ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Pink Floyd
Ummagumma
(1969, album studyjny)

Ummagumma
Oceń ten artykuł
(308 głosów)

CD 1 - Live Album
01. Astronomy Domine - 8:29
02. Careful With That Axe, Eugene - 8:50
03. Set the Controls for the Heart of the Sun - 9:12
04. Saucerful of Secrets - 12:48

CD 2 - Studio Album
Sysyphus
01. Part One - 1:08
02. Part Two - 3:30
03. Part Three - 1:49
04. Part Four - 6:59
05. Grantchester Meadows - 7:26
06. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict - 4:59
The Narrow Way
07. Part One - 3:27
08. Part Two - 2:53
09. Part Three - 5:57
The Grand Vizier's Garden Party
10. Part One - Enterance - 1:00
11. Part Two - Entertainment - 7:06
12. Part Three - Exit - 0:38

Czas całkowity - 1:26:11

- David Gilmour - gitara, wokal
- Richard Wright - instrumenty klawiszowe, wokal
- Roger Waters - gitara basowa, wokal
- Nick Mason - perkusja

Wyświetlony 9809 razy

Media

3 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński środa, 10 grudzień 2014 01:35 napisane przez Edwin Sieredziński

    Podróży sentymentalnej odsłona pierwsza... Nie ma co ukrywać, że Pink Floyd jest jednym z moich ulubionych zespołów rockowych. Szczególnym sentymentem darzę jednak ich pierwsze pozycje, ponieważ stanowiły one dla mnie wstęp do świata rocka psychodelicznego i eksperymentalnego, w zasadzie były punktami zwrotnymi, jeśli chodzi o te nurty. Nie będę ukrywać, że z mojego punktu widzenia w takich "Interstellar Overdrive" czy "A Saucerful of Secrets" jest więcej artyzmu niż chociażby w The Wall. Przejdę jednak ad rem.

    Album Ummagumma poznałem tak po połowie 2008 roku. Trochę lat na karku już miałem, więc byłem w stanie go umiejscowić w moich ówczesnych kategoriach rozumowania - jako element "radykalizmu" czy "eksperymentalizmu". (Określenia awangarda nie lubię, cytat z Davili "artysta, który nie posiada wystarczającej oryginalności, aby stworzyć swój niepowtarzalny świat, przyłącza się do awangardy"). Ummagumma nie miała takiego znaczenia, jeśli chodzi o emancypację w stronę rocka eksperymentalnego, większy był wpływ albumu A Saucerful of Secrets, zwłaszcza jego tytułowego utworu. Choć pewien sentyment jest związany z istotnym wydarzeniem w życiu każdego osobnika płci męskiej; fama zresztą niesie, iż Ummagumma w slangu studentów w Cambridge była określeniem aktu płciowego... Mniejsza z tym. Inny był wówczas mój stan postrzegania i rozumienia muzyki. Obecnie jako wyjadacz trochę starszy, skłaniający się co raz śmielej w stronę muzyki klasycznej i jazzu, widzę ten album zupełnie inaczej. Co raz rzadziej również doń wracam. Rzecz, która z początku może wydawać się rewolucyjna, po poznaniu masy innych zjawisk już tak mocno nie świeci na niebieskim firmamencie.

    Koncertowa część to prawdziwy monument rocka psychodelicznego. Panowie Architekci tutaj mogliby śmiało wypowiedzieć słynne słowa Horacego - exegi monument aere perennius... To również pomnik upadłej intelektualnej potęgi rocka. "Astronomy Domine" to bardzo dobra adaptacja utworu z pierwszej płyty zespołu z 1967 roku. To zimne brzmienie organów Farfisa z początku naśladujące Morse'a, później przestery i pogłosy gitarowe, przepiękne interludium przypominające melotron (choć grane na Farfisie). Później "Careful with the Axe, Eugene" - najlepsze wykonanie tego utworu. Dodam, że najlepszy występ wokalny Watersa - ten krzyk jest znacznie lepszy niż późniejsze ni to śpiewanki, ni to melorecytacje. "Set the Controls for the Heart of the Sun" - koncertowa wersja jest znacznie lepsza i ciekawsza niż studyjna. Zwłaszcza te sprzężenia gitarowe wprowadzają niezwykłą aurę.

