ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Nie ukrywam, że wywiad z artystą takiej rangi jak FISH jest marzeniem chyba każdego tzw. dziennikarza amatora, a już zwłaszcza fana wczesnych płyt Marillion i solowych dokonań artysty. I choć nie obyło się bez przekładania terminu, problemów technicznych i sztywnego początku, Fish okazał się fantastycznym rozmówcą, niezwykle cierpliwym, wylewnym i szczerym. Rozmowa była długa, więc nie przedłużając, zapraszam do lektury i przypominam, że najbliższe spotkanie z Fishem już w lipcu na festiwalu Prog In Park: LINK


Gabriel Koleński: W sierpniu zagrasz w Warszawie w ramach festiwalu Prog In Park. Jak czujesz się z myślą, że będziesz dzielił scenę głównie z zespołami grającymi nowoczesny prog metal?

Fish: Nie mam z tym żadnego problemu. Nie ma to dla mnie znaczenia. Wraz z zespołem wychodzimy na scenę i robimy swoje. Nie zwracam uwagi na to co robią inni.

GK: Może w takim razie opowiedz o obecnym składzie Twojego zespołu. Po raz pierwszy będzie z Tobą grał gitarzysta John Mitchell.

F: Tak, to pierwszy raz, kiedy będziemy mogli grać razem na scenie. Oczywiście znam Johna od lat, podziwiałem jego grę, zwłaszcza w It Bites. Robin Boult (dotychczasowy gitarzysta w zespole Fisha ~przyp.red.) gra obecnie z Howardem Jonesem, dlatego potrzebowaliśmy zastępstwa. Johna polecił mi mój basista Steve Vantsis, który grał na ostatniej płycie Lonely Robot (solowy projekt Mitchella ~przyp.red.). Bardzo cieszę się na tę współpracę.

GK: Przez ostatnie kilka lat grałeś na żywo w całości albumy Marillion z okresu, gdy śpiewałeś w zespole – „Misplaced Childhood” i „Clutching At Straws”. Czy to sprawiało Ci większą frajdę niż granie solowego materiału?

F: To są dwie zupełnie różne rzeczy. Przede wszystkim, grałem dawne albumy Marillion w całości, dlatego, że postanowiłem zrobić to po raz ostatni. Nie będę już do nich wracał na żywo. Powoli myślę o muzycznej emeryturze, dlatego zaczynam zamykać niektóre rozdziały.

GK: Dlaczego nie zdecydowałeś się odgrywać w całości dwóch pierwszych płyt Marillion?

F: Oczywiście bardzo lubię „Script For A Jester’s Tear” oraz „Fugazi” i mam do nich ogromny sentyment, ale to naprawdę stare albumy. „Script” zaczął powstawać jeszcze w 1981 roku. Od tamtego momentu minęło wiele lat, dużo się pozmieniało. Obecnie śpiewam pewne rzeczy inaczej. Musielibyśmy też wymieniać klawisze na tę okoliczność, co byłoby problematyczne, dlatego nie zdecydowałem się na to.

GK: Czy Twój dorobek z Marillion to coś z czym się zmagasz czy raczej jesteś z niego dumny i chętnie do niego wracasz?

F: Oczywiście jestem bardzo dumny z tego co zrobiliśmy wspólnie z Marillion. Nasze drogi rozeszły się i każdy poszedł w swoją stronę, ale nie odcinam się od płyt, które razem nagraliśmy, dlatego też niektóre z nich grałem w całości na scenie. Zawsze będę chętnie wracał do albumów, które nagrałem z Marillion, bo to również część mojego dziedzictwa.

-
Fish 1
-

GK: Opowiedz proszę o czym będą opowiadać utwory na Twoim nadchodzącym solowym albumie „Weltschmerz” i dlaczego zdecydowałeś się nadać płycie tytuł w języku niemieckim.

