ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

No-Man
Heaven Taste (1995)
(1998, album studyjny)

1. Long day fall (5:19)
2. Babyship blue (4:53)
3. Bleed (6:50)
4. Road (3:16)
5. Heaven taste (22:30)

Czas całkowity: 41:48
- Tim Bowness ( vocals, words )
- Steven Wilson ( instruments )

gościnnie:
- Richard Barbieri ( keyboards & programming (5) )
- Ben Coleman ( acoustic & electric violins (1,2,5) )
- Steve Jansen ( drums & percussion programming (5) )
- Mick Karn ( fretless bass & dida & saxophone (5) )
Wyświetlony 3431 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Michał Jurek poniedziałek, 25 kwiecień 2011 11:09 napisane przez Michał Jurek

    Moja przygoda z No-man zaczęła się jakieś kilka lat temu. Ot, wiedziony ciekawością sięgnąłem po płytę 'Flowermouth', żeby posłuchać, co też pan Stefan gra, gdy nie lideruje Porcupine Tree. Nie powiem, byłem pod wrażeniem, a gdy w moim odtwarzaczu zagościły kolejne płyty: 'Returning Jesus' i 'Together We're Stranger', wiedziałem już, że znajomość z No-man nie będzie przelotna. Wkrótce też przekonałem się, że No-man to nie tylko albumy studyjne, ale także cała masa rozmaitych EP-ek i albumów kompilacyjnych, w części już dziś nieosiągalnych, a w części dostępnych jedynie po paskarskich cenach na aukcjach internetowych. Uznałem więc, że nie ma na co czekać i trzeba zdobyć to, co się jeszcze da. Jedną z takich zdobyczy jest album 'Heaven Taste', zawierający 5 utworów, nagranych między grudniem 1991 roku i czerwcem 1993 roku, dla których nie znalazło się miejsce na regularnych płytach grupy. Pierwotnie album ukazał się w 1995 roku, ale na szczęście dla słuchaczy wznowiono go w 2002 roku ze zmienioną okładką i z nieco wydłużonym nagraniem tytułowym.

    Płytę otwiera nastrojowy 'Long Day Fall', urzekający dyskretną partią gitary i fortepianu. Pierwszy plan należy jednak do Bena Colemana, który wygrywa na skrzypcach zaiste hipnotyczne i transowe partie, przeplatające się z melancholijną melorecytacją Tima Bownessa. Drugie 'Babyship Blue' jest bardziej motoryczne, a to dzięki zapętlonej partii automatu perkusyjnego i ostrym wstawkom gitarowym. Cały czas pozostajemy jednak w typowych no-manowych klimatach, za co odpowiadają psychodeliczne pasaże skrzypcowo-klawiszowe. No i Tim Bowness śpiewa subtelnie, jak to tylko on potrafi, podobnie zresztą jak w kolejnym 'Bleed', w którym nerwową pulsację automatu perkusyjnego przełamują krótkie gitarowe przerywniki Stevena Wilsona. Klimat zamyślenia i melancholii utrzymuje się przez jakieś cztery i pół minuty, po czym pryska niestety, ponieważ nagranie kończy jakiś zapętlony, dwuminutowy techno-łomot, skutecznie zagłuszający mruczanki pana Bownessa. Nic to jednak, bo po Bleed nadchodzi 'Road': kower nagrania Nicka Drake'a z płyty 'Pink Moon'. Króciutkie (nieco ponad trzy minuty) i urokliwe nagranie, w którym pan Bowness próbuje całkiem skutecznie zaczarować słuchaczy frazą:

    You can take a road that takes you to the stars now
    I can take a road that'll see me through.

    Ale cztery pierwsze nagrania to tylko przystawka przed głównym daniem. Jest nim instrumentalny utwór tytułowy, w nagrywaniu którego uczestniczyli, oprócz Stevena Wilsona i Bena Colemana, także Steve Jansen, Richard Barbieri i zmarły niedawno Mick Karn, znani z zespołu Japan. W wyniku kooperacji całej piątki powstało ponad dwudziestominutowe dzieło, z wyraźnie zarysowanymi, oddzielonymi krótką pauzą, dwoma częściami. Świetne nagranie! Równie hipnotyzujące i transowe, co utwory zawarte na płycie 'Voyage 34' Porcupine Tree: 'Heaven Taste' spokojnie mogłoby się na tym albumie znaleźć, zwłaszcza że powstało miesiąc po nagraniu części I i II 'Voyage 34'. Tym, co odróżnia 'Heaven Taste' od 'Podróży...' są skrzypcowe pasaże i głęboki puls gitary basowej.

    Trudno ocenić płytę, która z założenia nie miała być pełnowymiarowym albumem, ale zbiorem niepublikowanych wcześniej rarytasów. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to cenne uzupełnienie dyskografii każdego fana No-man, które w niczym nie odstaje od regularnych studyjnych płyt. A i fani Porcupine Tree powinni po ten album sięgnąć, choćby po to, żeby posłuchać, jakie były początki współpracy panów Wilsona i Barbieriego, w wyniku której ten ostatni został regularnym członkiem Jeżozwierzy...

    4/5 (a 5 z dużym plusem za nagranie tytułowe :-))

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version