ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Porcupine Tree
In Absentia
(2002, album studyjny)

1. Blackest Eyes (4:23)
2. Trains (5:56)
3. Lips of Ashes (4:39)
4. The Sound of Muzak (4:59)
5. Gravity Eyelids (7:56)
6. Wedding Nails (6:33)
7. Prodigal (5:32)
8. .3 (5:25)
9. The Creator Has a Mastertape (5:21)
10. Heartattack in a Layby (4:15)
11. Strip the Soul (7:21)
12. Collapse the Light Into Earth (5:52)

Czas całkowity: 68:18
- Steven Wilson ( guitars and vocals )
- Richard Barbieri / keyboards )
- Colin Edwin ( bass )
- Gavin Harrison ( drums )

oraz gościnnie:
- John Wesley - backing vocals (1,4,7), guitar (1)
- Aviv Geffen - backing vocals (4,7)
- Dave Gregory - string arrangements (8,12)
Wyświetlony 5819 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Michał Jurek niedziela, 23 styczeń 2011 15:00 napisane przez Michał Jurek

    Na fali odświeżania znajomości z twórczością Stevena Wilsona sięgnąłem sobie ostatnio po album PT 'In Absentia'. Album szczególny z wielu względów: pierwszy, jaki Jeżozwierze nagrali dla 'majorsa' i pierwszy, na którym tak zdecydowanie zaczęli flirtować z metalem. Dla mnie osobiście album ten też jest dość istotny, ponieważ po płycie 'Lightbulb Sun' zniechęciłem się nieco do muzyki PT i na jakiś czas przestałem jej słuchać. Do płyt 'In Absentia' i 'Deadwing' dotarłem dopiero zachęcony bardzo dobrą płytą 'Fear of A Blank Planet'. Miałem nadzieję, że jej poprzedniczki będą równie wyborne i przekonają mnie, że zerwanie z PT po 'Lightbulb...' było błędem. Kupiłem, przesłuchałem, i do dziś tak do końca nie wiem, co o tych albumach sądzić. Jednego jestem jednak pewien: według mnie zarówno 'In Absentia', jak i 'Deadwing', są od 'Fear...' gorsze.

    Pierwsze moje odczucia po odpaleniu 'In Absentia' były niezbyt pozytywne. W przyciężkawym 'Blackest Eyes' trudno odnaleźć klimaty z poprzednich płyt Jeżozwierzy, a metalowe riffy jakoś mi do PT nie pasowały, i nadal nie pasują. Na szczęście początkowa ściana dźwięku w 'Blackest...' zostaje złamana przebojowym refrenem. W klimatach przebojowych utrzymuje się też następne 'Trains'. Nie powiem, całkiem przyjemnie się słucha tej melodyjnej piosenki (zwłaszcza w rzeczonych pociągach, patrząc na jesienno-zimowy mijający krajobraz :-)), ale nie da się ukryć, że nagranie to całego albumu nie ciągnie. To może uczyni to 'Lips of Ashes'? Raczej też nie, jednak zaznaczyć trzeba, że 'Lips...' to przepiękna, oniryczna, senna i nieco psychodeliczna ballada, nawiązująca do nieco do tego, co pan Steven i spółka robili na płytach 'Signify' czy 'Stupid Dream', żeby daleko nie szukać. Najlepsza z pierwszej trójki otwierającej album.

    Czwarty w kolejności utwór 'The Sound of Muzak' jest dosyć nijaki. Niby wszystko tu jest: i pokręcone rytmy, i ładna melodia, i przebojowy refren, ale całość jakoś nie porywa. Brak tej iskry, którą PT potrafili krzesać niemal w każdym utworze z poprzednich płyt (poza 'Lightbulb Sun', rzecz jasna). Na szczęście ta nijakość pryska jak bańka mydlana przy słuchaniu 'Gravity Eyelids'. To chyba jedno z lepszych nagrań na płycie: rozpoczynające się hipnotycznym, transowym wstępem (ach, te melotronowe chórki...), a potem przyspieszające ponurymi i dołującymi riffami gitary. Napięcie rośnie jak u Hitchcocka, aż do finałowej kulminacji. Tak, dla tego nagrania niewątpliwie warto 'In Absentia' sięgnąć, ale kolejne utwory już zaniżają poziom. 'Wedding Nails' i 'Creator Has A Master Tape' są efektownym świadectwem umiejętności zespołu, ale, przynajmniej jak dla mnie, oprócz sprawnych riffów nic tu nie ma. Nagrania-wydmuszki, piękna forma, a w środku puste. Można posłuchać, ale w pamięci nie zostają. 'Prodigal' z kolei jest pewnym zgrzytem: melancholijno-balladowy śpiew Wilsona gryzie mi się ze świdrującą partią gitary. Nieco lepsze jest za to wzbogacone smyczkami '3', z fajnie rozciągniętą solówką gitarową i wybitą na pierwszy plan linią basu.

    Na szczęście końcówka albumu dostarcza kilka nagrań wyrastających ponad przeciętność. 'Heartattack in a Layby' jest po prostu przepiękne, choć przeraźliwie smutne, zarówno w warstwie tekstowej, jak i melodycznej. No i Steven Wilson śpiewa tu zaiste wspaniale: 'I'm perfectly fine but I just need o lie down...' Ciekawie wypada też 'Strip the Soul', mocne i zadziorne, ale tu akurat ołowiane riffy bronią się, podkreślając niepokojący nastrój całego utworu, rodem z horroru, czającego się w tekście. Całą płytę wieńczy kolejna wspaniała, bardzo kameralna ballada: 'Collapse the Light Into Earth', pięknie się rozwijająca i pozostawiająca słuchacza w jakimś dziwnym odrętwieniu, gdy już wybrzmią ostatnie nuty.

    Mam problem z oceną tej płyty. Jak wszystko, co wychodzi spod ręki pana Stevena, 'In Absentia' jest świetnie wyprodukowana. Jest też na niej kilka bardzo udanych nagrań. Są one jednak tylko wyjątkiem, a nie regułą. Wydaje mi się, że wprowadzenie do muzyki PT już nie tylko pierwiastków metalowych, ale wręcz całej tablicy Mendelejewa, sprawiło, że nagrania z 'In Absentia' stały się zbyt ociężałe, odarte ze swoistego, psychodelicznego klimatu z pogranicza jawy i snu, który był obecny na poprzednich płytach. Muzyka Jeżozwierzy stała się ja wiem? Zbyt dosłowna?

    Oczywiście zdaję sobie sprawę, że 'In Absentia' stanowi dla wielu fanów PT nowe, wspaniałe, progresywno-metalowe otwarcie w ich działalności, a samą płytę zaliczają do najbardziej udanych spośród jeżozwierzowych dokonań. Ja jednak nie mogę się jakoś w tej muzyce odnaleźć, zdecydowanie wolę sięgnąć po starsze albumy.

    A ocena? Gdzieś między 3 a 4, ale gdzie dokładnie, wciąż nie potrafię odpowiedzieć :-)

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version