ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Wilk zdechł - wywiad z zespołem Shannon

Nie pierwsza to moja wizyta u Marysi i Marcina Rumińskich. O ile jednak zimą rozmawialiśmy o reanimacji folkloru Warmii na płycie „Wskrzeszenie Hobouda”, o tyle tym razem pretekstem do rozmowy było „Celtification”, kolejna płyta Shannon – zespołu, którym Marcin dowodzi już półtorej dekady, krzewiąc wśród Polaków wiedzę o muzyce Irlandii, Szkocji i Bretanii. Jako, że oprócz tematów aktualnych sporo było wspominków – rozmowę silą rzeczy zdominował Marcin. Zwłaszcza, że Marysia musiała dzielić uwagę między wywiad a oglądanie z córeczką Dobrosią bajki Disneya.

 

Marcinie, jesteś założycielem i jedynym członkiem oryginalnego składu, który ostał się w Shannon przez szesnaście lat istnienia zespołu.
{mosimage}Marcin Rumiński: To prawda. Nie wiem czy to powód do chluby, ale ostatnio wyliczyłem, że do tej pory przez Shannon przewinęło się niemal sześćdziesiąt osób. Taki już chyba los wszystkich amatorskich zespołów, które starają się podkręcić tempo pracy, żeby przejść na zawodowstwo. Ludzie, którzy nie chcą poświęcić się tylko muzyce, w którymś momencie odpadają.

Mimo takiego scenicznego stażu dalej uważasz Shannon za kapelę amatorską?
Marcin: Dążymy do profesjonalizmu. Staramy się, żeby nasza muzyka, kolejne wydawnictwa, koncerty – były na coraz wyższym poziomie.
Maria Rumińska: Nie zgodzę się. Shannon poznałam w 2006 roku i już wtedy uważałam zespół za zawodowy. Wydawali regularnie płyty, grali masę koncertów i mogli utrzymać się z muzyki. Amatorzy to składy na poziomie demówek, jeszcze nie wiedzące co ze sobą zrobić. Do składu na stale dołączyłam rok później - w 2007.
Marcin: Takie jest zdanie osoby obiektywnej... wtedy. Teraz już może nie do końca (śmiech).

Dlaczego właśnie celtycki folk? Dlaczego akurat jemu się poświęciłeś?
Marcin: Po prostu urzekła mnie ta muzyka i zacząłem ją grać. A poznałem ją dzięki ścieżce dźwiękowej Clannad do serialu „Robin Hood”. W tamtych czasach innego źródła nie było. W 1994 roku muzyka celtycka nie była w Polsce tak popularna jak obecnie. Istniał tylko Caarantuohill, Openfolk (który nie wiem czy jeszcze działa), kilka innych kapel. Oni pierwsi przedstawili swoją fascynację takim graniem Na początku dostęp miałem tylko do Clannad i tych kilku polskich wykonawców.

Oddałeś Clannad hołd na najnowszym albumie Shannon, „Celtification”.
Marcin: Tak, chciałem zamieścić dwa ich utwory właśnie na tej jubileuszowej płycie, która miała się ukazać na nasze piętnastolecie. Wyszła rok później, bo praktycznie cały rok 2009 poświęciliśmy Hoboudowi.

Wywróciliście utwory Clannad na lewą stronę. „Sirius”, który pochodzi z późnego, syntezatorowego okresu ich działalności, u Was zyskał folkowe rumieńce. A „Gathering Mushrooms” z bardzo tradycyjnej płyty „Crann Ull” zamieniliście w jakąś kosmiczną wariację na temat folku.
Marcin: Przede wszystkim to nie miały być covery, tylko nasze wersje ich piosenek. Mam wrażenie, że kto nie zna oryginałów, ten nigdy się nie połapie że to przeróbki Clannad. Choć z drugiej strony muszę przyznać, że aranżacje chórków wzięliśmy wprost od nich. Covery czy nie – świetnie gra się je na koncertach!

