ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Van der Graaf Generator
Godbluff
(1975, album studyjny)

1. The Undercover Man (7:00)
2. Scorched Earth (10:10)
3. Arrow (8:15)
4. The Sleepwalkers (10:26)

Czas całkowity: 35:51

dodatkowo na reedycji z 2005 roku:
5. Forsaken Gardens (live) (12:23)
6. A Louse is Not a Home (live) (10:26)
- Peter Hammill ( vocals, guitars, piano )
- Hugh Banton ( organ, bass )
- Guy Evans ( drums and percussion )
- David Jackson ( saxes, flute )
Wyświetlony 8263 razy
Inne albumy wykonawcy: Pawn Hearts »

2 komentarzy

  • Link do komentarza Bartek Kieszek sobota, 10 listopad 2007 23:34 napisane przez Bartek Kieszek

    Czarna ascetyczna okładka na ktorej widać tylko tytuł płyty i nazwę zespołu. Stanowi ona zupełne zaprzeczenie psychodelicznych obrazków Paula Whiteheada pojawiających się na poprzednich albumach grupy...ale jakaś zmiana musiała przecież nastąpić ...bo jakby nie patrzeć Godbluff to pierwsze dzieło zespołu wydane po blisko 4 letniej przerwie. Wiele się przez ten czas działo głównie w obozie Petera Hammilla który do 1975 roku zdołał nagrać az 4 solowe płyty nie zawsze pokrywające się pod względem muzycznym z VDGG.
    W koncu jednak panowie postanowili znowu wspólnie tworzyć i po kilku miesiącach wytęzonej pracy na rynku pojawił się album zatytulowany Godbluff.
    Jak można się było domyślać te 4 lata zrobily swoje i muzyka zawarta na tym wydawnictwie w dużym stopniu różni się od chociażby Pawn Hearts. Przede wszystkim są to dzwięki o wiele bardziej dynamiczne i ostrzejsze niż wszystko co muzycy dotychczas nam proponowali. Więcej jest w tych kompozycjach chaosu który jednak ma swój wyraźny cel i miejsce. Nie zmienia to oczywiście sytuacji iż Godbluff to obok wspomnianych wyzej serduszek i Still life moja ulubiona płyta Van der graafów.
    Album zaczyna się od najbardziej przystępnej pieśni na tym wydawnictwie czyli Undercover man. W tym fragmencie znajdujemy właściwie wszystko za co fani rocka progresywnego tak bardzo zespól pokochali. Mroczne klawisze Bentona okraszone niesamowitym śpiewem Hammilla no i oczywiście porywający saksofon Jacksona. Wyjątkową uwagę zwróciłbym tutaj na sam pczątek tej kompozycji gdy Hammill na granicy szeptu intonuje pierwsze wersy ' Here at the glass, all the usual problems, all the habitual farse...'
    Cienie bezgwiezdnej nocy zaczynają na nas opadać już w drugim fragmencie płyty czyli Scorched earth. Jeden z najmroczniejszych momentów w całej historii grupy z parazającym aczkolwiek trochę enigmatycznym tekstem Mistrza. Mamy tutaj przede wszystkim znakomitą partię Jacksona która nadaje calej pieśni charakteru niemalże mistycznego.
    Druga część Godbluff zabiera nas w przerażającą podróz w głab najciemniejszych otchłani ludzkiej duszy wyciągając na światło dzienne wszystko to o czym nie chcemy nawet pamiętać.
    Najpierw słuchamy Arrow, podyszyta strachem kompozycja ukazuje nam mroki sredniowiecza z charakterystyczną dla Hammilla Lekką szczyptą ironi. Muzycznie to z pewnością najtrudniejszy w odbiorze fragment albumu, pelen jazzowych improwizacji i wszechobecnego nastroju grozy...
    Na samym końcu plyty muzycy zaprezentowali nam prawdziwą mini-suitę, 10 minutową kompozycję Sleepwalkers. Gdy tylko ją uslyszałem po raz pierwaszy, to zawsze Lunatycy kojarzyli mi się z opuszczonym cmętarzyskiem na którym strzygi i inne stwory rozpoczynają swój upiorny taniec. Wiem ze to może zabrzmiec trochę infantylnie ale taka jest ta muzyka. Pod względem dzwiękowym mamy to do czynienia z nastrojem dekadeckiego kabaretu gdzieś z końca XIX wieku... No i ten niesamowicie agresywny spiew Hammilla rozpoczynjący się okoła 7 minuty. prawdziwe cudo...
    Znakomity album-pełne i zasłużone 5 gwiazdek...
    Pozycja obowiązkowa.

