ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Pink Floyd
A Saucerful Of Secrets
(1968, album studyjny)

01. Let There Be More Light - 5:38
02. Remember A Day - 4:33
03. Set The Controls For The Heart Of The Sun - 5:28
04. Corporal Clegg - 4:12
05. A Saucerful Of Secrets - 11:57
06. See-saw - 4:36
07. Jugband Blues - 2:59

Czas całkowity: 39:23

- Syd Barrett - gitara, wokal
- David Gilmour - gitara, wokal
- Richard Wright - instrumenty klawiszowe, wokal
- Roger Waters - gitara basowa, wokal
- Nick Mason - perkusja

 

Wyświetlony 10062 razy

3 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński czwartek, 10 grudzień 2015 20:18 napisane przez Edwin Sieredziński

    Podróży sentymentalnej redaktora Sieredzińskiego ciąg dalszy... Nie mam zamiaru ukrywać, że wczesne albumy Pink Floyd wywarły duży wpływ na moje poszukiwania muzyczne oraz na percepcję muzyki rockowej w ogóle. Praprzyczyna późniejszego zainteresowania krautrockiem czy space rockiem - to jeden z powodów. Inny to odbiór muzyki jako nieprawdopodobnego induktora wyobraźni. Mam również wielki sentyment do tych płyt również z innych powodów.

    Było to po maturze. Wcześniej już słuchałem Yes, King Crimson czy ELP... w końcu postanowiłem zabrać się za pierwsze albumy Pink Floyd. Jaka to była potęga wyobraźni! Jeszcze ta aura świetnie się komponowała z licznymi zawirowaniami tamtego okresu. W każdym razie starych Floydów zacząłem słuchać niemalże maniakalnie; takie to już było moje dziwactwo, którego skutkiem prawdopodobnie były poszukiwania mocnych wrażeń na rubieżach muzyki rockowych takich jak zeuhl, krautrock czy RiO w okresie późniejszym. Jednocześnie osłuchałem się tekstów mojego otoczenia, że cóż to za nieprawdopodobna rąbanina. Co mogłem poradzić, jak dla mnie to był wówczas szczyt myśli muzycznej! (Do tej pory twierdzę, że od takich, niejednoznacznych albumów zaczyna się słuchanie muzyki, nie od koszmarnej męczybuły, rocka dla dziewic typu Ed Sheeran, Foo Fighters czy SOAD, lecz od np. Islands - King Crimson czy A Saucerful of Secrets - Pink Floyd). Jednocześnie miałem się przekonać w niedługim czasie, że do odbioru takiego eksperymentalnego, psychodelicznego rocka wystarczy wyobraźnia i odpowiednio rozbudowana sfera emocjonalna.

    Przed jednym z wykładów słuchałem sobie "A Saucerful of Secrets", podeszła do mnie M., no i pyta się, co tak usilnie zgłębiam. Stwierdziłem dobitnie, że raczej jej się to nie spodoba. Dobrze wiedziałem, że płeć przeciwna lubuje się w kompletnej muzycznej tandecie. Ona z wrodzoną sobie dociekliwością stwierdziła, że mimo wszystko chce spróbować. Myślę sobie, wykończy ciebie ten kawałek. Lecz słuchała z zaciekawieniem, a przy końcówce wyraźnie była poruszona. A potem tekst, który mnie powalił: "To był najciekawszy utwór, jaki usłyszałam w życiu!". Jakże wielkie było jej zdziwienie, że album ten powstał 40 lat wcześniej w 1968 roku. Dla niej był to pejzaż z odległej przyszłości!

    A teraz o płycie. Z mojego punktu widzenia jest to najlepszy album Pink Floyd. Do tej pory chętnie go słucham, mimo że od czasów poznania minął już szmat czasu. Od początku do końca jest to album absolutnie fenomenalny. W dodatku prawdopodobnie Waters był wówczas w życiowej formie, utwory jego autorstwa przebijają jego późniejsze dokonania o wiele wielkości.

