ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Alters
Mild
(2007, album studyjny)

1. Outro [2:28]
2. Psalm [6:51]
3. Farewell [2:34]
4. Paul's Etude [1:00]
5. Nasty Langour [5:07]
6. Michael's Etude [1:02]
7. Calm [4:25]
8. Luka's Etude [0:35]
9. Strange Services [5:25]
10. Robert's Etude [0:31]
11. Dream Bean Blues Bar [5:34]
12. Mnemonic Indiction Of Lucid Dream [13:29]
13. Intro [2:15]
- Michał Soltan ( guitars, vocal - 3,7,12, piano 1,13, backing vocal 2 )
- Paweł Zalewski ( synthesizer’s, vocal, viola da gamba, saz )
- Łukasz Smolinski ( bass guitar )
- Robert Pludra ( drums )
Wyświetlony 4220 razy
Inne albumy wykonawcy: Dawn »

1 komentarz

  • Link do komentarza Rafał Ziemba poniedziałek, 18 sierpień 2008 23:38 napisane przez Rafał Ziemba

    Jest to kolejna płyta, na którą się skusiłem, zachęcony opisem na stronie wytwórni. No bo jak mógłbym przejść obojętnie obok kapeli która podobno gra jak King Crimson, Yes, Genesis i Pink Floyd? W zasadzie te cztery kapele mało maja ze sobą wspólnego ale kij z tym. Magia starych nazw jak zwykle zadziałała.
    Już się bałem, że będzie jak z Revolver - już raz się przecież na reklamie naciąłem straszliwie. Całe szczęście, że rzeczywistość okazała się inna.

    Rzut oka na okładkę i wszystko wskazuje na to, że przez następne kilkadziesiąt minut będziemy słuchać psychodelii bądź space rocka. Następnie tytuł płyt - MILD. Może to znaczyć zarówno 'mild' jak i być skrótem tytułu jednego z utworów na płycie - Mnemonic Induction Of Lucid Dreams. Jest pomysłowo więc jest dobrze. Kolejne zaskoczenie przychodzi po spojrzeniu na tracklistę. Aż 13 utworów. Ryzykowne posunięcie, gdyż długie albumy bywają często nużące. Ale po tej gorzkiej refleksji zaraz uśmiech powraca na twarz, gdyż płyta zaczyna się od Outra a kończy się Intrem. Nie jest to pewnie najbardziej oryginalny zabieg na świecie (pamiętam jak płytę Sacrifice zespołu Dragon rozpoczynał utwór Pozytywka a kończył Negatywka), ale jest fajny i jeszcze bardziej prowokuje to zapoznania się z zawartością krążka.