    Przy "A Saucerful of Secrets" to trzeba napisać dłuższy komentarz. Uboższe to instrumentalnie, uproszczone, w porównaniu ze studyjnym wykonaniem mające znacznie mniej klimatu. Porównując wersję z 1968 roku i tą... wypada znacznie słabiej. Brakuje tych wstawek na fortepianie, przypominających o modernistycznych inspiracjach tego utworu. Wprawnemu słuchaczowi kojarzyć się one mogły z Schoenbergiem czy też konwergentnymi doń rozwiązaniami Cecila Taylora... tutaj tego brakuje. Zachowuje mroczną aurę, lecz nie wbija tak w fotel, nie pobudza uczuć, a końcówka traci mocno na klimacie bez smyczków. Stokroć wolę studyjną wersję lub tą z bootlegu "Man On The Journey", gdzie wykorzystano chór, orkiestrę symfoniczną oraz działa (jak w "Uwerturze rok 1812" Czajkowskiego). Tak samo w czasie koncertu w Pompejach, gdzie w drugiej części "Syncopated Pandemonium" pojawia się fortepian. Dla mnie najsłabszy element części koncertowej Ummagumma. Studyjna wersja miała w sobie niesamowitą moc, poza tym była to czysta kreatywność, rozszerzenie granic rodzaju poprzez upodobnienie brzmienia i kompozycji do modernistycznej muzyki symfonicznej.

    Część studyjna. Tutaj z różnych stron pokazali się poszczególni członkowie zespołu. Na szczególną uwagę zasługuje "Sysyphus", dzieło ewidentnie najwybitniejsze w tej części. Wspaniałe nawiązanie do modernistycznej muzyki klasycznej, w poszczególnych częściach czuć nawiązania do Debussy'ego, Ravela, Schoenberga i Berga - gdyby to zrealizować z orkiestrą i kościelnymi organami, to byłby świetny poemat symfoniczny. Takiej roboty nie powstydziłoby się zapewne wielu współczesnych kompozytorów muzyki klasycznej. Jeszcze te odgłosy łąki i płynącej wody - to z kolei przypomina musique concrete. Watersa natomiast nie wiem, czy oceniać w kategoriach totalnego bubla, czy bardzo ponurego żartu. "Grandchester Meadows" to podłożone odgłosy przyrody i barowa śpiewanka w stylu "płynie sobie rzeczka, a nad nią pasie się krówka". Wyszedł pokraczny bastard modernizmu z brzmieniem speluny. Ani to Ottorino Respighi, który w 1924 roku podłożył śpiew ptaków na koniec trzeciej części swoich "Pinii rzymskich", ani to southern rock. W dodatku utwór, który jest śmiertelnie nudny i - jak to na Watersa przystało - wymruczany. Z kolei "Several Species of Small Fury Animals Gathered in Cave and Grooving with a Pict" to zwykły przerost formy nad treścią. To muzyczna ciekawostka... raz sobie można tego wysłuchać, na dłuższą metę nadaje się tylko na wykręcenie kiepskiego żartu lub podłożenie pod idiotyczny filmik na YouTube. Przypomina to nieco "Poem electronique" Schaeffera; i tak samo nie nadaje się do słuchania. Możliwe, że Waters zrobił po prostu ponury żart... "Narrow Way" Gilmoura... dostajemy kolejny numer, porządna gitarowa robota, trochę fortepianu. Dobry utwór, choć nie tak natchniony jak "Sysyphus". I na koniec znowu musimy się mierzyć z obrazem kompletnej porażki... "Grand Vizier's Garden Party" jest utworem krańcowo nieporadnym kompozycyjnie. Eksperyment mocno nieudany - podobnie jak na późniejszych płytach jajecznica i śpiewający pies.

    Ummagumma nie jest albumem, jakim należy się przedwcześnie raczyć. Umiejscowienie poszczególnych jego elementów i zrozumienie ich wymaga niezłego osłuchania i znajomości muzyki. Również wyjścia poza świat rocka. Część koncertowa ma tą aurę wczesnych Floydów - z jednej strony mroczną i gęstą, a z drugiej niezwykle tajemniczą. Można mieć pewne zastrzeżenia do niektórych utworów, ale tak to exegi monumentum... Monument rocka starożytnego i tamtej duchowości obecnie reprezentowanej przez nielicznych pogrobowców. Natomiast studyjna... Jeden punkt nawet po upływie wielu lat od poznania wydaje się genialny; "Sysyphus" oczywiście. "Narrow Way" wypada bardzo mocno. Natomiast reszta to jest generalnie nieporozumienie. Mimo wszystko Ummagumma może dostać te pięć z minusem.