    Zaczyna się od "Let there be more light" - utwór nawiązujący do "Kronik marsjańskich" Raya Bradbury'ego. Nie dający się zapomnieć się riff na początku, a później jeszcze te partie na organach... coś wspaniałego. Później przechodzi w "Remember A Day", utwór napisany przez Wrighta będący sentymentalnym wspomnieniem dzieciństwa. Następnie genialny utwór Watersa "Set the controls by the heart of the sun" - inspirowany był on muzyką bliskowschodnią, nierzadkie w tamtej epoce, lecz brzmienie jest nieprawdopodobne. Waters napisał ten utwór w drugiej połowie 1967 roku.Aż ciężko uwierzyć, że wersja koncertowa z Ummagumma jest jeszcze lepsza. Potem "Corporal Clegg". To pierwszy antywojenny utwór Watersa, lecz kompletnie pozbawiony łzawej, męczącej egzaltacji rodem chociażby z Final Cut. Dostajemy tutaj tragikomiczny utwór o weteranie wojennym. Panuje o nim wiele sprzecznych opinii, lecz nie ma co ukrywać, że jest kapitalny. Ten ryczący elektryk i dudy w środku wygrywające melodię przypominającą wojskowy marsz. Całości dopełnia tekst - rodem z czarnej komedii pokroju Biloxi Blues. Przechodzimy do dzieła najbardziej wybitnego. "A Saucerful of Secrets". Zaczyna się cicho, drżenie perkusji, zimne brzmienie organów Farfisa, później wchodzi gitara elektryczna, brzmienie jej zostało zmodulowane neodymowym magnesem. Później nabiera dynamiki... motyw bitewny "Syncopated Pandemonium" bardzo pobudza wyobraźnię, perkusyjna pętla, atonalne partie na fortepianie oraz rycząca gitara elektryczna. Później przechodzi w "Something Else" - żałobny motyw, lecz mający cechy monumentalne. Na koniec dostajemy "Celestial Voices". Zaczyna się od zmodulowanej gitary elektrycznej - przypomina to zadęcie w róg. Następnie organy Hammonda, a w końcu chór wszystkich członków zespołu i partia na melotronie. Wojownik idzie do nieba. Końcówka może być naprawdę wzruszająca i ruszać co wrażliwsze osoby za serce. Pierwotnie utwór miał się nazywać "Massive Gadgets of Hercules" - ten tytuł lepiej oddawałby motyw bitewny i późniejsze udanie się wojownika do Walhalli. Tytuł, w jakim go obecnie znamy, nadaje temu jeszcze więcej psychodelicznego posmaku. Co ciekawe, inspiracją dla "A Saucerful of Secrets" była symfoniczna muzyka Arnolda Schoenberga oraz Albana Berga. Pokazuje to, jak wiele elementów rock psychodeliczny potrafił czerpać z awangardowej muzyki tworzonej wcześniej i, więcej, twórczo je przetwarzać, tworzyć kompletnie nową, nie istniejącą wcześniej, jakość. Później mamy znowu niby balladkę, acz bardzo ciekawą. "See-Saw". Znowu to utwór będący wspomnieniem dzieciństwa. Sentymentu dodaje tutaj wykorzystanie melotronu. Jest to jeden z nielicznych utworów, w których Pink Floyd posłużył się tym instrumentem. Inne to wzmiankowany wcześniej tytułowy utwór, "Sysyphus" pochodzący ze studyjnej części Ummagumma oraz legendarny już "Atom Heart Mother". Na koniec dostajemy ostatni błysk geniuszu szalonego diamentu, Syda Barretta. "Jugband Blues" jest bardzo krótkim, lecz niezwykle poruszającym utworem. Zastosowano tutaj formułę pętli... zaczyna się sentymentalnie, ale dzięki orkiestrze przechodzi w bardzo energetyczny motyw, więcej gra orkiestry się rozlatuje w pewnym momencie... i znowu wracamy do sentymentalnego nastroju. Tak się kończy "A Saucerful of Secrets". Zostajemy z różnymi odczuciami - od podniosłego nastroju przez tragifarsę aż po sentyment za "starymi, dobrymi czasami". Każdy z tych utworów jest inny, budzi inne emocje, porusza wyobraźnię.

