ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

 

 

 

Najpierw koniec lata, potem koniec września. Czas ucieka, jesień w pełni, przyszła nadzwyczaj szybko. Zimno, szaro i ponuro. Co zrobić żeby sobie poprawić humor? Ano najlepiej wybrać się na koncert, a jeszcze lepiej na koncert, na którym będzie głośno, mocno i energetycznie. 30 września więc urzeczywistniłem tę myśl i w poznańskim Klubie U Bazyla byłem świadkiem występów trzech z goła innych zespołów: nowerskiego Krakow w roli "rozgrzewacza" oraz ich rodaków z Enslaved w roli jednego z headlinerów, a także amerykańskiego High On Fire jako drugą z głównych gwiazd wieczoru.

Nie jestem pewien czy nazwa Krakow pochodzi w prostej linii od nazwy byłej stolicy Polski, ale w gruncie rzeczy całkiem sympatycznie się nam w Polsce ten wyraz kojarzy. Nie wiem też czy muzycy z tego zespołu kiedykolwiek byli w Krakowie, albo czy lubią to miasto - nie miałem okazji zapytać, a genezy tej nazwy w sieci ze świecą szukać. Mniejsza jednak o "brand", najważniejsze w przypadku zespołów muzycznych są oczywiście dźwięki. I jakby się nie nazwali panowie Frode Kilvik, Kjartan Grønhaug, René Misje i Rune Nesse, tak w dźwięki to oni potrafią. Oj i to bardzo! Nie pamiętam kiedy tak spodobał mi się support jak w przypadku Krakow. Dość mroczna i ponura wariacja na temat stoner rocka, post rocka i doom metalu sprawiła, że już od początku wieczoru jesienna aura zagościła nie tylko na zewnątrz klubu, ale także w nim. Proszę jednak nie zrozumieć mnie źle: muzyka Krakow była doznaniem bardzo przyjemnym, w przeciwieństwie do deszczu, wiatru i zimna. Energetyczny występ skąpanych w nikłym blasku świateł muzyków oglądąło i słuchało się z zapartym tchem, a powoli pojawiający się w klubie ludzie też chyba docenili starania grupy. Krakow schodzili ze sceny żegnani gromkimi brawami, niestety Norwegowie dostali tylko pół godziny, więc ich set ledwo się zaczął i już się kończył. Ale oczarowali mnie, tak skutecznie, że nabyłem tego dnia najnowszy ich album pt. "Minus". Po jego przesłuchaniu już wiem, że na koncercie Panowie zagrali głównie materiał z tej płyty, choć jak się dowiedziałem po fakcie - nie są wcale młodą kapelą. Dziw, że o nich wcześniej nie słyszałem... No cóż - bardzo dobrze, że się dowiedziałem. Warto, naprawdę warto wybierać się na supporty!

Drudzy na scenie pojawili się przybysze zza Oceanu - High On Fire. Ten zespół udało mi się sprawdzić przed koncertem i to, czego posłuchałem sobie tu i tam skojarzyło mi się przede wszystkim z... naszym polskim Acid Drinkers. Spodziewałem się więc, że ze sceny poleci seria mocnych, thrashowych blastów i gitarowych riffów. Pierwszym jednak zaskoczeniem był skromny, bo trzyosobowy skład grupy. Basista, gitarzysta i perkusista. W sumie czego więcej chcieć? Drugim zaskoczeniem był poziom głośności. O cholera, jak Panowie wypalili ze swoich piecy tak bazylowe ściany zatrzęsły się w posadach! Przez pierwszy czy drugi numer mogło to być nawet znośne, ale szybko zaczęło być bardzo męczące. Nie poprawił tego nawet fakt, że ze sceny jeden za drugim leciały chwytliwe kawałki w stylu Motörhead. Muzycy High On Fire chyba za bardzo do serca wzięli sobie, że rock and roll musi być głośny. A może to ja zrobiłem błąd nie biorąc w ten wieczór stoperów? No mniejsza o to, bo wśród publiczności było widać, że wiele osób właśnie na ten koncert przybyło. High On Fire zaprezentowali swoją wizję stoner metalu, szybkiego, bezkompromisowego i brudnego. Może stąd moje skojarzenia z legendarnym Motörhead i Acidami. Grupie jednak ciut bliżej do kapel takich jak YOB czy Conan, tyle że zagranych ze dwa razy szybciej. Gdyby nie głośność, przez którą niemal cały koncert zlał się w jedną hałaśliwą papkę to pewnie mogłoby mi się nawet podobać. Jednak było głośno, jak na moją tolerancję do przesady, więc koncertu miło wspominał raczej nie będę.