F: „Weltschmerz” to ból świata (w wolnym tłumaczeniu z języka niemieckiego – zaniepokojenie jednostki stanem otaczającego nas świata ~przyp.red.). To niemieckie słowo, które znam od dawna i uwielbiam je. Podoba mi się jego brzmienie, tak jak całego języka niemieckiego. Może w poprzednim życiu byłem Niemcem, sam nie wiem (śmiech). Na albumie „13th Star” był przecież utwór „Manchmal” („czasem” ~przyp.red.). Uwielbiam bawić się słowami, łączyć je ze sobą. Z płytą jest trochę jak z filmem. Dobry film może zostać zabity w procesie post-produkcji. Na albumie będzie taka piosenka „Live Or Die By Editing”. Tak samo jest z tekstami utworów. Zawsze byłem tekściarzem, pisarzem. W czasach „Script For A Jester’s Tear” i „Fugazi” mój styl był bardzo kwiecisty, bardzo ekspansywny jeśli chodzi o ilość i dobór słów. Potem wszystko sobie przemyślałem. Wierz lub nie, ale Twitter i Facebook nauczyły mnie wiele jeśli chodzi o słowa. W 2009 i 2017 roku przeżyłem wiele ciężkich chwil, wydarzyło się wiele rzeczy, których nie chciałem. Potrzebowałem jakoś wyrazić siebie. Używałem do tego celu mediów społecznościowych. W takim przypadku musisz bardzo mocno skoncentrować się na tym co chcesz przekazać i cały czas kompresować swoją wypowiedź. Wówczas nauczyłem się wiele o tym, jak używać słów, jak one brzmią razem, jak współgrają ze sobą. Ostatni post napisałem dwa dni temu. Dotyczył tego jak po kolacji we włoskiej restauracji, wraz z żoną szliśmy na stand-up Jona Ronsona. Oboje dyszeliśmy w deszczu i wypuszczaliśmy z siebie kłęby pary jak ciężko pracujące silniki. Użyłem sześciu słów do opisania tego, to było jak olśnienie (polecam przeczytać oryginalny post na stronie Fisha, bo ciężko to sensownie przetłumaczyć ~przyp.red.).

Tak wygląda cały „Weltschmerz”. Jego warstwa słowna jest bardzo intensywna. Album zrobił się mocno autobiograficzny. Jakiś czas temu odkryłem, że to co robisz ze słowami, gdy piszesz teksty, funkcjonuje na wielu różnych płaszczyznach. Pierwsza to to co słyszą słuchacze, ich pierwsze wrażenie. Druga to nieco szersze wyobrażenia. Trzecia, najtrudniejsza do dotarcia do niej, to podświadomość i to ona jest powodem, dla którego ktoś zostaje pisarzem. Tam chcesz dotrzeć. Ciekawa sprawa ma się z utworem „Little Man What Now”. To był pierwszy tekst, który napisałem na nową płytę. Pamiętam jak pisałem te słowa. To było pod koniec roku 2016. Połowę tekstu napisałem dość szybko, ale musiałem naprawdę mocno napracować się przy drugiej części. Dopiero gdy skończyłem ten kawałek, nagrałem go i odsłuchałem, zdałem sobie sprawę jak bardzo ten utwór jest autobiograficzny. Wydawało mi się, że stworzyłem postać, która skupia w sobie cały ten wysiłek, a okazało się, że to jestem ja. Napisałem o sobie samym. Podobnie było z „Waverley Steps”, w którym pisałem o facecie cierpiącym na depresję, o tym jak dotarł do tego momentu. Tak naprawdę zaczerpnąłem tu dużo z własnego życia.

„Weltschmerz” opowiada o bólu, który potrafię odczuwać, który potrafię dostrzec i opowiedzieć o nim. Wyczuwam beznadzieję i frustrację. To są te sytuacje, gdy oglądasz telewizję i słyszysz o tym, że ludzie w Jemenie są bombardowani przez amerykańskie i brytyjskie samoloty zaopatrywane przez firmy, które zarabiają na tym mnóstwo kasy, produkując broń w Rosji i Chinach, a potem jakiś dupek w reklamie prosi o wspieranie rodzin w Jemenie. Później nadają program o przemyśle zbrojeniowym i widzisz te wszystkie piękne, błyszczące bronie, które zostaną użyte. Tu pojawia się dylemat psychologiczny. Dlaczego proszą nas o dawanie pieniędzy na uchodźców, skoro brytyjska firma zarabia miliony na broni służącej do bombardowania tych ludzi. To jest „weltschmerz”, to jest ta mentalna dezorientacja, która pojawia się, gdy próbujesz zrozumieć ten świat. Ludzie z trudem rozumieją świat, na którym żyją. Wielu młodych ludzi ma obecnie problemy ze zdrowiem psychicznym, potrzebuję pomocy. Łatwo jest mi o tym mówić, ponieważ sam mam 61 lat, za 20-30 lat mnie już nie będzie, ale młodzi ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że odziedziczą coś potwornego. Sytuacja ekonomiczna staje się coraz trudniejsza. Młodzi boją się czy będą mieć pracę, czy będzie ich stać na własny dom. Ostatnio słuchałem w radiu wywiadu z facetem, który jest właścicielem fabryki produkującej ubrania w Bangladeszu. Program dotyczył sztucznej inteligencji. Facet zatrudniał 1500 osób, które miały za zadanie wkładać nić do maszyny. Płacił im za to gówniane pieniądze, a mówimy o jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. W pewnym momencie zastąpił ludzi właśnie tą sztuczną inteligencją. Spiker w programie zapytał go dlaczego wprowadził sztuczną inteligencję, skoro sprzedaje produkowany materiał na Zachodzie, a zatrudnia ludzi bardzo ubogich. Odpowiedział, że dla zysku. Ta obrzydliwa strona kapitalizmu to dla mnie właśnie „weltschmerz”. Czemu nie możemy po prostu zatrudniać ludzi? Czemu w supermarkecie kod kreskowy musi być nadawany przez maszyny? Czemu supermarket, który zarabia miliony, nie może zatrudnić więcej osób, które będzie stać na robienie zakupów, wynajmowanie domów, itd. Dlaczego musimy wprowadzać wszędzie maszyny? Dlaczego zysk zawsze musi być kluczowym wskaźnikiem tego gdzie jesteśmy jako planeta? Zmiana klimatu postępuje, ponieważ globalne korporacje zarabiają ogromne pieniądze, które nie są potem inwestowane w planetę. Powstaje pytanie, ile pieniędzy potrzebuje jeden człowiek.

