ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Nieformalna atmosfera Rock Pubu w hotelu w Dolinie Charlotty sprzyja wspominkom gwiazd. Pełno tu zdjęć muzyków grających na poprzednich edycjach Festiwalu Legend Rocka, o bar stoi oparta gipsowa podobizna szczególnie blisko z Festiwalem związanego Arthura Browna. A na stolikach w charakterze podkładek leżą podróbki winyli. Wokalista Colosseum, Chris Farlowe, myśląc że to oryginały, zapłonął na moment świętym oburzeniem. Kiedy wyjaśniono mu pomyłkę stwierdził, że stolik z płytą The Yardbirds to nienajgorsze miejsce. To przecież mogła był płyta Jimmy’ego Sommerville’a. Na konferencji pojawili się Farlowe, klawiszowiec Dave Greenslade, gitarzysta Clem Clempson i basista Mark Clarke. Zmęczeni Barbara Thompson i Jon Hiseman woleli zregenerować się w hotelowym pokoju.

Czemu według Was klasyczny rock pozostaje tak świeży i witalny? To, co stworzyliście Wy i wiele innych kapel działających w latach 60tych i 70tych pozostaje aktualne do dziś?

Dave Greenslade: Wiele było wtedy zespołów, które robiło coś nowego, coś świeżego. My zawsze byliśmy świadomi brzmienia, o które nam chodzi. Nigdy nie chodziło nam o modę. Nie chcieliśmy znaleźć się w Top 20. To nasze własne utwory, więc chcemy by pozostały świeże nawet w 2011 roku, po niemal pięćdziesięciu latach.
Mark Clarke: Muzyka żyje, bo cieszymy się nią. Każdego dnia, na każdym koncercie, na każdej próbie.  Jeśli przestajesz się czymś cieszyć – lepiej przestań to robić, bo wtedy zaczyna to być nudne.
Clem Clempson: Nie tylko my, ale masa kapel z tamtych czasów – The Beatles, The Small Faces – wszyscy mieli w sobie mnóstwo ducha, mnóstwo energii.

Czy sądzicie, że późniejsze dekady – lata 80te i 90te nie miały już w sobie tej energii, by ich muzyka mogła stać się się kanonem?

 MC: My tego nie powiedzieliśmy, tylko ty (śmiech).
DG: Nie czujemy związku z tą muzyką. My jesteśmy zespołem z lat 60tych.

Jak to jest, że zespoły pokroju Colosseum nagrywały genialne, klasyczne dziś albumy w ciągu kilku dni, a dziś wykonawcy szlifują płyty przez kilka lat:

CC: Bo tylko tyle mieliśmy czasu. Non stop byliśmy w trasie.
DG: Mieliśmy kilka dni przerwy miedzy występami i w tym czasie trzeba było wyrobić się z nagrywaniem. Ale bywało i tak, że rano się nagrywało, przerywało się i szło się zagrać koncert. Nie każda kapela by tak potrafiła!
MC: Ostatnio nagrałem solową płytę. W kilku utworach są moje wokale. Na ich nagranie miałem cztery godziny po południu, bo później musiałem odebrać dzieci ze szkoły (śmiech). To było jak za dawnych czasów: trzeba się wyrobić w ciągu kilku godzin i można to zrobić, jeśli jest się zaangażowanym. A ja w dość dokładnie wiedziałem co chcę osiągnąć. Dziś takie podejście jest zabijane przez technikę, dzięki której można siedzieć i w kółko poprawiać tu wokal, tam partię gitary… Ludzie, dajcie spokój! Odebralibyście lepiej dzieciaki ze szkoły, a nagrali całość w międzyczasie! (śmiech)

A czy możemy się spodziewać nowej płyty studyjnej?

CC: Zaczęliśmy ją nagrywać. Pierwsze trzy dni zeszły nam na ustawieniu brzmienia. Dawniej po prostu wchodziło się do studia i naciskało „Record”, a teraz masę czasu zajmują same przygotowania. Byliśmy w studio dwanaście dni, nagraliśmy podstawowe ścieżki , bez wokali, bez solówek.
DG: Przerwaliśmy, bo trzeba było jechać w trasę. Jak za dawnych lat! (śmiech).

Wasze utwory pełne są wymyślnych solówek, maja bardzo przemyślane aranżacje. Skąd wiecie kiedy powiedzieć sobie: stop! Nic tu więcej nie poprawimy i nie dodamy?

