ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Tempest
The Double-Cross
(2006, album studyjny)

1. Captain Kid (4:24)
2. Slippery Slide (3:04)
3. Hangman (4:47)
4. Black Eddy (5:28)
5. Whoever You Are (4:10)
6. Vision Quest (5:40)
7. Per Spelmann (3:49)
8. Cabar Feidh (3:12)
9. Eppy Moray (5:34)
10. Wizard's Walk (12:44)

   Czas całkowity: 52:53

Bonus - video "Making of "The Double Cross"
Lief Sorbye: lead vocals, mandolins, octave mandolas, harmonica, flute, bodhran, tambourine
Adolfo Lazo: drums
Michael Mullen: fiddle, viola, harmony vocals
Ronan Carroll: guitars, harmony vocals
Ariane Cap: bass, harmony vocals

Guests:
Robert Berry: keyboards Wicked Tinkers
Aaron Shaw: bagpipes
Warren Casey: tapan
Keith Jones: snare drum, djembe
Jay Atwood: didgeridoo
Wyświetlony 3039 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Paweł Tryba niedziela, 21 marzec 2010 23:42 napisane przez Paweł Tryba

    Na pewno każdy z Was ma sentyment do jakiejś kapeli, na której płyty czeka z wypiekami, choć dokładnie wie co dostanie. Czy od takiego Motorhead albo AC/DC oczekujemy ewolucji? Uchowaj Boże! Tak samo ma się rzecz z amerykańskim Tempest. Nie znam ich dyskografii na wylot, ale wszystkie płyty, które słyszałem, powielają tę samą formułę - i bardzo dobrze!

    Muzyka Tempest jak żadna inna zasługuje na miano celtyckiego rocka - to świetnie sporządzony amalgamat folku Starego Kontynentu (przede wszystkim irlandzkiego, ale też szkockiego i skandynawskiego) i brzmień, jakich nie powstydziliby się naprawdę sprawni hard rockowcy. Nie ma tu żadnych dysonansów - skrzypce, bodhran i dudy bardzo naturalnie współbrzmią z mocnymi riffami. Żeby było jasne - Tempest nie ma nic wspólnego z hordami pierwotnych ludzi, którzy ostatnio opuścili leśne siedliska by grać folk metal. To nie ta liga. Tempest to raczej minstrele. Ale nie w galerii. W tawernie. Okładka 'The Double-Cross' zaszczepia mi w głowie taką właśnie wizję powstania kapeli. Gdzieś w tawernie na końcu świata spotkało się kilku grajków z najrozmaitszych krajów i zmontowali razem świetny skład. Tempest jest bowiem ekipą międzynarodową, która w USA tylko stacjonuje. Szef całego przedsięwzięcia, wokalista i gitarzysta (etnicznych instrumentów nie liczę) Lief Sorbye pochodzi z Norwegii, perkusista Adolfo Lazo (jedyny oprócz Sorbye muzyk, który ostał się z oryginalnego składu sprzed dwudziestu lat) - z Kuby. Szkoda, że występująca na 'Double-Cross' urocza basistka Ariane Cap (Austriaczka dla odmiany) już w zespole nie występuje. Sami więc widzicie - Tempest gra muzykę ponad podziałami!

    Modus operandi zespołu jest dość prosty - piosenka, instrumental, piosenka, znowu instrumental itd. Jeśli ktoś nie jest znawcą tematu - nijak nie połapie się które melodie są starodawne, a które wyszły spod ręki Sorbye. Wszystkie piosenki łączy wielka chwytliwość. Utwory instrumentalne to z kolei najczęściej medley kilku tradycyjnych melodii z całej Europy, choć nie tylko. W najdłuższym, najbardziej szalonym 'Wizard's Walk' skrzypek Michael Mullen wtrącił fragment jednego z koncertów skrzypcowych Bacha. Zespół pozwala sobie na nienachalne ingerencje w materiał źródłowy, np. w 'Cabar Feidh', gdzie w tle szkockiej, granej przez duet dudziarzy pieśni, pojawia się didgeridoo. Aborygeni w średniowiecznej Szkocji? Raczej wątpliwe!
    A mimo takiej mnogości wpływów wszystko na 'Double-Cross' brzmi spójnie. Czy to szanta o stosownym tytule 'Captain Kidd', szkocka ballada 'Eppy Morray' czy najbardziej wygładzone w całym zestawie 'Whoever You Are' (ten flirt z popem wybacza się zespołowi, kiedy tylko wchodzi fantastyczne solo harmonijki ustnej).
    A całość zagrana jest z luzem, polotem i wielką energią. Taką radosną, optymistyczną energią, jaką może dać tylko folk - muzyka, która wyrosła w łączności z naturą, z pierwotnymi rytmami ludzkiego życia.

    Lief Sorbye jest wymarzonym do tej konwencji wokalistą. Dostał do zaśpiewania konkretne historie - więc opowiada głosem. Ale też nie popada w przesadną emfazę, co dobrze służy płynności utworu. Jego interpretacje są tyleż emocjonalne, co szlachetnie oszczędne. No i nie można się nie uśmiechnąć słuchając tekstów - o piracie z Bostonu, o skazańcu w ostatniej chwili uratowanym od egzekucji przez kochankę czy chłopcu z magiczną fujarką (choć akurat ten utwór Sorbye śpiewa po norwesku, treści można się dowiedzieć tylko z książeczki). Wszystko to jednak blednie przy 'Eppy Morray' - opowieści o hożej dziewoi porwanej w celach matrymonialnych przez niejakiego Willy'ego i jego dwudziestu czterech kolegów, która tak opierała się podczas nocy poślubnej, że małżonek odesłał ją do domu. Feministkom proponuję śpiewanie 'Eppy...' na manifach!

    Miłym dodatkiem jest dołączone do płyty video z pracy nad płytą. Lief opowiada o genezie tekstów, tłumaczy jak zbiera utwory, komplementuje producenta - w sumie normalka. Ale nie są już normalką koncertowe przebitki, w których zespół prezentuje się naprawdę energetycznie. Szczególnie cieszą oko pląsy Michaela Mullena, któremu w grze na skrzypcach nie przeszkadza szerokie rondo kapelusza.

    Daję piątkę! Wiem, że do pewnego stopnia to muzyka użytkowa, ale chce mi się jej używać bardzo często.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version