Niektórzy mają Twoim idolom za złe, że w pewnym momencie praktycznie porzucili folk dla brzmień New Age. Podpisałbyś się pod takim zarzutem?
Marcin: Oboje z Marysią jesteśmy ich wielkimi fanami. Od folku wyewoluowali nawet nie do new age tylko po prostu do swojej autorskiej muzyki. Nie mówi się o niej używając jakichś określników, tylko po prostu jako o muzyce Clannad. Każdy zespół by tak chciał. A im się udało!

Duchem ich późnych dokonań jest przesiąknięte „Tri Martolod” z płyty „Shannon”. Zarówno aranżacja, jak i baśniowy teledysk.
Marcin: To stara pieśń bretońska, której słów kompletnie wtedy nie zrozumieliśmy. Opowiada o trzech marynarzach, a my uderzyliśmy w klipie w rycerskie klimaty (śmiech).

Potem się zrehabilitowaliście, nagrywając wersję marynistyczną „Tri Martolod” wspólnie z zespołem Ryczące Czterdziestki.
{mosimage}Marcin: Zgadza się. Co do niezrozumiałych tekstów, to ciekawostką jest też utwór „Pardon Spezed”, również pochodzący z Bretanii. Dopiero znajomy muzyk z tamtych stron nam ją przetłumaczył. To piosenka o chłopcu, który spędził z dziewczyną noc na łączce i złapał od niej chorobę weneryczną. Chłopiec poszedł do lekarza, który amputował mu chory narząd i wyrzucił przez okno. Wspomniany narząd zjadł przechodzący obok wilk i zdechł (śmiech). Aż słyszę chichot Bretończyków, którzy taką opowieść ubrali w tak poważną aranżację i harmonie. A swoją drogą – to bardzo popularny utwór wśród tamtejszej młodzieży (śmiech).

Wracając do „Tri Martolod” - akceptujesz jej hiphopową wersję w wykonaniu zespołu Manau? Nie pytam nawet czy znasz.
Marcin: Tak, bardzo ją lubię. To był z resztą we Francji wielki przebój. Kiedy pod koniec lat 90tych pierwszy raz pojechaliśmy z Shannon do Bretanii, wszędzie było tę piosenkę słychać. W radio, w marketach...

Z tego co powiedziałeś wcześniej wnioskuję, że na początku działalności nie władaliście staroceltyckimi dialektami i po prostu kopiowaliście fonetycznie teksty.  Czy teraz już się podkształciliście?
Marcin:  Coś już rozumiemy, ale dalej nie jest z tym najlepiej. Zwłaszcza, że w polskich warunkach nie mamy się od kogo uczyć. Zrezygnowaliśmy ze śpiewania w gaeliku. Ostatnią taką próbą był nagrany przez Marysię na płytę „Psychofolk” utwór „Aililiu Na Gamhna” (2007 – przyp. P.T.).
Marysia:  Problem w tym, że kompletnie nie znając języka, nawet nie wiem gdzie popełniam błędy i co powinnam skorygować. Na płycie Hobouda też śpiewałam w martwej gwarze, ale miała ona przynajmniej podobieństwa do codziennej polszczyzny. Śpiewając w gaeliku nie mam żadnego punktu zaczepienia.

Skąd czerpiecie wiedzę teoretyczną na temat muzyki celtyckiej?
Marcin:  W dobie internetu to nie problem.

Ale na początku Waszej działalności dostęp do Sieci jeszcze nie był tak powszechny.
Marcin:  Bardziej mnie wtedy denerwował brak instrumentów. Po głupi whistle trzeba się było wyprawiać do Edynburga. Jazda 48 godzin autobusem, krótka wizyta w sklepie muzycznym, noc przespana na ulicy i z powrotem.

Czyli mamy postęp. Bo dziś „Goldfinch Jig & Goldfinch Reel” możecie zadedykować polskim producentom whistle.
Marcin: I robię to z przyjemnością, bo to dobre instrumenty.