Przy „Weltschmerz” nie chciałem zajmować się polityką, to bzdura, to było przerabiane już wiele razy, to pusty frazes. Tym razem chciałem zająć się historiami prawdziwych ludzi i na nich skupiam się najbardziej. Dlatego ten materiał jest bardzo trudny do napisania, bo muszę stać się określonym bohaterem. Muszę pozwolić by moje uczucia wyszły na wierzch, ale jednocześnie muszę pozostać człowiekiem, bo inaczej oszalałbym. Ten album jest mroczny, ale jednocześnie piękny, podobnie jak to było w przypadku „Clutching At Straws”, który dotykał bardzo trudnych tematów. Tak samo film „American Beauty”. Cała postać głównego bohatera, który przeżywał kryzys wieku średniego, młoda dziewczyna, którą był zafascynowany, ojciec chłopaka jego córki, który bał się o orientację seksualną swojego syna. Wszystkie mroczne emocje zostały niesamowicie ujęte w tym filmie, cała burzliwość, złowrogość. Mimo to, jest to piękny film. Ta scena gdy Kevin Spacey kupuje sprzęt gimnastyczny i zaczyna ćwiczyć w garażu, przychodzą do niego młode dziewczyny, gdy on rozciąga się. Ta scena jest bardzo niepokojąca, ale jednocześnie piękna. Kolejna scena, w hali sportowej, gdy widzi cheerleaderkę i zaczyna fantazjować o niej, to jest piękne. To jest to co kocham jako tekściarz, jako pisarz, umieć uchwycić te wszystkie analogie.

GK: Proces powstawania „Weltschmerz” zdaje się nieco przeciągać. Czy taki był plan czy po drodze wydarzyło się coś co opóźniło nagrywanie albumu?

F: Nie, nie planowałem tego w ten sposób, ale tak się stało z wielu przyczyn. W pewnym momencie musiałem zweryfikować rozplanowanie powstawania tego albumu. Tematy, które tym razem poruszam, wymagały dużej ilości czasu, bym mógł je właściwie przetrawić. Musiałem odpowiednio przygotować historie. To jest właśnie to czym się zajmuję. Piszę historie, które trochę przypominają scenariusze filmowe tworzone do muzyki. Dobrym przykładem są dwa utwory, które wciąż musimy skończyć. Jeden z nich to „Rose Of Damascus”, który opowiada o młodej osobie z Syrii, która staje się uchodźcą, przynajmniej w Europie. Obecnie jest to bardzo poważny problem. Dziewczyna, o której opowiadam w utworze, wychowuje się w Damaszku. W pewnym momencie religia wkracza w jej życie w inny sposób niż by sobie tego życzyła. Wówczas to życie zostaje wywrócone do góry nogami, a ona nie może już sprzedawać róż, jest zmuszona chować twarz, ukrywać się. Później, z powodu wojny traci rodzinę oraz dom, porzuca swój kraj i ucieka do Europy. Tytuł utworu wziął się od róży damasceńskiej, która była najważniejszą rośliną uprawianą w Syrii, wykorzystywaną niegdyś między innymi jako składnik do produkcji perfum. Róża damasceńska to również jedna z pierwszych róż sprowadzonych do Europy, a odkryta w Syrii. Ten kwiat posłużył do stworzenia kolejnych hybryd róż w Europie. Dziewczyna w mojej historii jest jak ta róża, która przybywa do Europy po ciężkiej przeprawie, a ja przedstawiam kolejne jej etapy. Czegoś takiego nie da się opowiedzieć w ciągu pięciu minut.