  • Link do komentarza Rafał Ziemba wtorek, 01 luty 2011 16:27 napisane przez Rafał Ziemba

    Pierwsza prawdziwie psychodeliczna płyta jaką słyszałem w życiu. Miałem wtedy lat 15, a takie dokonania Floydów jak Animals, The Wall, The Final Cut, Atom Heart Mother, Division Bell, Dark Side Of The Moon i The Division Bell miałem w jednym palcu. Ale nie wiedziałem jeszcze co skrywa przede mną muzyka Pink Floyd z lat 60. Do czasu aż przywlokłem wraz z gitarą klasyczną do domu kasetę o dziwnym tytule 'Ummagumma'. Ponieważ jednak w oryginale jest to wydawnictwo dwupłytowe należy tak tez je recenzować. A więc pierwsza płyta to koncert, typowy genialny koncert jakie Pink Floyd miało wiele w tamtym okresie (masa bootlegów to potwierdza). O sile tego koncertu świadczy najlepsza wersja Careful With That Axe, Eugene. Legenda głosi, że członkowie Pink Floyd mają w swoich zbiorach inne tłoczenie tej płyty, z zawartym na niej dodatkowo Interstellar Overdrive. Ciekawe ile w tym prawdy? No nic to, zajmijmy się druga płytą. W zamyśle miała być ona skonstruowana tak, aby każdy z muzyków miał tylko i wyłącznie swoją część, na co podobno najbardziej naciskał Rysiu Wright. I od jego kompozycji, monumentalnego 'Sysyphus' rozpoczyna się to lp. Niektórzy twierdzą, że jest to dziełko zbyt pretensjonalne - mi się podoba, szczególnie moment w którym po chwili ciszy i wytchnienia nagle następuje kakofonia dźwięków... Miodzio. Następny w kolejce był Roger Waters. I chyba on spisał się ze wszystkich najlepiej nagrywając przepiękną balladkę 'Grantchester Meadows' który połączył z zabawnym, instrumentalnym kawałkiem o tak długim tytule, ze nie chce mi się go tu przytaczać. Grunt, że 'Grantchester Meadows' na stałe weszło do koncertowego repertuaru grupy w tamtym okresie. David Gilmour tez spisał się wcale nieźle. 3 częściowe The Narrow Way jest bardzo dobrze pomyślane i zagrane, szczególni ta potężna gitarowa częśc, oraz ta balladowa, śpiewana (polecam bootleg The Man&The Journey, na którym bardzo fajnie słychać jak David fałszuje w powyżej omawianej kompozycji). Największy problem ze wszystkich miał biedny Nick. Przecież nie można wymagać od perkusisty, żeby sam nagrał około 10 minut muzyki. No ale i on na szczęście jakoś z tego wybrnął. Zagral partię, trochę pociął, trochę wyciął, tu zwolnił, tam przyspieszył, dodał trochę efektów a na początku i końcu jego ówczesna żona zagrała kilka nutek na flecie. I już można słuchać bez bólu:) Dla mnie kolej na płyta Floydów na 5.

  • Link do komentarza Bartosz Michalewski wtorek, 01 luty 2011 16:27 napisane przez Bartosz Michalewski

    No tak, po przeczytaniu mojego tekstu o Grand Hotel można było odnieść wrażenie, że w swej podróży sentymentalnej poruszał się będę po w miarę przystępnych rejonach, a ja tu walę takie coś! Ummagumma! Od razu rozwieję powstałe wątpliwości - większość płyt, które będę opisywał jest prostych, miłych i z pewnością wszyscy je lubicie. Ale, jak sami chyba rozumiecie, skądś to moje zainteresowanie awangardą się wzięło i bynajmniej nie od Procol Harum.

    Ummagumma to najważniejszy album mojego życia. Ten, który najbardziej mnie ukształtował, który rozpostarł przede mną najwięcej możliwości słuchania muzyki, wreszcie ten, który przez dziesięć lat uznawałem, za swój ulubiony. I chociaż od dłuższego czasu nie odczuwam potrzeby słuchania go, to nadal jest on czymś w rodzaju wizytówki mojego podejścia do rocka progresywnego i do muzyki w ogóle.