Czy śpiew w tradycyjnych pieśniach celtyckich wymaga jakiejś specjalnej techniki?
Marysia:  Jeśli zdecydowalibyśmy się wykonywać muzykę dawną,  określilibyśmy się jako zespół w sposób ścisły przestrzegający tradycji, musielibyśmy się stosować do naprawdę dokładnych reguł dotyczących wokalnej artykulacji, ale też gry na instrumentach. To, że gramy swoją muzykę na bazie folku, trochę nam to zadanie ułatwia, pozwala tradycyjne zasady zamieniać na inne –nam bliższe.
Marcin:  Z resztą najlepiej swoją narodową muzykę wykonuje dany naród. Nikt nie zagra pieśni irlandzkiej jak Irlandczyk, nikt spoza Podhala nie zaśpiewa tak jak Góral. A żeby osiągnąć biegłość w muzyce dawnej – potrzeba lat. Ci, którzy wysysają ją z mlekiem matki, mają nad obcokrajowcami przewagę na starcie.

Kiedy słucham Celtification mam wrażenie, że folk jest dla Was priorytetem, ale nie chcecie trzymać się go kurczowo. Co chwila zahaczacie o jakiś zupełnie odmienny muzyczny styl.
Marcin:  Tak właśnie jest. Skład jest wypadkową zainteresowań członków. Nasz basista, Paweł Puszczało, to wyśmienity jazzman, gra z naprawdę dużymi nazwiskami. Skrzypek Marcin Drabik też gra frazy przyciągające ucho nawet starych jazzowych wyjadaczy. Marysia to wykształcona kompozytorka i aranżerka, również wyrosła w tradycji jazzowej. Na dodatek pochodzi z rodziny z tradycjami (panieńskie nazwisko Marysi: Namysłowska, zbieżność nieprzypadkowa – przyp. P.T.).Perkusista Przemek Nagadowski i gitarzysta Rafał Rupiński prezentują szkołę rockową, ja też się ku niej skłaniam. Czyli mamy równowagę trzy do trzech.

Skąd pomysł na regga'owy początek „Brenda Stubbert's”?
Marcin:  To pomysł Pawła Puszczało.
Marysia:  Początkowo miało to być raczej ragga, ale zagrał taką „czyściochę”, która dobrze zabrzmiała, więc tak zostało. Oczywiście jest to jedynie stylizacja – z prawdziwym regge ma to tylko trochę wspólnego J

Lubicie nietypowe kooperacje. Projekt Ryczące-Shannon doczekał się EPki. A jaki jest los Waszych nagrań z tuwińskim mistrzem alikwotowego śpiewu, Gendosem?
Marcin:  Dosłownie wczoraj padł mi dysk, gdzie przechowywałem wszystkie zarejestrowane z Gendosem utwory. Mam nadzieję, że uda się je odzyskać. Wraz z nimi straciłem grafiki, zdjęcia – bardzo bogate archiwum.

Marcinie, Gendos dał Ci kilka lekcji gardłowego śpiewu. Wykorzystujesz azjatycki wynalazek na koncertach Shannon.
Marcin:  Tak. I nie tylko tam. Marysia skomponowała ostatnio muzykę do spektaklu „Dzieci Hioba” ( w olsztyńskim Teatrze im. Stefana Jaracza, gdzie Marysia jest kierownikiem muzycznym – przyp. P.T.), gdzie w pewnej scenie też pojawia się śpiew alikwotowy.
Marysia:  Powieliłam ścieżki wokalu Marcina żeby brzmiały jak chór. Poza gitarą elektryczną pojawia się tam też tradycyjny tuwiński instrument doszpulur.

