ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Van der Graaf Generator
Live at the Paradiso 14.04.07
(2009, album koncertowy DVD)

01. Lemmings
02. A Place to Survive
03. Lifetime
04. (In the) Black Room
05. Every Bloody Emperor
06. All That Before
07. Gog
08. Meurglys III, The Songwriter's Guild
09. The Sleepwalkers
10. Man-Erg
11. Scorched Earth
12. Interview with Peter Hammill 2009
- Peter Hammill (śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe)
- Hugh Banton (organy)
- Guy Evans (perkusja)
Wyświetlony 3720 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Michał Seemann sobota, 03 październik 2009 15:25 napisane przez Michał Seemann

    Koncert z Paradiso to właściwie pierwsze DVD VDGG z prawdziwego zdarzenia. Co prawda w 2003 ukazał się "Godbluff" z zapisem fragmentów koncertów z telewizji belgijskiej wykonanych w 1972 roku ("Theme One" i suita "A Plaque of Lighthouse Keepers" - wykonana na żywo, ale za to w dwóch podejściach!) oraz z 1975 roku - zagrany cały album "Godbluff" (brakuje tylko "Man-Erg", który też był wtedy grany), wydano również DVD z serii "Masters from the Vaults" gdzie powielono materiał z 1972. W międzyczasie opublikowano (niby przez poważne firmy fonograficzne, Hammill jednakże uważa te wydawnictwa za zwykłą kradzież) kilka "bootlegów" DVD, np. "The Live Broadcasts", które zawierały cały powyższy materiał oraz dwa unikaty: "Darkness" i "Whatever Robert Would Have Said" z telewizji niemieckiej z 1970 roku. Na wydanie "czeka", ale czy się doczeka nie wiadomo, koncert zarejestrowany przez telewizję WDR w "Rockpalast - Leverusen Forum 5.11.2005", krążący również na bootlegach w kilku wersjach. Tak więc występ z klubu Paradiso to pierwszy pełnometrażowy koncert VDGG wydany oficjalnie na DVD.

    Scena na niebiesko, po bokach nad nią balkony, z grupką szczęśliwców mogących widzieć swoich idoli z góry. Chwila oczekiwania, wchodzą, Banton siada za zestawem organowym, Evans za niezbyt imponującym zestawem perkusyjnym, Hammill bierze do ręki niebieską gitarę (to zdaje się "Meurglys V") i zaczyna się...improwizacja. Hammill jeszcze stroi swój instrument, podczas gdy jego partnerzy swobodnie sobie poczynają wybornie grając zakręcone melodie. W końcu Hammill znalazł właściwy dźwięk i charakterystycznym riffem rozpoczyna "Lemmingów" z 1971 roku. Podchodzi do mikrofonu i wypluwając z siebie tekst piosenki wygląda niczym wokalista Green Day - tak mi się przynajmniej kojarzy. Zresztą "Lemmingi" mają w sobie coś z punk rocka za sprawą gry Hammilla - jakby niechlujnej, nieczystej, tylko Banton i Evans (w trakcie gry korzysta z różnych rodzajów pałeczek!) prowadzą właściwie swoje partie - do czasu, bo w środku mamy znowu przepiękną improwizację, nieporównywalną z niczym innym.

    Od razu zwraca się uwagę na grę partnerów Hammilla, Evans - łysy - wygląda niczym kryminalista albo mafioso, zimny, bez cienia uśmiechu, jednak swoją rewelacyjną grą od razu zyskuje przychylność - co rusz psikając łysinę wodnym sprayem, całkowitym przeciwieństwem Evansa jest Banton, ten z kolei wygląda jak anioł z obfitą siwą czupryną i miłym uśmiechem - grając za dwóch-trzech muzyków, skupiony na swojej grze wyczynia prawdziwe cuda na organach, giba się jak baletnica, wygina pod dziwnymi kątami, nogami gra na klawiszach basowych co robi wielkie wrażenie.

    Po długiej 14-minutowej wersji "Lemmings" mamy "A Place to Survive" z "World Record" (1976), płyty niezbyt lubianej przez fanów, sam utwór nie jest jakiś rewelacyjny, a i wykonanie właściwie poprawne, jedynie końcówka może zachwycić - to solo organowe, no bo "hałas" czyniony przez gitarę Hammilla trudno uważać za maestrię. Jednakże w następnym "Lifetime" wokalista gra już lepiej, właściwie jest to delikatne brzdąkanie do podkładu organów i spokojnych uderzeń szczotek po talerzach Evansa, piękna ballada, Hammill bardzo skupiony śpiewa o filozofii życia. Później szybkie przejście do fortepianu (Hammill zabiera kartki z tekstami piosenek ze stojaka) i mamy mroczną wersję solowego (jednakże często w przeszłości granego przez VDGG) utworu Hammilla z "Chameleon In the Shadow of the Night" (1973) - "In the Black Room". Niesamowicie ogląda się jak trzech tylko instrumentalistów może wytworzyć nastrój strachu i szaleństwa, te dialogi fortepianowo-organowe, te histeryczne wrzaski Hammilla, zwolnienia, przyspieszenia... Cudo, które płynnie - za pomocą pojedynczych dźwięków fortepianu - przenosi nas w spokojny, antywojenny "Every Bloody Emperor" z "Present" (2005).