Mamy jeszcze jeden taki utwór, który z kolei opowiada o demencji. Bohaterem historii jest człowiek z Holandii, który widział potworne rzeczy w młodości, w czasie Drugiej Wojny Światowej. Gdy dorasta, te wspomnienia stają się jedynymi jakie ma, tymczasem przestaje pamiętać własną żonę. Tego typu utwory są jak scenariusze. W 2017 roku zorientowałem się, że jeśli postawię tylko na takie długie kawałki, na płycie znajdą się raptem cztery utwory. Uznałem, że to niewłaściwe i chciałem zrobić coś więcej. Wtedy postanowiłem, że powstanie podwójny album, zwłaszcza, że ma to być mój ostatni, dlatego chciałem by był czymś wyjątkowym, czymś czego do tej pory nigdy nie robiłem. Wcześniej był rok 2016, kiedy zmarł mój ojciec, a ja miałem operację pleców. Musiałem odreagować to wszystko, dlatego poświęciłem się pracy w ogrodzie. Zatraciłem się w tym na sześć miesięcy, które minęły nie wiadomo kiedy. Rok później, gdy zaczęliśmy tworzyć utwory, pojawiły się kolejne problemy, a potem pojechaliśmy w trasę. W 2018 roku wróciliśmy do zaczętego wcześniej materiału, ale nagraliśmy tylko jakieś 30-40 minut muzyki, z której część pojawiła się na epce „A Parley With Angels”. Dzięki temu na koncertach mogliśmy grać nowy materiał. Na początku tego roku nastąpiła kolejna zmiana w mojej rodzinie. Moja matka żyła sama od śmierci mojego ojca. Wspólnie jako rodzina zadecydowaliśmy, że będzie lepiej jak zamieszka z nami. Gdy wprowadziła się do naszego domu w styczniu, zmienił się mój sposób pracy, ponieważ nie mogłem już do późna w nocy pracować w domu ani trzymać w nim zestawu perkusyjnego. Nie potrafiłem skupić się na pracy nad nowymi utworami, ponieważ poświęciłem się sprawom rodzinnym. Musiałem się nieco wycofać, dlatego w tym roku nie pojadę w trasę koncertową, z wyjątkiem kilku festiwali, ponieważ skoncentruję się na tworzeniu nowego materiału do końca roku. Wówczas powinien zakończyć się też remont mojego domu. Zostanie dobudowana kolejna część, w której będzie mieszkać moja matka. Wtedy zwolni się miejsce na studio, co będzie lepsze dla wszystkich.

To wszystko spowodowało, że powstanie albumu opóźniło się. To były trudne trzy lata. Nie wynikało to z braku chęci czy możliwości, ale dosłownie i w przenośni nie miałem przestrzeni na nową muzykę. Nie przeszkadza mi to. Nie jestem związany z żadną dużą wytwórnią, nie ciąży na mnie presja, by wydać album w określonym czasie. Zrobię to kiedy będę chciał i kiedy płyta będzie gotowa, tym bardziej, że robię to po raz ostatni, ma to być moje dziedzictwo, więc chcę zrobić to dobrze.

Co ciekawe, jednym z motywów przewodnich na „Weltschmerz” są rośliny. Mark Wilkinson pracuje nad stroną graficzną albumu. Około 2017 roku Mark miał swoje sprawy do załatwienia, w tym problemy zdrowotne. Powiedział, że nie da rady właściwie przygotować grafiki. Odparłem, że nie ma mowy, bym robił album bez jego udziału, co było kolejnym powodem opóźnienia. Po śmierci mojego ojca odnalazłem się w pracy w ogrodzie, cieszyłem się kontaktem z naturą i życiem. To był mój sposób na radzenie sobie ze stratą. Przez to też wszystkie nowe utwory odnoszą się do roślin, kwiatów i drzew. Tytułowy „Weltschmerz” dzieje się w naszych głowach, ale natura dookoła rozwija się i ma własne problemy (śmiech).

GK: Wspomniałeś, że obecnie czujesz się znacznie lepiej bez dużej wytwórni czyhającej za Twoimi plecami. 

