ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Tangerine Dream
Electronic Meditation
(1970, album studyjny)

01. Genesis - 5:57
02. Journey Through A Burning Brain - 12:32
03. Cold Smoke - 10:38
04. Ashes To Ashes - 4:06
05. Ressurection - 3:27


Czas całkowity - 36:35



 

- Edgar Froese - gitara, instrumenty klawiszowe
- Conrad Schnitzler - skrzypce, wiolonczela
- Klaus Schulze - perkusja, instrumenty perkusyjne
oraz:
- Jimmy Jackson - organy
- Thomas Keyserling - flet


 

Wyświetlony 3672 razy

2 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński poniedziałek, 31 marzec 2014 03:20 napisane przez Edwin Sieredziński

    Pierwsza pozycja w dorobku Tangerine Dream różni się od następnych. Przede wszystkim jest to space rock, rock psychodeliczny, krautrock. Syntezatorów tutaj nie ma. Pojawia się natomiast przestrzenne brzmienie - typowe dla późniejszych płyt, widać pewien początek rozwoju. Koncepcja albumu jest zdecydowanie inna - przywołuje eksperymentalne, instrumentalne utwory Pink Floyd takie jak "Interstellar Overdrive" czy "A Saucerful of Secrets", "Quicksilver", również fragmenty "Narrow Way". Brzmienie jednakże bardziej organiczne, surowe, nie poddane studyjnej obróbce, oparte na gitarowych efektach i z rzadka pojawiających się partiach organów.

    Nie zgadzam się z przedmówcą odnośnie stopnia mrożenia krwi w żyłach płyty czy "zgrzytów" i "pisków"; obecne to bowiem i w części rocka psychodelicznego, i w jazzie awangardowym, i w modernistycznej czy współczesnej muzyce klasycznej. Zresztą tam autorzy krążka szukali inspiracji. Nie zamierzam natomiast ukrywać, że jest to album trudny, który może nie przypaść za gustu za pierwszych przesłuchaniem; taka płyta, jakiej należy dać trochę czasu. Nie jest to muzyka, w jakikolwiek sposób podobna do mainstreamu, bez widowiskowych solówek gitarowych ani cukierkowych partii klawiszowych. Nie jest to też album do posłuchania na codzień, do obiadu czy pod klawiaturę. Na pewno "Journey through a burning brain" zapada w pamięć i ta surowa gitara elektryczna, na której grał nie kto inny tylko Edgar Froese.

    W rozwoju muzycznym tych trzech wyżej wymienionych panów stanowiło to pierwszy krok, wiadomo, że wszyscy poszli w muzykę w jakiś sposób przestrzenną, ambientalną w późniejszym okresie swojej twórczości. Tam tonalność nie odgrywa tak wielkiego znaczenia jak w innych gatunkach. Tutaj widać tego zaczątki w formie atonalnego, psychodelicznego space rocka.

    Jeśli ktoś się mierzył z pierwszymi czterema albumami Pink Floyd powinno wejść, zbliżona duchowość do eksperymentalnych, instrumentalnych prób, choć zdecydowanie bardziej surowe i organiczne.

    Ode mnie 4/5.

  • Link do komentarza Paweł Tryba sobota, 10 październik 2009 00:47 napisane przez Paweł Tryba

    Moje spotkania z Tangerine Dream były dotychczas rzadkie, ale przyjemne. Pomyślałem więc, że warto się wgłębić w temat i zaopatrzyłem się w pierwszy longplay Niemców. Słyszałem co prawda już wcześniej, że na debiucie Mandarynkowy Sen hołdował zupełnie innemu stylowi i 'Electronic Meditation' ma się nijak do ich późniejszych dokonań, ale przeważyła moja natura szperacza. Z pewnymi obawami, ale też z ciekawością włożyłem płytę do odtwarzacza i... muszę, po prostu muszę o niej napisać. To mój obowiązek. Pro publico bono muszę ostrzec przed 'Electronic Meditation' wszystkich, którzy jej jeszcze nie słyszeli, a mają na to ochotę. Szczerze odradzam.

    Instrumentarium sugeruje muzykę bogatą i niebanalną. Dwunastostrunowa gitara, wiolonczela, organy Farfisa, flet czy, o zgrozo, maszyna do pisania (więc Steven Wilson nie był taki oryginalny używając w I.E.M. maszyny do szycia!), ale to mylny trop. Te pięć utworów zlewa się w trudny do wytrzymania ciąg zgrzytów i atonalnych zagrywek. O melodiach można zapomnieć. Gdzieniegdzie w krótkich partiach klawiszy mamy chwilę wytchnienia. Już, już myślimy wtedy, że ta kakofonia była tylko perwersyjnym wstępem do jakiego sensownego muzycznego tematu. Ale gdzie tam! Za moment wracają dźwięki zarejestrowane w rzeźni numer pięć. I tak przez ponad pół godziny. Niemieckie trio kreuje niezdrowy, paranoiczny klimat - ta muzyka wieszczy nadejście jakiegoś straszliwego kataklizmu, jak zmartwychwstanie Freddiego Krugera albo przyjazd teściowej.

    Najgorsze jest to, że w tej płycie musi coś być. Przecież nie nagrali jej muzyczni analfabeci, późniejsze dzieła Edgara Froese i Klausa Schulze zdecydowanie temu przeczą. 'Electronic Meditation', choć nie przypadnie do gustu ani miłośnikom elektroniki, ani uprawiającym medytację, zawiera w sobie jakiś przewrotny zamysł, tak inteligentni ludzie musieli go mieć. Pytanie tylko czy dla dotarcia doń warto przebyć drogę przez mękę, jaką jest słuchanie i analiza tego krążka? Moim zdaniem - nie. Daję 1/5. Eksperyment to wartościowa rzecz, ale zdrowie psychiczne słuchacza też jest w cenie.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version