ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Shub-Niggurath
Les Morts Vont Vite
(1986, album studyjny)

1. Incipit Tragaedia (15:46)
2. Cabine 67 (5:55)
3. Yog Sothoth (12:27)
4. La Ballade De Lénore (8:58)
5. Delear Prius (4:03)
6. J'ai Vu Naguère En Peinture Les Harpies Ravissant Le Repas De Phynée (4:19)

Czas całkowity: 51:28
- Alain Ballaud ( bass )
- Franck Coulaud ( drums )
- Franck W. Fromy ( guitar )
- Jean-Luc Herve ( piano, organ and harmonium )
- Ann Stewart ( voice )
- Véronique Verdier ( trombone )
- Michel Kervinio ( drums and percussion )
Wyświetlony 4451 razy

2 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński niedziela, 13 kwiecień 2014 15:20 napisane przez Edwin Sieredziński

    Zeuhl jako nurt jest szalenie różnorodny. Twórcy inspirujący się dziełem Vandera potrafili podążać w naprawdę przeciekawych kierunkach. Tutaj akurat zeuhl zstępuje do piekieł. Mrok się pojawił wcześniej. Archaia potrafił umiejętnie nałożyć gitarowe i syntezatorowe brzmienia, ma to trochę cech fusion, jest pewien posmak, lecz to nie jest ten poziom. Niebiańska muzyka - bo "zeuhl" w języku kobaian znaczy "niebiański" - zstępuje tutaj do najniższego kręgu piekieł.

    Ciężko bowiem, aby nie był mrocznym zespół inspirujący się Lovecraftem. Shub Niggurath to jeden z bożków rodem z panteonu jego opowiadań: Wielka Koza Lasu. Tak samo utwór "Yog Soggoth" - następne bóstwo. Klimat ten jest uzyskiwany przez typowe dla zeuhl środki. Mocny kobiecy wokal... tylko że sopran Ann Stuart jest obłędny, po prostu nie da się go zapomnieć. Pewnym novum stanowi wykorzystanie puzonu - to buduje mroczne tło, nawet nie instrumenty klawiszowe, co jakiś czas uderzenie w klawisz fortepianu czy kościelne organy użyte w "Le ballade de Lenore". Widać tutaj również mocne inspiracje współczesną muzyką klasyczną. Z kolei praca gitary elektrycznej i perkusji to echo innych zjawisk, rozwój industrialu i form doń pobocznych jak szereg grup industrialnego rocka. Widać, iż grupa powstała i działała w innym okresie niż jej szacowni, zeuhlowi przodkowi. Niezwykle chaotyczna, wręcz obłędna, mocno organiczna. Zeuhlowe inklinacje zdradza charakterystyczny pulsujący bas. W "Cabine 67" dochodzi narastające natężenie dźwięku, które potęguje klaustrofobiczny nastrój. (Czasem mam wrażenie, że jedna z inspiracji utworu "Warrior" z albumu Clivages zespołu Univers Zero). Potem wyśpiewywane obłędnie YOG SOGGOTH... żeby przejść do kościelnych organów, a następnie mrocznego klimatu znanego już z "Incipit Tragedia". Zupełnie jak dobry dreszczowiec według Hitchcocka, zacząć się od trzęsienia ziemi, a napięcie ma tylko potem wzrastać. Alain Ballaud wywiązał się z zadania znakomicie.

    Gatunkowo album może i jest ciężki, lecz jest dosyć intuicyjny i sugestywny w odbiorze. Nawet przez osoby nieobeznane z awangardowym, eksperymentalnym rockiem może zostać uznany za ciekawy (wiem, sprawdziłem). Nie trzeba znać zeuhl na wyrywki, aby się za "Les morts vont vite" zabrać. Płyty tej nie da się bowiem zapomnieć, jest tak oryginalna! Godna polecenia każdemu miłośnikowi ciekawego brzmieniowo rocka.

    I zawsze, czytając prozę Howarda Phillipsa Lovecrafta, będzie się przypominać ten obłędnie wyśpiewywany YOG SOGGOTH. Pięć gwiazdek to za mało dla dzieła tak fenomenalnego.

