ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

King Crimson
Islands
(1971, album studyjny)

01. Formentera Lady - 10:14
02. Sailor's Tale - 7:21
03. The Letters - 4:26
04. Ladies Of The Road - 5:28
05. Prelude: Song Of The Gulls - 4:14
06. Islands - 11:51

Czas całkowity - 45:10

- Robert Fripp - gitara, Mellotron
- Raymond Burrell - wokal, gitara basowa
- Mel Collins - flet, saksonon, dodatkowy wokal
- Ian Wallace - perkusja, dodatkowy wokal
- Peter Sinfield - słowa
oraz
- Paulina Lucas - wokal (1)
- Keith Tippet - pianino
- Robin Miller - obój
- Mark Charig - kornet
- Harry Miller - gitara basowa (1,6)

Wyświetlony 12723 razy

2 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński wtorek, 07 kwiecień 2015 15:57 napisane przez Edwin Sieredziński

    Recenzje klasyków pisze się ciężko... Dobrze wiadomo jednak, jaka jest metoda na słuchanie szeregu grup przez wielu ludzi. Ilu jest takich, co mienią się wielkimi fanami Pink Floyd, a nie wiedzą, kim był Syd Barrett... szkoda nawet takie sytuacje komentować. Omijanie trudniejszych i bardziej nietypowych nagrań to normalka. Co dobrze wiadomo, że nie wszystko od razu wchodzi, czasem trzeba mieć odpowiednio rozszerzoną percepcję... i nie mówię tutaj o LDS czy meskalinie (zresztą w epoce elektronicznego klubowego szajsu i ecstasy to przeżytek), tylko o odpowiednio wyrobionym uchu. King Crimson słuchałem metodą żabich skoków. Pierwsze płyty, okres wettonowski, lata 1994-2003, na początek. Lata osiemdziesiąte, no i płyta będąca bohaterką niniejszego opracowania mi po prostu nie wchodziły. Musiałem głębiej zapoznać się z muzyką w ogóle, aby te nagrania zrozumieć i docenić.

    Robert Fripp bardzo lubi wyczerpywać cierpliwość początkujących. Zawsze mówię, że od takich wykonawców w ogóle zaczyna się słuchać muzyki. Nie od jakiegoś AC/DC, co jedna piosenka grana w kółko 40 lat. Właśnie takich jak King Crimson. Słucham sobie debiutu, drugiej płyty, potem Lizard... nagrania wręcz powalające. Majestatyczne, miejscami monumentalne, ten mroczny klimat, budowanie napięcia. W końcu wyciągam Islands. Album, jaki poszedł w formę kompletnie kameralną. W ogóle mnie ta płyta nie podeszła, nawet taki "Ladies on the Road" w założeniu lżejszy. Wiele rzeczy wydawało mnie się nagranych... od tyłu. I nie to jak w tym dowcipie, co student konserwatorium musiał na zaliczenie z kompozycji oddać pracę, napisał od tyłu jeden z utworów promotora i wyszła mu Siódma Beethovena. Po prostu wtedy tego typu muzyki nie rozumiałem. Byłem też mocno zawiedzionym formą w skali mikro. Tu powalające i rzucające na kolana majestatyczność i monumentalizm, a tu taka mikro-forma. I tu uwaga dla początkujących i poszukujących. Po pierwszym odsłuchu danego albumu nie można się zrażać, z czasem można zmienić jego postrzeganie.

    Sytuacja zmieniła się, gdy zacząłem więcej jazzu praktykować. Wtedy na "Islands" spojrzałem kompletnie inaczej, możliwe, że doceniłem właśnie tą mikro-formę, jaka mi wcześniej przeszkadzała, a po pogrzebaniu w jazzie modalnym Coltrane'a już mnie stosowane wzorce kompozycyjne nie drażniły. Już się nie wydawało to takie, jakby puszczone czy zagrane od tyłu. Stwierdziłem, że bardzo dobra płyta, tylko że bardzo niedoceniana. I to nie ma złego momentu. Jeszcze do tego należy dołożyć niepowtarzalną barwę głosu Boza Burrela. Widać to zwłaszcza w "Letters", gdzie buduje swoją wokalizą napięcie, żeby na koniec niemalże wykrzyczeć. Utwór tytułowy byłby również bez wokalu czymś kompletnie innym. Niewprawny słuchacz wtedy mógłby uznać, że to kalka z Davisa. Fakt, że zapewne Miles byłby za ten utwór dumny, sam pewnie chciałby taki napisać w tamtym okresie. I bardziej też "Islands" jest emocjonalny - bardziej niż Davis nostalgiczny. "Sailor's Tale" to z kolei taki mocno jazz-rockowy, głównie gitarowy utwór z tłem zbudowanym na melotronie. Poprzedzony zresztą przez "Formentera Lady" - nieco orientalizujący, nieco jazzujący, nieco klasycyzujący utwór z sopranową wokalizą. Na uwagę zasługuje "Prelude: Song of the Gulls", tutaj King Crimson wyszedł już poza granice rocka i stworzył klasyczną kameralistykę. Sam utwór został napisany przez Frippa jeszcze w 1968 roku, w czasach niefortunnego Giles, Giles and Fripp.