MC: Stąd, ze kończy nam się czas (śmiech)
CC: Cały czas coś poprawiamy! Nawet w utworach które mają ponad czterdzieści lat. Tacy już jesteśmy.  Graliśmy dziś na próbie Valentyne Suite i zmieniłem mały fragmencik.  Jeśli możemy coś zrobić lepiej to to robimy. Dawniej goniły nas terminy, trzeba więc było akceptować rzeczy takimi, jakie są. Teraz możemy skupiać się na detalach. Jesteśmy bardzo demokratycznym zespołem i wspólnie decydujemy co zostaje a co wyrzucamy.
DG: Jeśli nie podoba mi się wokal Chrisa albo solo Clema – to im to mówię.
MC: Kiedy zrobi się kilka podejść po tym ostatnim myśli się: to najlepsza partia, jaką udało mi się zagrać. Ale ktoś inny powie, że najfajniejsza była jeszcze inna. Nie da się uniknąć różnic zdań.

Czy słuchacie swoich starych płyt zastanawiając się co można by zagrać inaczej?

CC: Ja nie. Dziś ktoś mi powiedział: najlepszą solówkę zagrałeś w Downhill And Shadows z płyty Daughter Of Time.  a ja na to: przepraszam, nie pamiętam go. Bo nie słuchałem tego albumu od momentu nagrania.
MC: To było świetne solo! (śmiech)
DG: Czasem słuchanie własnych płyt może człowieka zaskoczyć. Można natrafić na momenty, kiedy zaczyna się zastanawiać: jak ja to zagrałem? I dlaczego? (śmiech)

Czy żałujecie, że w Waszym artystycznym życiu czegoś nie udało się Wam dokonać?

Chris Farlowe: Sporo jeszcze mamy do zrobienia! Przecież jesteśmy młodzieniaszkami! (śmiech). Pracuję nad solową płytą, Clem też.
Często się mówi, że jazz rocka wynaleźli Amerykanie: Davis, Hancock i inni. Nie denerwujecie się wtedy? Robiliście to samo kilka lat wcześniej.
DG: Podam przykład, z którego wynika, że to nie do końca prawda. Graliśmy kiedyś w San Francisco wspólnie z zespołem Chicago. Po koncercie przyszli do nas mówiąc: robicie coś zupełnie nowego! Gracie jazz, a jednocześnie rock! Nie minął rok, kiedy ich brzmienie diametralnie się zmieniło. Nie jestem więc pewien, czy jazz rock to wynalazek amerykański.
CC: Nie powiedziałbym, żeby Colosseum było pierwszym w ogóle jazz rockowym zespołem, ale różniło się od reszty. Wcześniej polegało to na tym, że sekcja była rockowa, a jazzowe solówki. U nas podstawa rytmiczna była jazzowa, a solówki, to była taka mieszanka…
MC: Taki blazz rock – skrzyżowanie jazzu i bluesa.
CC: Albo jues rock (śmiech).

Panie Farlowe, pana głos jest tak silny i piękny, w dziesiątce najlepszych wokali w historii...

CF: Proszę, niech pan kontynuuje! (śmiech)

Jak doszedł pan do swojego stylu?
CF: Taki po prostu mam głos, nigdy nie brałem lekcji śpiewu. Nie zastanawiałem się nad tym jak mam brzmieć. Moja mama była pianistką i od mniej więcej piątego roku życia śpiewałem piosenki Doris Day do jej akompaniamentu. To moje wokalne początki. To mój naturalny styl.

Kogo byście wskazali, gdybyście mieli wymienić muzyków, którzy zmienili Wasze życie, Wasz sposób postrzegania muzyki?

DG: Bill Evans. Fantastyczny jazzowy pianista!
CC: Nie wiem czy wymienić Johna Mayalla czy Erica Claptona – za ich wspólny album Bluesbreakers With Eric Clapton. Przed tą płytą wszyscy grali piosenki Beatlesów, brzmienie tej płyty zmieniło wszystko, otworzyło ludzi na bluesa. A niewielu potrafiło go grać tak jak Eric Clapton.
MC: Pierwszym zespołem, który wywarł na mnie wielkie wrażenie, było Big Three. Grali jeszcze przed Beatlesami. Wypłynęli może pół roku wcześniej. To było liverpoolskie rockowe Power trio. Zobaczyłem ich jako dwunasto-trzynastolatek i oszalałem.  Johnny Gustafson na basie, Johnny Hutch na perkusji i Adrian Barber na gitarze. Adrian jest dziś inżynierem w zakładach Arrowsmith, odniósł wiele sukcesów. Później bardzo wpłynął na mnie Jack Bruce. Zawsze byłem bardziej fanem Bruce’a niż Cream.
CF: Jestem trochę starszy niż reszta. Moja mama puszczała i grała piosenki Doris Day i to od niej się zaczęło. Swietna wokalistka, jej pierwsze nagrania to jazz.
MC: Niedawno wydała nową płytę. Nie śmiejcie się!  Doris Day to najstarsza wciąż aktywna wokalistka! Nikomu innemu nie udało się umieszczać swoich piosenek w radio przez sześć kolejnych dekad!
CF: Tak więc wymieniłbym Doris Day, Frankie Laine’a Chrissa Connora czy Sarah Vaughan. Co ciekawe, na początku meskie głosy średnio mnie interesowały, zachwycałem się jazzowymi wokalistkami. Od każdego z tych muzyków coś zaczerpnąłem, przeniosłem do własnego stylu. Na przykład scat podsłuchałem u Sarah Vaghan. Potem przyszedł rock’n roll i zasłuchiwałem się w głosie Johnny’ego Burnette’a. Jego trio to najlepszy zespół rockabilly wszechczasów! Bardzo cenię też wczesne nagrania Raya Charlesa.

