ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Soft Machine, The
Third
(1970, album studyjny)

1. Facelift* (18:54)
2. Slightly All The Time (18:14)
3. Moon In June (19:18)
4. Out-Bloody-Rageous (19:17)

Czas całkowity: 75:43
* 'Facelift' zarejestrowano na żywo w Fairfield Hall, Croydon, 4 stycznia1970  oraz w Mothers Club, Birmingham,  11 stycznia 1970.
- Robert Wyatt ( drums, vocals (3), piano (3), organ (3), bass guitar (3)
- Hugh Hopper ( bass guitar )
- Mike Ratledge ( organ, piano (1-2,4), electric piano (1-2,4) )
- Elton Dean ( alto sax (except track 3), saxello (1-2,4) )
- Lyn Dobson ( flute, soprano sax (1) )

gościnnie:
- Nick Evans ( trombone (2) )
- Jimmy Hastings ( flute, bass clarinet (2) )
- Rab Spall ( electric violin (3) )
Wyświetlony 11083 razy
Inne albumy wykonawcy: « The Soft Machine Fourth »

2 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński sobota, 28 marzec 2015 12:43 napisane przez Edwin Sieredziński

    Po przerobieniu King Crimson lat siedemdziesiątych szybko natrafia się na scenę Canterbury. A tam na prawdziwe rodzynki typu właśnie Soft Machine... i albumu, jaki zamierzam nieco odczarować. Tak to się bowiem dzieje, gdy się spotyka recenzję Michalewskiego.

    Soft Machine to połączenie wpływów rocka psychodelicznego i jazzu awangardowego. Płyta Third nie jest tu jedyna, obok Piątki jest najbardziej znana i w pewnych szerszych gremiach również najbardziej uznana spośród całego dorobku Maszyny. Powtórzę to, co kiedyś napisałem, przy okazji albumu Bitches Brew Davisa. (Mam nadzieję, że nie zaczynam lecieć jak mój nieszczęsny poprzednik). Trójka jest mimo wszystko - i to podkreślam - albumem o ekspresji typowej dla brytyjskiej sceny rocka psychodelicznego. Dlatego wejdzie po odsłuchaniu starego Pink Floyd, wczesnych prób King Crimson. A dopatrywanie się tutaj Milesa Davisa... Ja rozumiem, że trębacz ma wielu zagorzałych fanów. Często odnoszę wrażenie, że wierny fanklub Davisa - dla jakiego on jest największym muzykiem jazzowym w historii - byłby zdolny zobaczyć twarz na przypalonym toście lub zaparowanej szybie. Trójka ma inną ekspresję, jest bardziej żywiołowa i więcej się na niej dzieje. Inaczej kompletnie się tego albumu słucha. Mówię raczej standard zbliżony do King Crimson. Tylko, że utwory są dłuższe i trudniejsze niż spora część dorobku Karmazyna, chyba że bierzemy takie eksperymentalne próby jak "Moonchild" czy "The Devil's Triangle".

    Jednocześnie nie jest to wcale poziom nieregularności Henry Cow czy niektórych grup z kręgu Rock in Opposition. Po prostu Trójka jest jednym z typowych dzieci swoich czasów - ery psychodelicznej. Skutków poszukiwań twórców muzyki rockowej. Jeśli ktoś siedzi w klimatach tamtej ery - czy raczej rzec należałoby eonu, biorąc pod uwagę wielkość dokonań - to Trójka go nie powinna zdziwić. Ani w warstwie brzmieniowej, ani w warstwie harmonicznej, kompozycyjnej.

    Czy ten album jest przesadnie mroczny? Ma trochę takich momentów, nieco w "Facelift", bardziej w "Out-Bloody Rageous", trochę tego jest w "Slightly All the The Time". "Moon in June" to w sumie utwór w standardzie lżejszego progresywnego grania, z partią wokalną Roberta Wyatta, miejscami nawet nieco przesłodzony. Nigdzie tutaj nie ma klaustrofobicznego nastroju i rosnącego lawinowo napięcia. Cały ten album jest raczej dosyć - łagodny - i momentami nieco atmosferyczny. Wszystko to jest dosyć delikatnie stopniowane.

    No i Michalewski zobaczył za dużo. Gdzie tu elektronika - ani nie ma syntezatora, ani taśm - to nie Art Zoyd, monsieur Michalewski, to nie Univers Zero sensu płyt Uzed i Heatwave, to tylko - albo i aż! - Maszyna. Gdzie tu jakieś mrożące krew w żyłach dysonanse! - wszystko się rozchodzi delikatnie po kościach. Przy odpowiednim osłuchaniu można Trójki słuchać do obiadu.

    Nie byłby to jednak pierwszy album Canterbury, jaki dałbym nowicjuszowi do posłuchania. Prędzej poleciłbym Caravan i/lub Gong. Soft Machine jednak jest nieco poważniejszy. Mnie się co prawda skok na głęboką wodę udał - akurat w przypadku tej płyty - lecz nie każdy ma taki nastrój czy stan neurochemii w danym momencie. Nie mniej... Trójka stanowi absolutne arcydzieło. Pięć gwiazdek to za mało.

  • Link do komentarza Bartosz Michalewski środa, 26 styczeń 2011 14:41 napisane przez Bartosz Michalewski

    I znowu zabrałem się za album - kobyłę. Kilka dni temu pisałem tutaj o Bitches Brew Milesa Davisa i mam wrażenie, że mógłbym po prostu skopiować tamten tekst, pozamieniać kilka wyrazów i wysłać jako recenzję Third. Bo w gruncie rzeczy mam o tych albumach do powiedzenia to samo: może i faktycznie są trudne (chociaż ja ich tak nie odbieram), ale i tak bezwzględnie trzeba je znać.

