ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Błąd
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/koncerty/inorock18

Ino-Rock Festival 2018

W tym roku po raz jedenasty odbył się festiwal Ino Rock w Inowrocławiu. Miłośnicy rocka progresywnego mieli kolejną okazję by zebrać się tłumnie i posłuchać ciekawej muzyki. Tegoroczna edycja festiwalu, poza zespołami polskimi, została zdominowana przez progresywne gwiazdy z Norwegii. I to właśnie skandynawskie kapele nadały ton i klimat jedenastej edycji Ino Rock. Mam wrażenie, że polskie zespoły zostały tak dobrane, by pasowały do ogólnej atmosfery. I to się w pewnym sensie udało, choć trochę brakowało mocniejszego, mniej melancholijnego akcentu.
Zaczęło się bardzo miło i uroczyście. Szef organizującego festiwal Wydawnictwa Rock Serwis, Piotr Kosiński, został uhonorowany przez kolegów pamiątkową księgą ze zdjęciami. Były też kwiaty, inne prezenty i wzruszenie po każdej stronie. Po krótkiej ceremonii, punktualnie rozpoczęły się koncerty. Trzeba przyznać, że organizacyjnie, impreza została bardzo dobrze przygotowana. Praktycznie bez obsuwy, każdy koncert rozpoczynał się właściwie punktualnie, a przerwy pomiędzy występami poszczególnych wykonawców nie były długie.
HIPGNOSIS pokazało, że nawet w zmienionym składzie można zagrać świetny koncert, a czasem mniej znaczy lepiej. Bez gitary, z tylko jednym klawiszowcem, za to na dwa wokale, które okazały się strzałem w dziesiątkę. KuL jest obdarzona słodkim, anielskim głosem, który stanowi intrygujące połączenie z jej drapieżnym, nieco demonicznym wyglądem. Szkoda, że wokalistka rzadko utrzymywała kontakt wzrokowy z publicznością, ale śpiewała znakomicie. Uzupełniał ją męski głos drugiego wokalisty, który śpiewał lub wrzeszczał, zawsze w sposób bardzo pasujący do danego utworu. Dzięki temu „Cold” czy „Relusion” zabrzmiały wyjątkowo, w tym drugim nawet nie brakowało dodatkowych klawiszy.
Bardzo cieszy mnie wzmożona ostatnio aktywność AMAROK i jego coraz częstsze występy. Zespół Michała Wojtasa nabrał wiatru w żagle po ciepło przyjętej, wydanej w zeszłym roku płycie „Hunt”. Nie dziwi, że repertuar z ostatniego albumu zdominował występ w Inowrocławiu. Pięknie zabrzmiały „Anonymous”, „Idyll”, „Distorted Soul”, „Winding Stairs”, „Nuke”, ale też starsze kompozycje, jak „Landscapes” z albumu „Metanoia”. Najważniejsze, że występ udało się okiełznać pod względem technicznym, ponieważ ze względu na dużą ilość sprzętów i instrumentów, każdy koncert Amarok to poważne wyzwanie logistyczne. I choć nie udało się odnaleźć ustnika od duduku, zespół zaprezentował się profesjonalnie i stworzył niepowtarzalny klimat. Zachwycał gitarzysta i basista, Konrad Pajek, który wspaniale rozwija się jako wokalista, czego dał wyraz znakomicie śpiewając partie Mariusza Dudy i Colina Bassa w „Idyll” i „Nuke” (w lutym w Progresji nie było aż tak dobrze pod tym względem). W ramach ciekawostki dodam, że w Inowrocławiu wraz z Amarok, w roli klawiszowca wystąpił obecny gitarzysta Collage i dziennikarz muzyczny, Michał Kirmuć.
Dzień zamienił się w wieczór, kiedy na scenie pojawił się BJØRN RIIS wraz z zespołem. Gitarzysta Airbag ma na koncie już dwie płyty solowe, jeden mały album, a obecnie nagrywa nowy materiał. Gdy panowie wyszli na scenę, a po chwili z niej popłynęły pierwsze dźwięki „Forever comes to and end”, było wiadomo, że to będzie wyjątkowy koncert i tak też było. Muzyka, którą proponuje Bjørn Riis na swoich albumach jest łatwo przyswajalna, ale zazwyczaj dość smutna i melancholijna. Ten klimat było doskonale czuć w Inowrocławiu. Podziwiam Bjørna za to, że w ogóle zdecydował się zagrać, mimo że kilka dni wcześniej spotkała go osobista tragedia, bowiem artysta stracił matkę. To właśnie mamie muzyk zadedykował utwór „Where are you now”, który w tych okolicznościach zabrzmiał inaczej i niepowtarzalnie. W tym samym czasie zaczął padać deszcz. Przypadek? Kto wie… Emocje było słychać w każdej solówce, którą grał lider, ale że Bjørn Riis jest znakomitym gitarzystą to raczej każdy wie. Poza utworami z solowych płyt gitarzysty Airbag, takimi jak: „Getaway”, „Winter”, „Stay calm” czy „Lullaby in a car crash”, tego wieczoru, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, usłyszeliśmy również kompozycje macierzystej formacji Bjørna. „The greatest show on earth” i „Slave” zabrzmiały w sposób podobny do oryginałów, ale stanowiły miłe urozmaicenie. Nie tylko moim zdaniem, to był najlepszy występ na tegorocznym Ino Rock.