    Hammill znowu zmienia fortepian na gitarę - szykując najdłuższy set ("All That Before", "Gog" i "Meurglys III"). W pierwszym z nich - "brudnym" dźwiękowo, żywiołowym, często wykonywanym unisono przez wszystkich, Hammill dość luzacko śpiewa o "wadach" bycia już staruszkiem-sklerotykiem.

    Wreszcie... scena pokryta ostrą, krwawą świetlną czerwienią, Banton uderza w organy, Evans zaczyna ten dziwny motyw perkusyjny... "Gog" czyli opowieść o piekle. Hammill, niskim, posępnym i charczącym głosem wyśpiewuje 2 zwrotki, z których każda kończy się cynicznym: "Czy nie przyszłabyś/przypełzłabyś do mnie i kochała się ze mną przez jeszcze jeden dzień/jedną noc?", a potem mamy dźwiękowe piekło na ziemi - co ci trzej starsi panowie wyczyniają? Istna kakofonia, po której słuchacz i widz zostają dosłownie zmiażdżeni, Evans prawie masakruje perkusję, Banton uderza tak karkołomnie w klawisze, że w pewnym momencie jakby się pogubił, a Hammill gra swoje nieprawdopodobne, dziwaczne dźwięki na gitarze jak natchniony - jest nawet zbliżenie jego twarzy - wygląda jakby był w ekstazie! Ufff. I nawet ewidentne spojrzenia panów na siebie kiedy kończyć i wracać do normalnej części "Goga" nie mogą zmienić mojej opinii o tym utworze - to najlepsza rzecz jaką kiedykolwiek Hammill napisał. Obiektywnie muszę dodać, że Hammill nie zawsze pamiętał słowa swoich piosenek - chociaż zerkanie na kartki 60-latkowi (dość komicznie wygląda to przy powadze "Goga"!) - który ma w swoim repertuarze koncertowym (solo i z VDGG) na dzień dzisiejszy około 80 piosenek - na pewno ujmy nie przynosi.

    "Wello, wello" zawodzi Hammill i Banton rozpoczyna "Meurglys III", utwór o samotności, niemocy twórczej i... gitarze. To chyba jedyna w całej dyskografii VDGG piosenka, o której śmiało można powiedzieć, że gitara jest tu instrumentem prowadzącym, rzeczywiście Hammill od razu wysuwa się na plan pierwszy i gra dość trudne fragmenty jakby nigdy nic, koledzy właściwie tylko mu akompaniują, nieznacznie udziwniając utwór - a to szybszym tempem, a to rytmem reagee, jednakże nigdy zbytnio nie przekraczając pewnej granicy. Długi bo ponad 15-minutowy (ale i tak krótszy o 5 minut niż oryginał) "Meurglys III" kończy się wreszcie porządną choć jak zwykle "przybrudzoną" solówką na gitarze, a sam Hammill bawi się swoją grą. Po chwili oddechu i owacji, zespół wraca do swojej klasyki - "Sleepwalkers", "Man-Erg" i na bis "Scorched Earth". W "Lunatykach" jest nawet charakterystyczny taniec Hammilla podczas tej trochę śmiesznej melodii (cha-cha czy bosanova?), w "Man-Erg" mamy efektowne, wymienne partie organowo-fortepianowe, zmiany tempa i dziką szaleńczą jazdę sfuzowanych organów. Sam bis jest trochę nijaki (w Krakowie zagrali "Refugees" i uważam, że to był lepszy wybór), wykonanie również takie sobie.

    Chciałoby się więcej i więcej. Jednak czas jest nieubłagany. 11 utworów, często długich i pogmatwanych to dla widza i słuchacza wyborna uczta. Dość powiedzieć, że na tej trasie grali 20 różnych utworów - więc warto by obejrzeć kilka koncertów (polecam koncert z "Umbertide 22.07.2007" gdzie bisem było "Still Life").

    Dla jednych ten koncert może być niestrawny z powodu braku Davida Jacksona i jego witrozerskiej gry na saksofonie i wielu innych instrumentach dętych. Dla mnie jest to naturalna kolej rzeczy - ktoś odszedł, my gramy swoje i nie patrzymy wstecz. Do tego nowego VDGG trzeba się po prostu przyzwyczaić. Widziałem bardzo podobny koncert w Krakowie - z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to nadal jest VDGG, że Hammill jest w wybornej formie wokalnej, że Banton i Evans mimo swojego wieku są nadal wspaniałymi instrumentalistami.

    Z obowiązku dodam, że wydanie tego DVD raczej skromne - żadnej książeczki czy nawet wkładki, z dodatków mamy tylko wywiad z Hammillem z 2009 roku, który jednak tak naprawdę nic nowego nie wnosi, a brak polskich napisów nie pomaga.

    Ocena - za sam koncert 5, za oprawę wydawniczą 3. Czyli średnia 4.

    Michał Seemann

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version