Na finał tego wieczoru na scenie zameldowali się muzycy legendarnego w niektórych kręgach norweskiego Enslaved. I znowu Skandynawowie na scenie, znowu zrobiło się chłodno i dość mrocznie. Grupa niedawno wydała album "E" i spodziewałbym się, że to głównie on będzie promowany, ale set okazał się być dość przekrojowy. I tak miłośnicy nowszych, progresywnych i utrzymanych gdzieś tam w duchu Opeth nagrań usłyszeli m.in. "Roots Of The Mountain" z płyty "RIITIIR" (2012), tytułowy utwór z płyty "Ruun" (2006) czy "Sacred Horse" z najnowszego albumu. Dla fanów starszych nagrań również coś miłego, bo oto ze sceny poleciały "Isöders Dronning" lub "Jotunblod" (swoją drogą przywoływane przez jednego z widzów co utwór) z płyty "Frost" albo "Allfǫðr Oðinn" z mini-albumu "Hordanes Land" (1993). Klasyka black metalu, nieprawdaż? Set dopełnił jeszcze "Havenless" z "Below the Lights" (2003) i... to by było na tyle! Setlista skromna, ale grania było na niemalże godzinę. Z początku Enslaved mieli jakieś problemy z nagłośnieniem, może wysiadło po wcześniejszym koncercie. Sygnalizowali to również ze sceny, ale gdzieś w połowie koncertu wszystko było już w porządku. Było to moje pierwsze spotkanie z Enslaved na żywo i muszę powiedzieć szczerze, że mam spory niedosyt. Zdaje mi się, że grali nawet krócej niż High On Fire, w dodatku jakoś tak bez przekonania. Ale te kompozycje, które usłyszeliśmy bronią się same. W końcu grupa ta to historia black metalu czy viking metalu. Aktualnie piszą kolejny rozdział swojej historii - mocno progresywny i ambitny, szkoda więc, że tak niewiele z nowego albumu dane nam było usłyszeć na żywo.

Cały koncert wspominam więc raczej pozytywnie. Jeśli miałbym użyć skali szkolnej to musiałbym norweskie zespoły ocenić po równo na "piąteczkę". High On Fire z uwagi na głośność dostałoby ode mnie "tróję", ale ewentualnie z plusikiem na zachętę. Może kiedyś dane mi będzie ich usłyszeć i docenić w trochę cichszej wersji. Krakow na ocenę zasłużył sobie świetnym klimatem, wielowątkowymi kompozycjami i rozmachem jak na support. Enslaved? Z samego faktu, że to oni, już powinni dostać czwóreczkę, ale koncert był bardzo dobry. Przekrojowy materiał, dynamiczny set, kilka mocnych numerów. Na minus za to dość skromna reprezentacja nowego albumu oraz czas koncertu, który trwał niespełna godzinę. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się ten zespół zobaczyć na żywo i wtedy mój rozbudzony na nich apetyt zostanie trochę bardziej zaspokojony. A z koncertu wracałem jak już wspomniałem z płytą "Minus" Krakow w ręku, a także z "E" od Enslaved.

 

 

 

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version