F: Zdecydowanie. Nie potrzebuję dużej wytwórni. Przemysł muzyczny zmienił się, jest w tej chwili strasznie gówniany. Jest zbyt dużo dostępnej muzyki, tego całego szajsu. Nawet nie słucham nowych rzeczy. Teraz, żeby dotrzeć do dobrej muzyki, musisz przekopać się przez całą stertę gówna. Nie mam na to czasu, ani nie potrzebuję tego. Mam w domu kolekcję płyt winylowych, których słuchamy z żoną w miarę regularnie. Wciąż słucham muzyki w domu, ale częściej oglądam telewizję, wiele świetnych programów. Zamierzam dalej oglądać serial „Czarnobyl”, który jest absolutnie genialny. Z zainteresowaniem obserwuję jak film i telewizja zmieniały się na przestrzeni lat. Kiedyś byliśmy przyzwyczajeni do oglądania filmów w kinie. Dzięki nowoczesnej technologii możemy oglądać wszystko we własnym domu. Serial „Breaking Bad” jest dobrym przykładem rozwoju seriali. To nie mógłby być film, ponieważ w tak krótkim czasie nie dałoby się pokazać przemian, jakie przechodzą wszyscy bohaterowie. Tradycyjne filmy miały trzy części – początek, rozwinięcie i zakończenie. Później już było 5-7 części, przez co filmy zaczęły trwać dwie, czasem trzy godziny. Technologia rozwinęła się, pojawiły się cyfrowe telewizory, telewizja satelitarna. Współczesne seriale są znacznie bardziej rozbudowane i skomplikowane, nie tylko czarno-białe jak w latach 50, 60 czy 70.Teraz scenarzyści mogą naprawdę rozwinąć swoich bohaterów, przeanalizować ich i poddać wielu próbom. Postacie nie są już tylko dobre lub złe i to bardzo mi się podoba jako autorowi. Przeczytałem sporo książek o pisaniu scenariuszy. Teraz gdy patrzę na duże produkcje Netflixa, które uwielbiam, widzę w nich dużo treści.

GK: Czy myślałeś o tym, żeby samemu zacząć pisać scenariusze?

F: Tak, jak najbardziej. Chciałbym zająć się tym, gdy zakończę karierę muzyczną. Jestem pisarzem, który potrafi śpiewać. Nie jestem szczególnie utalentowanym wokalistą, ale uważam siebie za świetnego pisarza. Warstwa tekstowa zawsze była moją mocną stroną. Dotarłem do punktu, w którym nie chcę już jeździć w trasy. Ostatnia trwała dwa miesiące i odbywała się w miastach, w których grałem przez ostatnie 5-10 lat. Nawet nie miałem ochoty na zwiedzanie. Chciałem tylko zakończyć tę trasę jak najszybciej, bo ciążyła na mnie duża presja. Występowanie na scenie było bardzo przyjemne, ale pozostałe kwestie, jak podróże i przygotowania, już nie. Wszystko poza graniem było marnowaniem czasu. Mam problemy z kolanami i plecami. Po koncertach szybko wracałem do hotelu. Zamiast szlajać się po mieście i pić piwo, wolałem w spokoju oglądać programy na Netflixie. Spędziłem w ten sposób dwa miesiące. Po tym czasie zacząłem zastanawiać się, co ja właściwie wyprawiam. Nie chcę jeździć w trasy tylko po to by zarabiać. Chcę móc cieszyć się nowymi doświadczeniami. Teraz mam 61 lat i są inne rzeczy, które mogę robić.