    Był to album bardzo wpływowy. Rozwiązania zastosowane w "Corporal Clegg" antycypują wręcz acid punk. Wiele utworów na albumie to space rock, antycypacja muzyki granej później przez Hawkwind czy Roberta Calverta. Album wywarł również wielki wpływ na krautrock. W zasadzie to jeden z węzłowych i przełomowych albumów muzyki rockowej, którego ciężko jest nie znać. Można oceniać go jako rozwinięcie koncepcji Barretta z debiutowej płyty. Faktycznie, Barrett stworzył to psychodeliczne brzmienie oparte na modulacji i dystorsji gitary elektrycznej oraz tle budowanym z użyciem organów (Farfisa i Hammonda). Lecz, jakże ciekawym rozwinięciem tych koncepcji jest ten album oraz dwa następne. Bardzo niesprawiedliwe byłoby stawianie ich w cieniu debiutu. Do głosu poza tym dochodzą inni członkowie zespołu. Wraz z A Saucerful of Secrets zaczyna się również era Watersa w Pink Floyd, trwająca aż do połowy lat 80-tych.

    Apogeum ery psychodelicznej dało w krótkim czasie naprawdę wiele dzieł ważnych. Szanujący siebie miłośnik muzyki rockowej nie może tego albumu nie poznać. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa. Można nosić sobie koszulki z napisem "I hate Pink Floyd", ale o takim albumie trzeba chociaż zdanie sobie wyrobić. Osobiście jako wielki miłośnik Pink Floyd nie mogę dać innej oceny niż... pięć gwiazdek to za mało.

  • Link do komentarza Rafał Ziemba czwartek, 30 sierpień 2007 00:26 napisane przez Rafał Ziemba

    Pink Floyd to mój ulubiony zespół, nie ma co tego faktu ukrywać. Nie ma takiej płyty która by mi sie nie podobała, nawet kiepski The Final Cut ma swoje dobre momenty. I chociaż uważam, że najlepszą płtą Pink Floyd jest Dark Side Of The Moon, to jednak A Saucerul Of Secrets pozostaje moją ulubioną. Na tej płycie grał najpełniejszy skład, jeszcze ze św. pamięci Sydem. Przypuszczam, że to właśnie jego już chwilowe tylko przebłyski geniuszu, wraz z techniką Davida oraz pomysłami Rogera i Ricka dały nam ten psychodeliczny fenomen. Gdyby się uprzeć, można do tej płyty przykleić etykietkę Space Rocka, bo już od otwierających dźwięków Let There Be More Light, aż do See-Saw mamy muzykę, którą w kilka lat później uskuteczniał Hawkwind. Nie ma słabego kawałka na tym albumie. Nawet niedoceniany Corporal Clegg jest fenomenalny. Takich jazgoczących gitar jak w tym utworze nie było chyba aż do czasów punk rocka;)A ten bas znany z Set The Controls For The Heart Of The Sun czy Let There Be More Light? Waters chyba nigdy już nie był w takiej formie twórczej. A bębny z tytułowej suity? A klawisze na jej końcu? Czysty geniusz. I tylko ten jeden mały przebłysk Syda... Jugband Blues. Utwór jakby kompletnie nie z tej płyty, ale nie można sobie jej wyobrazić bez tej kompozycji. Przejmujący tekst i niewyszukana balladka która zmienia się w środkowej części w kakofonię, by później przywrócić spokój. Dokładnie zgodnie z naturą Syda. Wstyd nie znać tego albumu.