  • Link do komentarza Michał Seemann sobota, 10 listopad 2007 23:34 napisane przez Michał Seemann

    Krótka to płyta. Ledwie 37 minut 32 sekundy (w wersji remasterowanej mamy nieco ponad 58 minut). I szłoby w tym miejscu troszkę pogdybać, co by było gdyby Hammill zdecydował się na umieszczenie na niej dwóch utworów, nagranych podczas tej samej sesji, a mianowicie 'Pilgrims' i 'La Rosse'. Byłoby ciekawiej, ale chyba te dwa utwory nie bardzo pasują do całości 'Godbluff'.
    4 utwory = 37 minut i 32 sekundy. 1 utwór = 9 minut i 23 sekundy. Wspaniała średnia.
    Początek nas koi: flet, uderzenia w talerze i cichutki śpiew Hammilla; potem 'Undercover Man' się rozwija, mamy solo na saksofonie; w każdym razie spokojna to ballada.
    Ale 'Spalona ziemia' atakuje nas mocnymi organami i ostrym saksofonem; w tle różne dziwne efekty; śpiew Hammilla również jest raz po raz zniekształcany tak by pasował do tej mrocznej opowieści o wojnie.
    Ale i tak (przynajmniej dla mnie) najlepszy jest 'Arrow'. Bo basowym wstępie, mamy chwilę jakby ukojenia, po której nic się nie wydaje takie jak powinno być. Atak dźwiękiem: saksofonem, organami, pianinem elektrycznym, wszystkim po prostu. Ale tu króluje już tylko MISTRZ Hammill - jego głos w tym utworze zabija i niszczy nawet najbardziej wrażliwą duszę; nikt tak nie potrafi jak on wrzeszczeć, ryczeć i przenikać w ciało. Nikt. To chyba najlepszy jego wokalnie kawałek. A gdy pod koniec śpiewa: 'How strange my body feels, impaled upon the arrow' słuchacz po prostu czuje jak tytułowa strzała przebija na wylot jego ciało. Po prostu niesamowite. Szczególnie widać to na koncercie z Charleroi 12.11.1975, gdy kamera pokazuje zbliżenie szyi Hammilla - widzimy (podczas śpiewania słowa 'arrow') wystającą mu żyłę (!).
    Ostatni utwór (w wersji podstawowej) 'Sleepwalkers' to dla mnie taki taniec śmierci. Mamy lunatyków, mamy wspaniałą melodię, graną głównie na klarnecie i mamy ten genialny fragment (tak gdzieś w 3-4 minucie) bossa-novy (lub cha-chy lub walczyka itp.), do którego Hammill zawsze sobie pląsa... (w Krakowie 22.04.2007 też sobie popląsywał)
    Bonusy mamy 2: 'Forsaken Gardens' i 'Louse Is Not a Home' (z solowej płyty PH 'Silent Corner and the Empty Stage') nagrane w Rimini 09.08.1975. Niestety jakość nagrania jest średnia i niczym szczególnym one nie zaskakują.
    Reasumując 5 się należy bez żadnego ale. Po 4-letniej przerwie Van Der Graaf Generator nagrał genialną płytę.
    A trzeba pamiętać, że 6 miesięcy później wydał kolejną genialną płytę 'Still Life, a 6 miesięcy po 'Still Life' kolejną wspaniałą płytę 'World Record'. 3 płyty w 12 miesięcy. Nikt wtedy i teraz nie był do tego zdolny. Mogę jeszcze dodać (tak dla przypomnienia), że w tym samym roku (co 'Godbluff') Hammill wydał solową płytę 'Nadir's Big Chance' (nagraną w tym samym składzie). Inwencja twórcza Hammilla nie miała wtedy granic. W 1977 wydaje znów 2 płyty: solową 'Over' i zespołową 'Quiet Zone / Pleasure Dome', a 1978 też dwie: jako Van Der Graaf 'Vital', a jako PH 'The Future Now'. Gdy dodamy do tego jeszcze 2 solowe płyty nagrane i wydane w 1974 roku ('Silent Corner and the Empty Stage' i 'In Camera') to uzbiera się nam: 10 płyt (i to bardzo dobrych, w tym kilka genialnych) w 5 lat. To ja się pytam kto jest najlepszy?

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version