Słuchałem wywiadu z pewnym artystą, który siedzi w branży od lat i powiedział, że nigdy wcześniej nie tęsknił za domem, a niedawno zaczął. Ja czuję się teraz tak samo, gdy jestem z dala od mojej żony, ogrodu i domu, w którym mieszkamy. Nie chcę już siedzieć w autobusie przez dwa miesiące, dlatego postanowiłem skończyć z tym. Z albumem „Weltschmerz” też mam mnóstwo pracy, której nie chcę więcej powtarzać. Nie chcę robić wciąż tego samego, zamierzam poszukać czegoś nowego dla siebie. Wolę eksplorować inne obszary. Chciałbym zacząć pisać mając nastawienie takie, jak przy tworzeniu muzyki. Lubię styl gonzo (tzw. „gonzo journalism” to styl dziennikarski kojarzony między innymi z Hunterem Thompsonem, polegający na subiektywnym opisywaniu wydarzeń, które samemu się przeżyło. Thompson opisał w ten sposób między innymi życie gangu motocyklowego Hell’s Angels ~przyp.red.) oraz pisarzy takich jak Cormac McCarthy, ten sposób pisania. To jest taka rozwinięta proza, w której poprawność językowa nie jest najważniejsza. Widzę siebie w czymś podobnym. Nie jestem milionerem, nie mógłbym wygodnie przejść na emeryturę. Może przetrwałbym przez maksimum osiem lat, ale muszę się jakoś utrzymać. Większą radość sprawia mi pisanie. Prowadzę swój blog na Facebooku. W jeden dzień potrafię napisać post, który ma pięć tysięcy słów! Mam wiele pomysłów i historii, które od lat siedzą w szufladzie. Chcę popracować nad nimi, rozwinąć je i zobaczyć co z nich wyjdzie. Jeśli najdzie mnie ochota na koncerty, zawsze mogę występować z triem akustycznym, tak jak podczas trasy Fish Heads Club (Fish Heads Acoustic Club Tour w 2011 roku ~przyp.red.), którą bardzo dobrze wspominam. Mogę też po prostu przemawiać do ludzi (tzw. „spoken words”, coś co często robi np. Henry Rollins ~przyp.red.).

Branża muzyczna bardzo się zmieniła. Trasy koncertowe są bardzo drogie. Jest wiele ograniczeń, wymagań oraz ludzi, którym należy się procent od zysku. Teraz każdy musi grać na żywo, bo nikt nie sprzedaje płyt. Tacy artyści jak Beyonce może sprzedają dużo, ale ja wiem na czym stoję. Nie jestem zły, po prostu tak to teraz wygląda. Każdy występuje, więc trudniej jest zarezerwować salę, zaplanować trasę. W rezultacie fani, którzy chodzą na koncerty, muszą wybierać, ponieważ dysponują określonymi środkami, nie są w stanie iść na pięć koncertów w tygodniu. Takie gwiazdy jak Fleetwood Mac, Pink Floyd, Roger Waters czy The Rolling Stones są jak odkurzacze. Płacisz 100-150 funtów za bilet, ponieważ to może być ostatnia okazja by ich zobaczyć. Przez to nie możesz iść na koncert kilku innych kapel, bo już nie starczy ci pieniędzy. Takie są realia. Nie możesz wybrać się w trasę i zagwarantować gaży muzykom sesyjnym, jeśli nie wiesz czy to się zwróci. Akceptuję to, dlatego rezygnuję z tras. Poświęcę swoją energię na pracę w ogrodzie. 

GK: Ale nie znikniesz całkowicie z życia publicznego.

F: Nigdy nie skupiałem się na życiu publicznym. Nie wrzucam komentarzy na Twittera co godzinę. Prowadzę zwykłe życie. Jeżdżę tym samym samochodem od 14 lat i żałuję, że nie mogę odzyskać mojego starego samochodu (śmiech). Musiałem się go pozbyć, bo już nie nadawał się do niczego. Nie chodzę do nocnych klubów ani drogich restauracji. Moja żona i ja prowadzimy bardzo proste życie, które skupia się na prowadzeniu ogrodu. Najdroższe co kupuję to bilety na mecze mojej ulubionej drużyny, a nie świecące garnitury. Ostatnie jeansy kupiłem jakiś rok temu i to tylko dlatego, że potrzebowałem ubrania na koncerty. Nie mam ochrony, nie sypiam w pięciogwiazdkowych hotelach, nie latam klasą biznes. Żyję dość tanio. Będę w stanie utrzymać się z okazjonalnych tras i pisania książek. Przypuszczam, że książki będę promował podobnie jak obecnie muzykę, poprzez swoją stronę internetową i sprzedawał je bezpośrednio ludziom, żeby ograniczyć współpracę z wydawnictwami. Zobaczę jak to będzie wyglądało. Czuję się szczęśliwy, nie jestem rozgoryczony czy urażony. Cieszę się życiem. 

GK: Jednak nie ukrywasz swojej prywatności. Twoje wpisy na Facebooku są często bardzo osobiste…

F: Niektóre tak. Czasem to jest wierzchołek góry lodowej, który pokazuję, ale większość tej góry wciąż pozostaje pod wodą.

-
Fish 1
-

GK: Jakiś czas temu opisałeś swój pobyt w szpitalu. Czy nie boisz się o swoją prywatność, że ktoś może wykorzystać Twoją szczerość?