    Zresztą podobieństw pomiędzy Trójką Soft Maszyny i Bitches Brew jest więcej. Po pierwsze ani Hopper, ani Ratledge nie ukrywają, że w tamtym czasie byli pod sporym wpływem muzyki Milesa. Po drugie zaś te właśnie dwa albumy były chyba najważniejszymi w swej epoce dokonaniami z kręgów - odpowiednio - jazz-rocka i fusion. Third to absolutnie nie był pierwszy w dziejach eksperyment rockmanów z jazzem, jednakże Soft Machine w swych czasach poszli znacznie dalej niż King Crimson, Colosseum, czy Blood, Sweat and Tears, stąd tak wielkie znaczenie tego wydawnictwa.

    Wielokrotnie słyszałem opowieści ludzi, którzy do świata Soft Maszyny dotarli poprzez King Crimson. I faktycznie zespół Roberta Frippa z lat 70. miał w sobie jakiś pierwiastek duchowego podobieństwa z grupą Mike'a Ratledge'a. Tak więc każdy fan Króla (ale całego, nie tylko debiutu i kilku piosenek z Red) jest w dłuższej perspektywie czasu skazany na miłość do Soft Machine. Obawiam się jednak, że większość osób, które czyta ten tekst King Crimson uznaje za ekstremę, wybiera z ich muzyki wyłącznie melodyjne fragmenty, zaś wszelkie eksperymenty traktuje jak dopust Boży. Tacy słuchacze są w nieco trudniejszym położeniu, bo przez Third i tak muszą przebrnąć. Po prostu nie będą mieli z tego żadnej przyjemności.

    Cały czas piszę o tym musieniu, że fan progresu musi bezwzględnie opisywany album znać. I czekam tylko, kiedy mi ktoś powie: a ja nic nie muszę Panie recenzencie! Ja sobie słucham swoich rzeczy, Pan swoich i przy tym pozostańmy!. Ano nie. Niestety tak się dziwnie złożyło, że muzyka progresywna, choć tak różna, wykształciła kanon dla wszystkich swych gatunków wspólny. I tak samo jak nie da się powiedzieć że jest fanem proga ktoś, kto nigdy nie słyszał Genesis, Supertramp albo Dream Theater, tak samo nie jest nim osoba, która Soft Machine zna wyłączcie z nazwy. Na naszym serwisowym forum ktoś zarzucił mi muzyczny snobizm... i miał rację. Jestem snobem! My wszyscy nimi jesteśmy, bo bycie miłośnikiem proga pewien snobizm z góry zakłada. Polega on na tym, że nasze słuchanie muzyki jest bardziej systematyczne niż u ludzi, którzy słuchają co im tam wpadnie w ucho. Progheadzi nie słuchają byle czego na chybił trafił, ale wchodzą na serwisy takie jak ten i patrzą, o których zespołach najwięcej się pisze, które albumy mają najwyższe noty, które dominują w rankingach. Soft Machine to jeden z najważniejszych zespołów w progresie, zaś Third to najsłynniejszy ich album. I tak samo jak ja przesłuchałem (nadludzkim wysiłkiem) The Perfect Element Part 1, Images And Words, czy Script For A Jester's Tear, tak samo każdy progmetylowiec i neoprogowiec ma obowiązek znać Hot Rats, You, MDK, albo Third. A kto tego nie zna i poznać nie zamierza, ten nie jest fanem progresu. Po prostu.

    Trójka SM to nie jest miła muzyka. Mroczne połączenie psychodelicznego rocka, awangardy, jazzu i elektroniki może wiele osób przerazić. Poza śpiewanymi przez Wyatta fragmentami Moon in June mniej doświadczonemu słuchaczowi ciężko się będzie o coś zahaczyć, co w połączeniu z tym, że album jest dwupłytowy, a każdy z czterech utworów trwa około dwudziestu minut sprawia, że ciężko się w to wgryźć. Dlatego nie każę nikomu od razu rzucać się na Third. Wcześniej dobrze jest zapoznać się z Gong, Tangerine Dream, czy nawet późniejszymi dokonaniami Soft Machine (że o dogłębnej znajomości King Crimson nie wspomnę). Proszę dać sobie czas, nie śpieszyć się, podchodzić do tego małymi krokami (chyba, że ktoś lubi awangardę, wtedy może brać się za to bez rozpędu), ale proszę także cały czas pamiętać, że znajomość opisywanej płyty jest obowiązkowa i absolutnie nic nie może was z niej zwolnić.

    W ostatnim tomie Opowieści z Narnii jest taki piękny fragment, w którym, już po końcu świata wszystkie dobre postacie trafiają do raju, który jak łatwo się domyślić jest niewyobrażalnie pięknym i wspaniałym miejscem. Trafiają tam także - o ile dobrze pamiętam - krasnoludy, które nie wierzą w żadnego Aslana, nie wierzą w żaden koniec świata i nie wierzą w żaden raj. Wierzą tylko w to, co jak im się wydaje widzą - że znajdują się w ciemnej, cuchnącej szopie. Kiedy słucham wywodów osób, który nie rozumieją eksperymentów w sztuce, mówiących, że to wszystko to jest jakieś rzępolenie, a słuchanie czegoś podobnego to sadomasochizm, przypominają mi się te narnijskie krasnoludy. Nie jestem w stanie nikogo przekonać, ani do Third, ani do żadnego innego trudnego albumu, ale mam nadzieję, że kiedyś uda wam się odkryć niezwykłe piękno sztuki niekonwencjonalnej. I tego bym wam i sobie życzył!

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2022 - ProgRock.org.pl
15 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version