Wspominaliście o jubileuszu piętnastolecia. Jego podsumowaniem miało być DVD, które do dziś się nie ukazało. Dlaczego?
Marcin:  Z powodu zmian składu niestety nie doszło do rejestracji video koncertu. Na pewno wrócimy do tego pomysłu. Udała się za to jubileuszowa trasa po Polsce z dwoma zaprzyjaźnionymi zespołami z zagranicy. Mabon przyjechali z Walii, a Ampouailh, czyli Źli Chłopcy – z Bretanii.

Sami również często wyjeżdżacie za granicę. Lipiec spędzicie we Francji, a potem wspominaliście o wyprawie na Wschód. Gdzie konkretnie?
Marcin:  Lipiec zaczniemy na dużym festiwalu w Cezavet . A management na Daleki Wschód i Azję znaleźliśmy stosunkowo niedawno. Dopiero co dostaliśmy maila precyzującego co to dokładnie znaczy „Wschód” (śmiech).
Marysia:  Była mowa i koncertach w Korei i Australii, ale na razie wszystko jest w fazie organizacji.

Wasza płyta z 2001 roku funkcjonuje pod dwoma tytułami, jak „Shannon” i „Celtic Dreams”. Dlaczego?
Marcin:  Kwestie wydawnicze. Część krążków odsprzedaliśmy firmie Soliton, a część rozprowadzaliśmy sami. Zmiana okładki i tytułu była niezależna od nas.

Dwa pierwsze Wasze wydawnictwa, „Loch Ness” i „Święto Duchów” zostały wydane tylko na kasetach. Planujecie reedycję?
Marcin:  Bardzo byśmy chcieli, ale zremasterowanie, wytłoczenie CD, poligrafia – to w przypadku dwóch płyt kwota rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Może raczej zrobimy kiedyś pojedynczą kompilację tych nagrań? Zobaczymy.

Nagraliście też muzykę do komedii historycznej „1409: Afera na zamku w Bartenstein”
Marcin:  Wczoraj na premierze w teatrze spotkaliśmy pana Jerzego Bończaka, który grał tam jedną z głównych ról.  Porozmawialiśmy o efekcie finalnym i pan Boczak stwierdził, że go to po prostu nie interesuje. Film został nakręcony bodaj w 2001 roku, po czym go – delikatnie mówiąc – olano. Siedem lat przeleżał na półce, wyszedł na DVD w 2008. A plany były naprawdę szeroko zakrojone. Duża kampania reklamowa, dystrybucja w USA wśród Polonii amerykańskiej. To mogła być trampolina do sukcesu. Skończyło się tak, jak się skończyło. Za to próbę czasu przetrwały dwie piosenki nagrane na potrzeby filmu: „Hej, hej, Tandaradei!” i „Ziele”.

To zupełnie odmienna stylistyka od celtyckiego folkloru. „Ziele” to czyste reggae, a „Hej, hej...” wręcz punk.
Marcin:  Ale zaczęły żyć własnym życiem. Ludzie szybko je podchwycili. Na koncertach chóralnie śpiewali refren „Dostałem ziele z Izraela”. A „Hej, hej, Tandaradei” stało się nieoficjalnym hymnem wszystkich rekonstruujących dawne bitwy krzyżackich chorągwi z całego kraju. A że się różnią? Komponowaliśmy tę muzykę błyskawicznie, bo nie było czasu. Siedzieliśmy z gitarą i układaliśmy po dwie piosenki dziennie.

Jesteście swoistym fenomenem. W telewizji nie gościcie, w dużych rozgłośniach o Was cicho, a wszyscy Was znają, na koncerty walą tłumy. Jak to wyjaśnić?
Marcin: Żeby być popularnym, trzeba się pokazywać. Niekoniecznie w telewizji. Gramy koncerty, więc publiczność nas zapamiętuje. Jeśli występujemy mniej – popularność proporcjonalnie spada.
Marysia: A co gra TV i duże rozgłośnie? Jeden typ muzyki, o którym aż szkoda mówić.

Dziękuję za rozmowę.

Paweł Tryba

zobacz też: Shannon

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version