    Outro to delikatne plumkanie klawiszy i trochę industrialnych naleciałości - właśnie one powodują, że całość brzmi jak ostatni album zespołu Somnivore (o którym i tak pewnie nikt nie słyszał).
    Część właściwą płyty rozpoczyna Psalm. Jest to pierwszy spośród 5 utworów obdarzonych tekstem. Muzyka w tym numerze dryfuje faktycznie momentami w stronę King Crimson. Szczególnie słychać to w pracy gitary i sekcji. Żeby nie było wątpliwości - chodzi o King Crimson od Red w górę. Klawisze mają coś z Yesowych pasaży. Ukłon w stronę Tales Form The Topographic Ocean jest dobrze słyszalny. Wokalista śpiewa sennie - w pewien sposób charakterystycznie dla nowych progowych zespołów. A utwór im dalej zmierza tym robi się dziwniej i psychodeliczniej - mi to jak najbardziej pasuje.
    Praktycznie bez pauzy przechodzimy w Farewell. Tu jest już Karmazynowo na całego. Słychać, że muzycy mają już spore umiejętności. Cieszą ucho dźwięki basu - ładnie zagrane i sprytnie zaaranżowane. No i na ostatnie kilka sekund pojawia się odniesienie do Pink Floyd - te kilka dźwięków jest jak żywcem wyjętych ze środkowej części Echoes.
    Paul's Etiude to krótki pasaż zagrany na skrzypcach. Krótki, bardzo miły przerywnik, który pozwala na złapanie oddechu przed numerem Nasty Languor. Ponieważ nie ma tu wokali możemy się skoncentrować na samej muzyce. Znów mamy tu koktajl Yesowo Crimsonowy, z tym, że pierwsze minuty przypominają Hawkwind, jaki znamy z koncertów. Podobne budowanie atmosfery i zabawa z dźwiękami. Natomiast końcówka brzmi jak żywcem wyjęta z The Doors - tak z okresu Strange Days.
    Żeby płyta zachowała ciągłość mamy następną etiudę. Tym razem Michał Sołtan - gitarzysta zespołu, raczy nas przez chwilę ładnymi dźwiękami gitary, które zdają się być pretekstem, do tego, żeby zacząć ładnie utwór numer 7 o tytule Calm. Ale czy tak zatytułowany numer mógłby się inaczej zaczynać?:) Faktycznie jest bardzo spokojnie, delikatnie, wręcz sennie. Na miejscu byłoby tu chyba porównanie do Anathemy. Choć klawisze przypominają mi też utwór Brzytwa Świtu naszej rodzimej Oranżady.
    Potem przychodzi czas na popisy basisty, czyli Lukas's Etude. Jak zwykle, to tylko kilka sekund spokojnych dźwięków, i przechodzimy już do Strange Service. Jest to kolejny instrumental, w którym gitarzysta ma szansę na początku się wyszaleć. Potem utwór zostaje złamany przez dźwięki syntezatora. Znów robi się Pink Floydowo gdy jeszcze dochodzi do niego gitara. Nagle zmienia sie rytm i robi się jazzowo. Choć gitara przez większość czasu w dalszym ciągu gra w sposób który odwołuje się do brzmień lat 70 tych. Panowie nie pozostawiają nam chwili wytchnienia i przez pół minuty słuchamy dźwięków perkusji - ostatniej już Etiudy na tym albumie. Tym razem to Etiuda Roberta. Perkusja rozpoczyna także kolejny numer. Dream Bean Blues Bar - jak sama nazwa wskazuje to taki przetworzony blues. Space rockowy blues. Gdy zaczyna się śpiew znów kojarzy mi się Pink Floyd - i też jak poprzednio - ten z okresu Meddle. Sekcja jednak gra całkiem inaczej, niż to u Floydów bywało. Jest bardziej jazzowo, bardziej skomplikowanie. I w końcu przechodzimy do quasi tytułowego numeru.
    Mnemonic Induction Of Lucid Dreams - jest to najdłuższa kompozycja na płycie. Świetnie podsumowuje to co się dotychczas na albumie działo. I jest też chyba najlepszym utworem. Bardzo wschodnia melodyka początkowa stwarza bardzo psychodeliczny nastrój, który z jednej strony można porównać do The End Doorsów a z drugiej do Four Leary Biscuits zespołu Tiamat. Jednak w okolicy minuty wraca King Crimson. I tu zaskoczenie - już myślałem, że będzie tak do końca a tu nie - znowu mamy powrót do psychodelii. Ale już z małą zmianą. Gitara zaczyna wygrywać coraz to dziwniejsze nuty, całość zaczyna się robić mocno kakofoniczna. A wokalista nie śpiewa tym razem. Tym razem jest to tylko deklamacja na poziomie szeptu. Motywy zmieniają się i przeplatają co chwilę. Ładne dźwięki co chwila ustępują miejsca psychodelicznej kakofonii, po to by później znów wypłynąć na wierzch. W końcu jeden motyw zaczyna dominować. Co ciekawe - grany jest na nieprzesterowanej gitarze. Ciekawie wypada zabieg z dwoma wokalistami. Bardzo dużo się dzieje w tym numerze - trudno go opisać:)
    I zanim się zorientowałem zaczęło się Intro. Czyli outro:) Podobnie jak w Outrze które było Intrem (nadążasz drogi czytelniku??:)) mamy zaserwowane trochę niepokoju. Dźwięki które się dobywają z głośników są puszczone od tyłu. Tego jeszcze nie było na płycie, więc pod koniec można wrzucić - czemu nie:)

    Ciekawy album. Mało jest w Polsce kapel które grały by taki rodzaj spaceowej psychodelii. Tym bardziej, że jest to muzyka na światowym poziomie. Mam tylko dwa zastrzeżenia:

    a) za mało melodii które można by zapamiętać
    b) nie znalazłem tam nic z Genesis:)

    Życzę świetlanej przyszłości - oby tak dalej.
    4/5

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version