Czy cenicie szczególnie kogoś ze współczesnej rockowej sceny?

MC: Green Day. American Idiot to bardzo mądra płyta (śmiech). Mają swój styl, podoba mi się śpiew Billy’ego Joe Armstronga.
CC: Bardzo lubię Muse. Dla mnie to takie współczesne Colosseum.

A megagwiazdy w rodzaju U2?

CF: To chłam! (w tym momencie Chris dostał grad braw, sam klaskałem najgłośniej – przyp. PT). Oni czy rzeczy w stylu Coldplay to kompletne badziewie.
CC: Całkowicie zgadzam się z Chrisem. Niedawno zmarła dziewczyna, którą podziwiałem. Amy Winehouse.
CF: O tak! Fantastyczna wokalistka, ale też autorka piosenek. Love Is A Losing Game. Co za utwór, sam chciałbym go zaśpiewać.  Uwielbiam jej płytę Frank. Słychać tam inspiracje wczesnym jazzem.

Czy sądzicie, że w XXI wieku jest jeszcze możliwość rozwoju rocka w takim stopniu, w jakim Wy i inne kapele poszerzyliście jego granice w latach 60tych?
CF: Na pewno! Nigdy się nie wie kiedy znikąd wyskoczy kapela tak wspaniała jak The Beatles. Takie rzeczy po prostu się dzieją!
MC: Ludzie za bardzo polegają dziś na technologii, a za mało na własnym talencie. Jeśli się jednak ten talent posiada, to prędzej czy później się on ujawni.
CF: Taka na przykład Amy Winehouse – cały album Back To Black przygotowała sama z producentem Markiem Ronsonem. Odtwarzali stare metody nagrywania, używali mikrofonów i wzmacniaczy z epoki.
CC: Moim zdaniem będą się pojawiały ciekawe zespoły, ale na rewolucje jak w latach 60tych nie ma co liczyć, tyle już zostało w rocku powiedziane. Dlatego słuchacze tak chętnie wracają do lat 60tych – to dla rocka odpowiednik muzyki klasycznej. Muzyczna rewolucja musiałaby przynieść coś całkowicie nowego, a współczesne kapele, wychowane na starych nagraniach, wciąż na nich bazują. Popychają tę muzykę do przodu, ale to nie jest rewolucyjne podejście.

Jesteście uważani za mistrzów swoich  instrumentów. Czy pozostało w nich jeszcze coś do odkrycia, nowe techniki które chcielibyście opanować?
CF: Cały czas wypróbowuję nowe techniki śpiewu. Kiedy jest się zakręconym na punkcie muzyki, po prostu trzeba to robić.
MC: Jestem basistą, ale coraz bardziej koncentruję się na swoim śpiewie, powoli zamieniam się w wokalistę. Nie, żeby mój wokal mi się bardzo podobał, ale cały czas go rozwijam i mam z tego frajdę.

Panie Clempson, jak wspomina pan lata spędzone w Humble Pie?
CF (nie dając dojść Clemowi do słowa): Steve Mariott był świetnym muzykiem, tworzył wspaniałe piosenki. Moim zdaniem w swojej klasie są zbliżone do utworów The Beatles. Szkoda, że umarł tak młodo, tyle jeszcze mógł zdziałać, miał tyle pomysłów.
Panie Farlowe, jak wspomina pan współpracę z Leigh Blondem na jego znakomitym albumie See Me Thru?
CF: Leigh Blond? Zgadzam się, to doskonały songwriter i gitarzysta. Zaprezentował mi ostatnio swoje piosenki, z chęcią je zaśpiewam. Bardzo go lubię. Miły człowiek i zdolny muzyk, jeden z najlepszych w Holandii!

Z kim chciałby Pan zaśpiewać w duecie?

CF: Annie Lennox. Na pewno z Doris Day. I z Miss Piggy!  A jak się nazywa ten typ z R.E.M…. Michael Stipe! Z nim nie chcę, w żadnym razie! (ogólny rechot na sali – przyp. PT). Chciałbym też zaśpiewać z Joe Cockerem, znam go z wczesnych bluesowych lat.

© Copyright 2007- 2019 - ProgRock.org.pl
12 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version