    Idąc do gimnazjum słuchałem Beatlesów. I to wcale nie eksperymentów z taśmami i hinduskich odjazdów, ale największych przebojów. Wiecie - All You Need Is Love, I Want to Hold Your Hand, Help! i tak dalej. W autokarze na wycieczce integracyjnej poznałem kolegę. Jak masz 12 lat i cię pytają czego słuchasz, to nie mówisz nazwy gatunku, tylko wymieniasz ten jeden zespół, który lubisz. Ja lubiłem The Beatles, a on lubił Pink Floyd. I kiedy już zaczęła się szkoła poprosiłem go, żeby podrzucił mi coś swoich ulubieńców. Zgodził się i na drugi dzień przyniósł mi... Ummagummę. Dziwny wybór, prawda? Gdyby ktoś was poprosił o jakąś próbkę Floydów na początek to różne albumy moglibyście mu przynieść, ale na pewno nie ten! No cóż, mój kolega uznał, że trzeba od razu skakać na głęboką wodę, a na prostsze płyty przyjdzie kolej później. Tak więc przyszedłem do domu, odłożyłem tornister, udałem się do pokoju rodziców, bo tylko tam było na czym słuchać kompaktów i rozpocząłem przesłuchiwanie. I wiecie co? Cholernie mnie to zaintrygowało! Niewiele z tego rozumiałem, teraz kiedy już coś tam o muzyce wiem widzę, że nie kumałem z tej Ummagummy absolutnie nic. Ale słuchałem jej twardo, bo chociaż nie mogłem powiedzieć, że mi się to to podoba to jednak od pierwszych dźwięków niezwykle mnie to dziwo zaciekawiło.

    Mój kolega, jak jeszcze byliśmy w gimnazjum powiedział, że kiedy słucha Led Zeppelin, albo późnych Floydów to wyobraża sobie co najwyżej, jak muzycy grają. Natomiast przy Ummagummie i w ogóle starym PF może sobie wyobrazić wszystko. I ta obserwacja zdaje się być kluczem do tego typu muzyki. Ktoś bardziej obyty w nietypowych dźwiękach może słuchać ich na wiele różnych sposobów, natomiast dla odbiorcy początkującego podstawą jest wyobraźnia. Słuchałem tego albumu tysiące razy. Kiedy padał deszcz, kiedy jechałem samochodem, kiedy chodziłem po górach, albo kiedy kładłem się spać. I za każdym razem był to zupełnie inny album. Muzyka awangardowa pozwala nam zajrzeć w siebie głębiej, łatwiej i bardziej świadomie niż nawet najpiękniejszy i najbardziej refleksyjny zwykły rock, pop czy cokolwiek innego. Nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem ludzi, których takie praktyki nudzą, których nie interesują żadne niezwykłe stany świadomości, żadna duchowość, płynąca z muzyki. Ludzi, dla których płyta jest takim samym artykułem codziennej konsumpcji jak torba frytek. Ummagumma nauczyła mnie szukać w muzyce znacznie więcej i chociaż z perspektywy czasu widzę, że nie jest to album tak wielki, jak mi się kiedyś wydawało, to jednak wpływ, jaki na mnie wywarł jest nie do przecenienia.

    Dzisiaj, ponad 12 lat od pierwszego usłyszenia wiem, że Ummagumma nie jest wolna od mankamentów. Część studyjna to w znacznej mierze niebyt udana przygoda Panów architektów z dwudziestowieczną muzyką klasyczną i chociaż wiele momentów Sysyphusa czy The Narrow Way jest znakomitych, to jednak trudno nie zauważyć, jak niewprawnym utworem jest Grand Vizier's Garden Nicka Masona, albo jak niesamowitą nudą wieje od Grantchester Meadows. Prawdziwym arcydziełem jest jedynie część koncertowa, zawierająca cztery arcygenialne przykłady psychodelii końca lat 60. Tam faktycznie jest moc, jest hipnotyzujący rytm i nastrój, którego nie sposób porównać z niczym. Tylko, że nawet te nieudane eksperymenty z płyty studyjnej odegrały w mej muzycznej edukacji niebagatelną rolę. I dlatego przymykam ucho na wszelkie ich niedostatki.

    W recenzji Grand Hotel napisałem, że to świetny album, żeby rozpocząć swoją przygodę z muzyką. Otóż uważam, że Ummagumma sprawdza się w tej roli jeszcze lepiej. Bo, jeśli podejdzie się do niej ze szczerą, dziecięcą ciekawością świata daje słuchaczowi znacznie więcej niż jakakolwiek muzyka rozrywkowa, nawet ta ciut ambitniejsza.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version