F: Nie. Jeśli chodzi ci o to, kiedy miałem sepsę, to pisanie o tym sprawiało mi przyjemność. Nie miałem nic do ukrycia. Miałem sepsę, co z tego? Mnóstwo ludzi ma sepsę, trafia do szpitala. Miałem szczęście, że mogłem to opisać w sposób, który stanowił dla innych rozrywkę. Są takie rzeczy, o których nie napisałbym, np. w tym roku wydarzyło się kilka spraw, o których nie napiszę, ponieważ są zbyt osobiste. Może za kilka lat, jeśli nadejdzie właściwy moment, ale te sprawy dotyczą innych ludzi. Co innego gdy piszę o sobie. Nie chcę pisać o sytuacji innych osób, nawet jeśli mają one wpływ na mnie, ponieważ szanuję cudzą prywatność. Nawet jeśli zdecyduję się napisać wspomnienia, niektóre kwestie pominę, jeśli mogłyby one wpłynąć na czyjeś małżeństwo lub wzajemne stosunki. Ale jest wiele faktów, które przekażę. Gdy nadejdzie właściwy czas, gdy dostatecznie dużo ludzi już umrze (żartuję), napiszę swoją autobiografię. Nie boję się pisać o moich przemyśleniach na różne tematy. Jeśli chodzi o mój pobyt w szpitalu, razem ze mną w pokoju było trzech innych facetów, którzy cierpieli na to samo, a tylko ja miałem tyle szczęścia, by móc to opisać i uchwycić co tak naprawdę czuję.

GK: Czyli rozważasz napisanie wspomnień w przyszłości?

F: To jeden z pomysłów. Rozmawiałem o tym z moją żoną. Marillion nie jest całym moim życiem, nawet Fish nie jest. Moje życie składa się z wielu innych elementów. Mam wiele doświadczeń, które nie mają niczego wspólnego z muzyką, np. spędziłem trzy lata w leśnictwie, o czym mógłbym napisać osobną książkę. W moim życiu wydarzyło się wiele rzeczy, o których ludzie nie mają pojęcia. Mam dobrą pamięć, przechowuję wiele wspomnień, doświadczeń, pamiętam wiele wydarzeń z mojego życia. Jednym z moich największych lęków jest utrata pamięci i brak możliwości komunikacji z innymi. Zamiast pisać typową autobiografię, myślę raczej o serii wspomnień, które pojawiają się w różnych miejscach. Od narkotyków, poprzez alkohol, aż do religii czy polityki. Nie napiszę niczego co mogłoby zranić kogokolwiek. Chciałbym napisać wspomnienia, ale jednocześnie też osobne powieści, w których, za pomocą fikcyjnych bohaterów, opisałbym wszystko to, co nie mogłoby znaleźć się w autobiografii.

GK: Czy uważasz, że we współczesnym świecie wciąż jest miejsce na wolność i niezależność artystyczną?

F: Tak, jeśli chcesz być prawdziwy. Jednym ze współczesnych problemów jest to, że ludzie nie chcą już płacić za sztukę ani za czyjąś kreatywność. Spójrz nawet na siebie. Każdy dziennikarz, fotograf, pisarz czy aktor pracują za śmieszne pieniądze, ponieważ wszyscy chcą mieć wszystko za darmo. Nikt już nie oczekuje, że będzie musiał za coś zapłacić i nikt nie rozumie, że to jest złe. Irytuje mnie, że powstanie i wydanie mojego nowego albumu będzie kosztowało pewnie ponad sto tysięcy funtów. Spędzę mnóstwo czasu i energii oraz zaangażuję wiele osób, by osiągnąć jak najlepsze brzmienie. A potem ktoś ściągnie ten album z Internetu i wrzuci go na pieprzony odtwarzacz MP3 lub będzie go słuchał z telefonu (śmiech).

GK: Albo poprzez Spotify.

F: Właśnie. Po co cały ten wysiłek włożony w wykreowanie świetnego brzmienia, skoro potem ktoś i tak będzie słuchał skompresowanego formatu na malutkim głośniku. Po przesłuchaniu pierwszych wersji demo z producentem mojej płyty, Calumem Malcolmem i moim basistą Stevem Vantsisem, który jest współodpowiedzialny za produkcję, ten pierwszy powiedział, że mógłbym wydać to już teraz i nikt by nie narzekał. Ale ja chcę mieć na płycie prawdziwą sekcję smyczkową, prawdziwą sekcję dętą, chcę żywych muzyków i zamierzam im za to zapłacić.