  • Link do komentarza Bartek Kieszek czwartek, 30 sierpień 2007 00:26 napisane przez Bartek Kieszek

    Ta płyta chyba już zawsze będzie mi się kojarzyć z upalnym latem 1994 roku. W owym czasie muzyka Floydów była moją nieodłączną towarzyszką. Znalem wówczas na pamięć takie arcydzieła zespołu jak Dark side, Wish you were here czy tez Atom heart mother ale wciąż potrzebowałem większej ilości tych cudownych dźwięków.
    Wtedy to właśnie dostałem od mamy w prezencie winylowe wydanie A saucerful of secrets kupione na jakimś bazarze staroci. Pamiętam iż nie posiadałem się z radości a perspektywa poznania całkowicie dla mnie nieznanego albumu mojej ulubionej grupy zdawała się być niesłychanie kusząca. Jeden rzut oka na okładkę wystarczył bym zdał sobie sprawę iż za chwilę doświadczę czegoś niezwykłego.
    I rzeczywiście....Gdy delikatnie ułożyłem płytę na talerzu gramofonu i pierwsze dźwięki wypełniły pokój wiedziałem już że za chwile odpłynę w nieznaną otchłań zapomnienia.
    Album rozpoczyna się od świetnego Let there be more light który niemal natychmiast stał się jednym z moich najukochańszych fragmentów w historii zespołu. Przepełniony podniosłym nastrojem oczekiwania i prawdziwie kosmicznym feelingiem zdawał się być idealnym sposobem na przejście do innej rzeczywistości czekającej tuz pod powiekami.
    Dalej na płycie mamy oniryczną balladę Remember a day z nieco rozmarzonym głosem Wrighta i ciekawą partia perkusji. Uśpiła ona nieco moją czujność bo gdy zacząl się kolejny numer to prawie spadłem z krzesła...
    Set the controls for the heart of the sun to z pewnością kompozycja wybitna ze znakomitą linią basu która zdaję się rozbrzmiewać w naszych uszach długo po zakończeniu pieśni. Jeśli spróbujemy posłuchać jej w środku nocy wpatrzeni w blask księżyca to jak mawiał Piotr Kaczkowski mrówki gwarantowane.
    Następny jest Corporal Clegg będący pierwszą antywojenną piosenką Watersa. I trzeba przyznać iż po znakomitym Set the controls& zupełnie rozczarowuje. Nie lubiłem tego fragmentu już wtedy i muszę przyznać iż na przestrzeni lat nic się nie zmieniło. Szczególnie drażni mnie zbyt hałaśliwa partia czegoś co brzmi jak rozstrojona kobza.
    Jednak następna kompozycja wynagradza wszystko. Ponad 11 minutowa tytułowa psychodeliczna epopeja zabiera nas w niesamowitą podróż do miejsc które nie zostały jeszcze nazwane...Wystarczy tylko zamknąć oczy i poddać się tym dźwiękom aby moc doświadczyć potęgi tego arcydzieła( zainteresowanym szczególnie polecałbym wersję tej mini-suity zawartą na podwójnym albumie Ummagumma- to niewiarygodne ale jest jeszcze lepsza.)
    I w ten sposób dochodzimy do końca płyty. Najpierw słuchamy kojącej pieśni See-saw będącej prawdziwym wytchnieniem po genialnym A saucerful of secrets.
    Jako ostatni wybrzmiewa jedyny na tym zestawie numer skomponowany przez Baretta czyli Jugband blues.
    Pamiętam ze gdy słuchałem tego albumu po raz pierwszy urzekł mnie jego bajkowy, trochę niesamowity klimat. Wtedy nie za bardzo wiedziałem iż taka muzyka to rock psychodeliczny co wcale nie przeszkadzało mi delektować się tymi nutami. Teraz 13 lat później A saucerful of secrets wciąż potrafi mnie urzec i choć nie słucham jej tak często co kiedyś to za każdym razem gdy ja włączę ( oczywiście z CD) czuję się jakbym znowu miał 13 lat.
    Znakomity album-4.5 gwiazdki.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version