ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Frequency Drift
Letters To Maro
(2018, album studyjny)

01. Dear Maro - 6:22
02. Underground - 5:02
03. Electricity - 4:52
04. Deprivation - 3:35
05. Neon - 6:09
06. Izanami - 5:09
07. Nine - 6:10
08. Escalator - 4:26
09. Sleep Paralysis - 6:03
10. Who's Master? - 9:16
11. Ghosts When It Rains - 3:05


 Czas całkowity - 1:00:09



- Irini Alexia - wokal
- Andreas Hack - instrumenty klawiszowe, gitara basowa, gitara, mandolina
- Nerissa Schwarz - harfa elektryczna, Mellotron, instrumenty klawiszowe
- Wolfgang Ostermann - perkusja
oraz:
- Michael Bauer - gitara (1,10)


 


 

Inne albumy wykonawcy: « Last

1 recenzja

  • Link do recenzji Gabriel Koleński niedziela, 01 lipiec 2018 14:05 napisane przez Gabriel Koleński

    Gdy na łamach naszego serwisu pojawia się recenzja płyty jakiegoś niemieckiego zespołu, prawie pewne jest, że będzie to przedstawiciel wytwórni Progressive Promotions. A gdy dodatkowo w składzie figuruje wokalistka, to już wiadomo, że ryzykujemy nudnawym rockiem neoprogresywnym. Skucha na każdym polu! Po pierwsze, mamy do czynienia z wydawnictwem Gentle Art Of Music, po drugie to nie do końca jest neoprog, a jeśli już to niesztampowy. Z kolei wokalistka Irini Alexa jest jednym z najmocniejszych punktów tego albumu.
    „Letters to Maro” to siódme dzieło w dorobku niemieckiego Frequency Drift (jeśli dwuczęściowy „Personal Effects” uznamy za jedną całość). Przyznam szczerze, że niestety wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z dorobkiem tej formacji, dlatego nowy album opiszę na świeżo, bez porównań i odniesień do przeszłości. Nawet dobrze się składa, ponieważ „Letters to Maro” to w pewnym sensie otwarcie nowego rozdziału w historii Frequency Drift. W składzie grupy pojawiła się nowa wokalistka i autorka tekstów, wspomniana już wcześniej Irini Alexa. Tak naprawdę, to ona stanowi epicentrum wszystkiego co najlepsze na tym albumie. To śpiew, teksty, zdolność interpretacji i osobowość Irini wysuwają się na pierwszy plan. Wokalistka dysponuje mocnym głosem, który moduluje i dostosowuje do nastroju danego utworu. Akurat w tym przypadku nie jest to trudne, ponieważ większość kompozycji utrzymana jest w podobnym, melancholijnym klimacie. Nie mniej, zdarzają się wyjątki, jak przebojowy „Electricity”, czy dramatyczny „Who’s Master?”. Tak już musi być, gdy śpiewa się opowieści o stracie i nieodwracalności.
    Oczywiście historia to nie wszystko, musi ona być obudowana odpowiednią muzyką. Uważam, że pod tym względem jest troszeczkę nierówno. Właściwie wszystkie utwory zostały bogato zaaranżowane, ale nie wszystkie trzymają w napięciu w tym samym stopniu. Album doskonale się zaczyna, „Dear Maro” i „Underground” wprowadzają w odpowiedni nastrój, „Electricity” to potencjalny przebój, nic dziwnego, że został wykorzystany do celów promocyjnych (polecam teledysk). Niestety, środek albumu to utwory, które brzmią przyjemnie, łagodnie płyną sobie w przestrzeni, ale nie zostają w głowie i nic z nich nie wynika. Nie pomogą nawet elektryczna harfa i organy, choć historia „Nine” przyciąga, zwłaszcza końcowy fragment o zabiciu dziewczyny. Na szczęście „Escalator” i „Sleep Paralysis” ponownie podnoszą ciśnienie, pierwszy głównie za sprawą partii wokalnych, drugi dzięki wieńczącej utwór wstawce elektronicznej. Najwyższa forma powraca jednak w najdłuższym w tym zestawie „Who’s Master?”. To ponad 9 minut muzyki, która trzyma w napięciu i zmienia swój nastrój jak w kalejdoskopie. Końcowa, szybka partia śpiewającej w oszalały sposób wokalistki robi ogromne wrażenie i zapada w pamięć. Takich momentów powinno być na tym albumie zdecydowanie więcej! Zamykający krążek „Ghosts When It Rains” to instrumentalna miniatura, która pozwala ochłonąć i wrócić do rzeczywistości.
    „Letters to Maro” to dość ciekawa propozycja, niestety oryginalna koncepcja moim zdaniem nie do końca wypaliła. Stworzenie albumu, który będzie ścieżką dźwiękową do opowiadanej w tekstach historii, z elementami kinematograficznymi (tak jest to wydawnictwo promowane) brzmi intrygująco, ale obawiam się, że mamy tu do czynienia ze zmarnowanym potencjałem. Wystarczyłoby więcej dynamiki, energii i przebojowości w środkowej części albumu i otrzymalibyśmy genialny materiał. Frequency Drift pokazuje na swojej najnowszej odsłonie duże umiejętności i styl, ale jeszcze trochę brakuje do zawojowania świata. Nie mniej, trzymam kciuki i postaram się zapoznać z poprzednimi propozycjami zespołu.
    Gabriel „Gonzo” Koleński

Zaloguj się, by dodać recenzję

© Copyright 2007- 2019 - ProgRock.org.pl
12 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version