    Islands to również ostatni album z poetyckimi tekstami Petera Sinfielda. Oparł się on na twórczości Johna Donne'a, stąd też wziął tytuł płyty. Jak również teksty o poszukiwaniu miłości zawarte na niej, również inspirowane poezją metafizyczną. Późniejsze płyty King Crimson nie są już tak mocne w warstwie tekstowej. Zostaje tylko - albo aż - fenomenalna muzyka Roberta Frippa.

    Dla słuchaczy z gatunku "tylko rock" Islands będzie traumą. Będą oni wybrzydzać, że dlaczego Robert Fripp zamiast nagrywać dalsze odcinki In the Court of the Crimson King eksperymentował i poszukiwał nadal. (Ci mający pretensje do Frippa często już nie mogą przejść przez Lizard - o takich przypadkach też słyszałem). Islands jest albumem wykraczającym poza granice muzyki rockowej - wkraczającym mocno na obszar jazzu oraz muzyki klasycznej. Niektórych ta płyta może zmusić do poszukiwań po pierwszym odsłuchu. Co prawda mnie inne czynniki skłoniły do zapoznania się z jazzem - raczej grzebanie w fusion - ale jedno muszę przyznać. Są takie płyty, od których tak naprawdę zaczyna się słuchać muzyki. Pierwszą kategorię stanowią płyty wielkie - jak Dark Side of the Moon czy Made in Japan. A drugą... takie, które wymuszają dalsze poszukiwania z powodu trudności w ich zrozumieniu. Islands do tej właśnie kategorii należy. Z pewnością, jak się już zrozumie, o co w tej płycie chodzi.

    Nie jest to w moim odczuciu album tak samo dobry jak debiutowy In the Court of the Crimson King. Pewne względy - bardziej sentymentalne, rzekłbym - decydują, że jednak debiutowy album z pierwszego okresu działalności King Crimson uważam za najlepszy. Stwierdzam jednak, że jest tak samo dobry jak Red. Ocenia nie może być inna niż solidne pięć gwiazdek.

  • Link do komentarza Krzysztof Michalczewski czwartek, 03 kwiecień 2008 18:37 napisane przez Krzysztof Michalczewski

    Czy nie umiejąc grać na gitarze basowej można zostać basistą w uznanym zespole rockowym? Odpowiedź brzmi: można. Sztuki tej dokonał Raymond 'Boz' Burrell.


    Krótko po wydaniu płyty 'Lizard', w burzliwych okolicznościach z zespołu odeszli: Gordon Haskell i Andy McCulloch. Pozostała trójka, tj. Robert Fripp, Mel Collins i Peter Sinfield postanowiła kontynuować działalność pod szyldem King Crimson. Należało rozpocząć poszukiwania nowych muzyków i zadanie przesłuchiwania licznie zgłaszających się kandydatów powierzono Collinsowi.

    Z polecenia Keitha Emersona miejsce za perkusją zajął Ian Wallace, który grał wcześniej w takich zespołach jak: The World, The Warriors, Big Sound. Poszukiwania śpiewającego basisty trwały nadal i zakończyły się one połowicznym sukcesem. Przesłuchano setki muzyków i spośród nich na wokalistę wybrano Raymonda Burrella. Miejsce gitarzysty basowego w dalszym ciągu pozostawało nieobsadzone, a muzycy zebrani wokół Frippa stracili nadzieję, że uda im się znaleźć właściwego człowieka i uda się utrzymać zespół. Któregoś dnia Burrell wziął w swe ręce pozostawioną przez jednego z kandydatów gitarę basową i zaczął na niej 'improwizować', a robił to z takim wyczuciem i natchnieniem, że zachwycony Fripp szybko zaproponował mu miejsce w zespole i naukę gry na tym instrumencie. I tak, nie umiejąc grać na basie, Raymond 'Boz ' Burrell został śpiewającym basistą w King Crimson. Po jedenastu tygodniach pilnej nauki jego świeżo zdobyte umiejętności sprawdzono na kilku koncertach we frankfurckim ' Zoom Club' i w klubach Wielkiej Brytanii. Ten egzamin Burrell zdał doskonale , a fani z entuzjazmem przyjmowali występy nowego wcielenia Karmazynowego Króla. Atmosfera w zespole była znakomita, muzycy w udzielanych wywiadach podkreślali łączącą ich przyjaźń i owocną współpracę.
    Wykorzystując przerwy między licznymi w tym czasie koncertami, grupa postanowiła nagrać kolejną płytę ( wrzesień i październik 1971 ). Nadano jej tytuł 'Islands'.