  • Link do komentarza Mikołaj Gołembiowski czwartek, 03 marzec 2011 00:43 napisane przez Mikołaj Gołembiowski

    Znów przychodzi mi recenzować album zespołu zeuhlowego. I po raz kolejny mam wrażenie, że przesłuchałem właśnie płytę wyjątkowej grupy, która choć z Magmy czerpie garściami, choć nawiązuje do różnych innych zespołów awangardowych, stworzyła coś, co zostawia po sobie jedyne w swoim rodzaju wrażenie. Brudny, jak to zwykle w zeuhlu, powtarzające się fragmenty instrumentalne i wokalne i zapadający w pamięć kobiecy śpiew to cechy charakterystyczne gatunku, które i tu z łatwością znajdziemy. Wydawałoby się, że to wszystko już mieliśmy na płytach Magmy i Eskatonu. A jednak niezupełnie, bo nigdy wcześniej zeuhl nie wydawał się tak mroczny i ponury (może pomijając jedyną wydaną płytę zespołu Archaia).

    Niebiańska muzyka zstąpiła do piekieł. To jest chyba najlepsze określenie tego, z czym słuchacz Les Morts Vont Vite, ma do czynienia. Diabelski zamysł Shub-Niggurath polega z grubsza na próbie połączenia charakterystycznych cech muzyki zeuhl z mroczną awangardą spod znaku Univers Zero. To wszystko okraszone jest sporą dawką industrialnych efektów, będących efektem maksymalnego przesterowania sygnału. Brzmienie jest niezwykle ciężkie i rozmyte, tempo utworów raczej powolne. Tak ociężale snujących się dźwięków nie znajdziemy chyba nigdzie indziej w twórczości grup zeuhlowych. Do tego wokal, mocny, operowy głos, ale nie mający właściwie nic wspólnego z eterycznymi wokalami z 4 Visions Eskatonu. Wyśpiewane przez wokalistkę melodie znajdują się w ciągłym napięciu w stosunku do partii instrumentalnych. Kompozycje podporządkowane są zasadzie nieustannego, niekończącego się dysonansu domagającego się rozwiązania, które nigdy nie następuje. Środki te są podporządkowane do tego, by tworzyć naprawdę posępny nastrój, przy którym najmroczniejsze odmiany black metalu wydają się wesołym pogwizdywaniem arkadyjskiego pasterza. Les Morts Vont Vite to 51 minut czystego horroru.

    Na pewno nie jest to album, który mógłby przypaść do gustu każdemu miłośnikowi proga. Przede wszystkim z tej racji, że jest to generalnie trudna w odbiorze awangarda, mająca naprawdę mało wspólnego z tymi awangardowymi naleciałościami, z którymi można się zetknąć słuchając płyt King Crimson, Van der Graaf Generator, czy przedstawicieli sceny Canterbury. Po drugie dlatego, że materiał z tej płyty ma momentami naprawdę niewiele wspólnego z rockiem. O ile płyty Magmy mają zazwyczaj ten charakterystyczny element stałego powtarzalnego rytmu, o ile Dün to przecież nic innego jak instrumentalny prog oparty na nietradycyjnych rozwiązaniach harmonicznych, o tyle nazwanie Shub-Niggurath zespołem rockowym jest rzeczą bardzo umowną, bo elementy muzyki poważnej i industrialnej mają zasadniczy wpływ na odbiór albumu. I jak ktoś muzyki poważnej zwyczajnie nie lubi, zwłaszcza w jej trudniejszych, wymagających większego od słuchacza skupienia odmianach, a od industrialu bolą go uszy, to i ta płyta nie przypadnie mu do gustu. Natomiast zaletą z punktu widzenia nieosłuchanego z awangardą człowieka jest intuicyjność materiału w jego warstwie emocjonalnej. Dla każdego, kto odczuwa niepokój oglądając horrory i słuchając podłożonej tam muzyki, przekaz, jaki wysyła zespół, będzie oczywisty.

    Na koniec zadajmy sobie pytanie, co ciekawego na tym albumie znajdzie miłośnik awangardy? Z jednej strony wydaje się to kolejny mroczny album, jakimi raczyły nas w tamtym okresie zespoły należące do R.I.O. Jest w nim jednak coś szczególnego, wartego szczególnej uwagi, jakiś przedziwny porządek, poczucie, że słuchamy czegoś dopracowanego i dopieszczonego, a nie tylko zgrzytliwego chaosu. Poza tym znakomite rozwiązania rytmiczne i bardzo interesujące elektryczne, industrialne brzmienie. Muzyka Shub-Niggurath jest niezwykle bogata w pomysły, wciąga i nie nudzi ani przez moment. Ich debiutancka płyta jest po prostu diabelnie piękna. Toteż wszystkim czytelnikom ProgRock.org.pl gorąco ją polecam.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version