sprawił na mnie Vincent, który stał się już chyba gwiazdą pełną gębą. Może to po prostu moje dziwne odczucie bo dość dawno na koncercie Anathemy nie byłem, ale potwierdził to mój znajomy, który wybiera się na ich koncerty przy okazji niemal każdej trasy w Polsce. Ponadto dawało się już we znaki nieco zmęczenie festiwalowe, więc po tym utworze postanowiłem posłuchać sobie na siedząco z przedsionka sali koncertowej w Progresji. Słychać było wszystko dobrze, gorzej z widocznością oczywiście, także niestety nie opowiem co i jak działo się wtedy na scenie, ale muzycy zagrali m.in. "Universal", "Closer" czy "Distant Satellites". Przy okazji "A Natural Disaster" musiałem oczywiście zajrzeć czy jak zawsze zrobili patent z zachęceniem publiczności do oświetlenia sceny swoimi telefonami - zrobili. Musi to oszałamiająco wyglądać ze sceny! Na koniec - już chyba tradycyjnie - obie części "Untouchable, Part 1 & 2", a na sam finał w postaci bisu "Fragile Dreams", na które wróciłem na salę sobie posłuchać. Zabrzmiało świetnie i świeżo, ale ten utwór nie może zabrzmieć słabo.

W międzyczasie kiedy Anathema grała, a ja siedziałem sobie w hallu klubu spotkałem jeszcze Ihsahna, który zbierał się już do opuszczenia klubu. Zamieniłem z nim kilka słów, m.in. zapytałem o odwołany występ na tegorocznym Brutal Assault. Co ciekawe muzyk nawet nie wiedział, że był tam zabookowany! Szybka (i niestety nieudana) fotka i dałem mu spokój, chłop wyglądał na zmęczonego. Występ gwiazdy wieczoru - Anathemy - w pewnej części przegapiłem, bo go nie oglądałem, a jedynie słuchałem, ale nie określiłbym go mianem wybitnego. Raczej dobry, poprawny koncert, bywało się na lepszych ich koncertach (choćby w krakowskim Studio w 2014!). Cały festiwal oceniam pozytywnie, mimo szeregu problemów z jakimi musiał zmierzyć się organizator impreza się odbyła i można było się doskonale bawić. Moim zdaniem najciekawsze występy zaserwowali muzycy z Norwegii, czyli Ihsahn i Leprous, później Anathema i zaś Tides From Nebula oraz Postcards From Arkham. Ale wszystkie koncerty stały na dość wysokim poziomie, więc warto było jak najbardziej tego dnia wybrać się do warszawskiej Progresji. A festiwalowi Prog In Park życzę w przyszłym roku trzeciej edycji, oczywiście w parku i z jeszcze lepszym line-upem. Kto wie, może zobaczymy jedną z największych gwiazd progresywnego rocka czy metalu? Kogoś ze starej gwardii, albo wręcz przeciwnie - wschodzące i szturmem zdobywające popularność młode zespoły? Czas pokaże, natomist ja podbudowany tegoroczną edycją trzymam kciuki za Knock Out Productions i wierzę, że przyszły rok przyniesie najwspanialszą dotychczas edycję Prog In Park!

GALERIA ZDJĘĆ PONIŻEJ!

PS. Na samym początku festiwalu, kiedy trwała jeszcze próba chyba Anathemy byłem wraz ze znajomymi świadkiem zabawnej sytuacji. Oto Ihsahn przybył na festiwal - ubrany całkiem normalnie, tak jak ja, czy Ty - Drogi Czytelniku, ubieramy się idąc do sklepu po bułki. Trzymał w ręku teczuszkę i podążał na teren festiwalu. Niemal nikt nie wiedział kim jest ten jegomość. Pozdrowiliśmy go gestem rogów znanym każdemu fanowi metalu, a on odpowiedział tym samym. Takie spotkanie gwiazdy black metalu w wydaniu saute, uśmiechniętej i nie wyróżniającej się z tłumu sprawiło nam wiele radości.

_
Widział, spisał i ocenił: Bartłomiej Musielak
Piękne fotki ustrzelił: Jan "Yano" Włodarski


 

 

 

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version