    'Islands' to płyta stylistycznie bardzo zróżnicowana, otwiera ją jazzowa kompozycja, 'Fromentera Lady', której balladowy i senny charakter, raz po raz, zakłócają szarpnięcia strun kontrabasu ( Harry Miller ). Jest to opowieść o podróżach Sinfielda po leżących na Morzu Śródziemnym Balearach. Pod względem muzycznym wypełniają ją improwizacje na flecie, fortepianie i saksofonie, ponure dźwięki kontrabasu, a nad nimi wszystkimi unoszący się nieziemski śpiew Pauliny Lucas, sopranistki z Sadlers Wells Opera. Utwór ten płynnie przechodzi w kolejny, bardzo rockowy i instrumentalny 'Sailor's Tales', na który składa się przede wszystkim pełne blasku i żarliwości solo gitarowe Frippa, jedno z najlepszych w całym jego muzycznym dorobku. 'Opowieści Żeglarza' to również drapieżne solo saksofonowe Mela Collinsa, to także kapitalna gra sekcji rytmicznej stworzonej przez nowych członków grupy, tj. Burrella i Wallace'a.

    Trzecią na płycie jest tragiczna historia zdrady, utraty nadziei i pragnienia śmierci, zatytułowana 'The Letters'. Muzycznie wypełnia ją bardzo emocjonalny śpiew Burrela, fenomenalne solo saksofonu barytonowego i jazzowy finał.

    W żartobliwych słowach 'Ladies Of The Road', wśród dźwięków gitary odtworzonej od końca, saksofonu barytonowego i refrenów w stylu The Beatles, Burrell opowiada o przeżyciach muzyków na trasie koncertowej.

    'Prelude: Song Of The Gulls' to kompozycja napisana na obój ( Robin Miller ) i mały zespół orkiestrowy, którym w czasie nagrywania płyty dyrygował osobiście Robert Fripp.

    Tytułowy 'Island' kończy album i jest to leniwie snująca się i delikatna ballada, opracowana na ciepły i natchniony głos Burrela, niezwykle oszczędną i sugestywną grę Keitha Tippeta na fortepianie, urzekające solo Marka Chariga na kornecie oraz melotron i fisharmonię. Tekst tej ballady Sinfield napisał w oparciu o myśl z 'Medytacji XVII' Johna Donne'a, siedemnastowiecznego angielskiego poety i myśliciela, zawartej w słowach: 'żaden człowiek nie jest samoistną wyspą, każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu'. Skróconą i instrumentalną, ale równie piękną, wersję tej kompozycji znajdziemy na pierwszej płycie czteropłytowego wydawnictwa 'The 21st Century Guide To King Crimson, vol.one'.

    'Islands' to jedyna studyjna płyta zespołu nagrana w składzie Burrell, Collins, Fripp, Sinfield i Wallace. W listopadzie i grudniu 1971 muzycy odbyli tournee po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Zniknął gdzieś entuzjazm z początku działalności tego składu, atmosfera w grupie stała się napięta i nieznośna, Fripp odsunął się od swoich partnerów, a dalsza współpraca z nimi przestała go interesować. Po powrocie do kraju usunął z zespołu Sinfielda, a w kilka dni później Burrell, Collins i Walace opuścili Frippa. Muzyków podzieliły sprawy artystyczne i finansowe. Zanim jednak nastąpił prawdziwy koniec tej grupy, związani zobowiazaniami kontraktowymi, muzycy raz jeszcze przeprawili się za Atlantyk, gdzie zagrali kilkanaście koncertów. Pamiątką z tych występów jest płyta 'Earthbound'. I tu kończy się historia zatytułowana 'Islands'.

    Burrell, Collins i Walace pozostali w Stanach Zjednoczonych i dołączyli do grupy Alexisa Kornera, do Zjednoczonego Królestwa powrócił tylko Fripp. Teraz był już naprawdę sam, lecz w jego głowie dojrzewał nowy plan - 'Larks' Tongues In Aspic'.

    'Islands' jest niedocenianą płytą, moim zdaniem jest to płyta tak samo dobra jak 'In The Court Of The Crimson King', jak 'Red' - ocena 5/5

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version