Występująca po zespole Bjørna Riis, również pochodząca z Norwegii, grupa SOUP, miała nie lada wyzwanie, by sprostać oczekiwaniom publiczności. Soup, choć są mało znani, mają już kilka albumów na swoim koncie, w tym wydany w zeszłym roku, fantastyczny „Remedies”. Choć bardzo lubię ten krążek, jakoś nie mogłem przekonać się do Norwegów na żywo. Niby wszystko było na swoim miejscu, panowie byli bardzo dobrze przygotowani, a ich występ był jak przejażdżka górska po ludzkich emocjach, ale osobiście miałem problem, żeby całkowicie się w tej muzyce zatracić. Nie pomogła nawet piękna oprawa świetlna, choć przyznaję, że był to najlepiej oświetlony występ całego festiwalu. Feeria przepięknych barw atakowała z każdej strony, tworząc niezwykłe tło dla tej ciepłej, niemal pastelowej muzyki. Może wcale nie było aż tak źle…
Tegoroczną edycję festiwalu Ino Rock zamknął norweski zespół GAZPACHO, dając urokliwy i bardzo emocjonalny występ. Poza fajną oprawą świetlną, choć bardziej stonowaną niż ta, którą mieli ich poprzednicy, zespół dysponował również wielkim ekranem z ciekawymi i bardzo wyraźnie widocznymi wizualizacjami. Wyświetlane grafiki uzupełniały muzykę zespołu i wzmacniały przekaz. Wzmocnione było również brzmienie, ponieważ Gazpacho zagrało tego wieczoru dużo mocniej niż na płytach. Mimo to, w tym roku trochę brakowało bardziej hard rockowego zacięcia. Obecnie Gazpacho promuje swój najnowszy album „Soyuz”, na którym misje kosmiczne zostały wykorzystane do opowiadania o przemijaniu. Ten melancholijny nastrój zdominował cały występ Norwegów, ponieważ na dobrą sprawę cała ich twórczość jest utrzymana w podobnej konwencji. Podczas Ino Rock zespół zaprezentował obszerne fragmenty swojego najświeższego krążka: „Soyuz one”, „Hypomania”, „Fleeting things”, „Emperor bespoke”, „Soyuz out”. Dodatkowo panowie wykonali różne kawałki ze swoich poprzednich płyt: „Black lily”, „Tick tock”, „Upside down”, „The walk”, „Molok rising”, „Massive illusion”. Biorąc pod uwagę obszerną dyskografię Gazpacho, trudno jest zaspokoić każdego lub zagrać chociaż po jednym utworze z każdego albumu, na co zwrócił uwagę sam lider grupy, Jan-Henrik Ohme. Wokalista generalnie próbował od czasu do czasu żartować, choć wychodziło to trochę sztywno, jak tekst o zbawiennym wpływie zwiększającego się stężenia alkoholu we krwi na pozytywny odbiór muzyki dochodzącej ze sceny. W trakcie występu Gazpacho było już tak zimno, że mało kto miał ochotę na piwo, a grzańców w ofercie nie było. Nie mniej, odbiór zespołu był pozytywny i dość ciepły. Późna pora, gwałtowne ochłodzenie i umiarkowana frekwencja spowodowały, że w tym roku gwiazdę wieczoru oglądała mniejsza grupa fanów niż chociażby Pain Of Salvation w zeszłym roku, gdy pod sceną było gęsto. Mimo to, występ Gazpacho był jak najbardziej udany i w bardzo sympatyczny sposób zwieńczył tegoroczną odsłonę Ino Rock.
I tak zakończyła się jedenasta edycja słynnego progresywnego festiwalu w Inowrocławiu. W tym roku było bardzo spokojnie, nostalgicznie, melancholijnie i nastrojowo. Nie jestem pewien czy takie dźwięki można określić mianem „muzyki końca lata”, ale myślę, że coś w tym jest. Z pewnością występujące zespoły pasowały do zmieniającej się na bieżąco aury. Ciepłe polskie lato zostało zrównoważone norweskim chłodem. Jednak muzyka rozgrzała serca publiczności, dzięki czemu ani deszcz, ani wiatr nie popsuł nikomu szyków. Jestem przekonany, że fani z przyjemnością wrócą za rok do Inowrocławia na kolejny festiwal. Tylko następnym razem ja poproszę o chociaż jeden zespół hard rockowy, bo choć tegoroczny klimat był niepowtarzalny, przydałoby się jakieś delikatne urozmaicenie. Albo wręcz niedelikatne…

Przybył, zobaczył, usłyszał, wrócił i spisał.
Gabriel „Gonzo” Koleński
Zdjęcia - Jan"Yano"Włodarski


{gallery}koncerty/inorock18{/gallery}


© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version