Wkładam w „Weltschmerz” mnóstwo wysiłku i mam gdzieś resztę, bo to jest to co chcę osiągnąć. Mam szczęście, że nie jestem artystą ze start-upu. Mam moje dziedzictwo z Marillion i odpowiednią bazę stałych fanów, którzy kupują wystarczającą ilość płyt, by było mnie stać na stworzenie albumu na własnych zasadach. Mógłbym wydawać płyty co roku, to nie jest takie trudne, ale pytanie czy byłoby to dobre. To kwestia czy tworzysz coś, z czego będziesz później dumny czy tylko kawałek plastiku, który będziesz mógł sprzedać. Nigdy nie działałem w ten sposób. Zawsze tworzę na możliwie najwyższym poziomie. Takie albumy jak „Field Of Crows”, „Fellini Days” czy „Raingods With Zippos” są dobre, ale mogłyby być jeszcze lepsze, gdybym kiedyś miał więcej pieniędzy, ale wówczas nie było mnie na to stać. W „Weltschmerz” wkładam ile tylko mogę. Jak tylko płyta ukaże się na CD, możesz być pewien, że po kilkunastu godzinach będzie dostępna na wszystkich serwisach streamingowych, w tym tych pirackich, ale tak już jest. To dotyczy również wielkich zespołów, typu Yes, Pink Floyd czy nawet Marillion. Myślę, że sprzedaliśmy około czterech milionów egzemplarzy „Misplaced Childhood” i to nie było tylko dzięki singlowi „Kayleigh”. Wtedy ludzie nie mieli innej możliwości. Nie było Internetu, streamingu, dlatego kupowało się płyty. Gdy w latach 70-tych wychodziły albumy Yes, Pink Floyd czy Genesis, były dostępne tylko na winylu. Przemysł muzyczny upadł w momencie, gdy stało się możliwe kopiowanie płyt. Tam gdzie kiedyś sprzedawało się milion sztuk, obecnie sprzedaje się 20-30 tysięcy. To jest coś z czym musimy sobie radzić w dzisiejszych czasach.

GK: Czy myślisz o ponownym nagraniu jednej ze swoich starszych płyt solowych?

F: Nie.

GK: Nawet jeśli wiesz, że teraz mógłbyś zrobić to lepiej?

F: Nie, bo to nie miałoby sensu. Myślałem o tym w przypadku „Raingods With Zippos”, ale nigdy nie uchwyciłbym tamtego momentu, magii, tego „zeitgeist” (z j. niemieckiego – duch czasu ~przyp.red.), który czuliśmy nagrywając ten album. Każda z moich płyt odnosi się do konkretnego punktu w czasie. Ciężko jest wrócić do tego. To jak w piłce nożnej: „- Znowu chcę grać w ataku. – Nie możesz, bo twoje kolana są rozjebane” (śmiech). Śpiewam teraz nieco inaczej, choć byłbym w stanie mniej więcej odtworzyć te kawałki, tak jak robiłem to przy „Misplaced Childchood” i „Clutching At Straws”. Dopóki wciąż mam wyczucie i pasję, by móc śpiewać i dać z siebie wszystko na scenie, to mam w sobie ten pierwiastek wyjątkowości. Jeśli już nie czujesz czegoś, nie rób tego, ponieważ staniesz się parodią samego siebie, a ja nie chcę tego. Grałem na żywo „Clutching At Straws” w całości i te występy były wspaniałe, dobrze się bawiłem, ale po zakończeniu tej trasy stwierdziłem, że to koniec, nie chcę tego więcej powtarzać. 

GK: Uważam, że fani są w stanie wyczuć, gdy artysta nie wkłada serca w to co robi.

F: Niekoniecznie. Myślę, że niektórym uchodzi to na sucho, choć nie czuję się na pozycji by to oceniać. Znam zespoły, które nagrywają płyty jakby układali puzzle za pomocą młotka i wbijali kolejne elementy w siebie.

GK: Jak w fabryce.

F: Tak, wtedy to zaczyna przypominać proces produkcji kiełbasy. Ale to ich sprawa, ich karma. Są tacy artyści, którzy mają mnóstwo fanów i wiedzą, że oni zawsze kupią płyty i wtedy czasem wydają 2-3 płyty pod rząd, które nie są dobre. Mimo to, zawsze znajdą się fani, którzy traktują swoje ukochane zespoły z niemal religijnym namaszczeniem. Niech tak będzie. Ja naprawdę mam inne podejście do życia.


Rozmawiał:
Gabriel „Gonzo” Koleński

Fotografie:
Jan „Yano” Włodarski


-

Prog In Park FB Banner

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version