A+ A A-

Starlight Dancer

Oceń ten artykuł
(10 głosów)
(1977, album studyjny)
1. Daughter or son (3:38)
2. Starlight dancer (4:59)
3. Want you to be mine (3:38)
4. Letdown (2:49)
5. Irene (4:24)
6. Golddust (2:39)
7. May (4:42)
8. Turn the tide (3:36)
9. Dead bird flies forever (4:18)
10. Sweet revenge (3:33)
11. Where do we go from here? (4:40)

Czas całkowity: 42:56
- Ton Scherpenzeel ( pianos, synthesizer, organ, harpsichord, vocals )
- Charles Louis Schouten ( drums, percussion, marimba, vocals )
- Johan Slager ( guitars, vocals )
- Max Werner ( Mellotrons, percussion, vocals )
- Theo de Jong ( bass guitar )

oraz:
- Fred Leeflang - soprano saxophone (5)
- Rick van der Linden - Yamaha GX1 synthesizer (6)
Więcej w tej kategorii: Phantom Of The Night »

1 komentarz

  • Michał Jurek

    [i]'Starlight Dancer'[/i] to piąty w dorobku album holenderskiej grupy o wdzięcznej nazwie [b]Kayak[/b], najbardziej znanej z tego, że jednym z jej współzałożycieli jest niejaki Ton Scherpenzeel, szerszej publiczności znany z występów w grupie Camel. Płyta wprowadziła trochę zamieszania w życie progrockowców, a to głównie z tego powodu, że ukazała się w Europie i USA z odmiennym zestawem utworów: amerykańska wersja była w istocie kompilacją dwóch płyt, czyli [i]'The Last Encore'[/i] i [i]'Starlight Dancer'[/i] właśnie. A żeby było jeszcze śmieszniej, to ta nieszczęsna amerykańska wersja miała okładkę wziętą, a jakżeby inaczej, z płyty 'The Last Encore'. Ale to pewnie dlatego, że wydawcą płyty w USA była wytwórnia, nomen omen, Janus Records ;-)
    Ale ad rem. Jaki jest ten 'Tańczący z księżycem' ;-)? No cóż, nie da się ukryć, że Kayak hołdował raczej lżejszej odmianie rocka progresywnego. Nagrania nie przekraczają 5 minut, a o jakichś rozbudowanych suitach możemy zapomnieć. Na płycie dominują przede wszystkim brzmienia klawiszowe, gitary jest bardzo mało (ale o tym jeszcze słówko później).
    Otwieraczem jest piosenka z dość zabawnym tekstem dla przyszłych rodziców: co wolisz? córkę czy syna? Bardzo przyjemne, zwłaszcza pod koniec, gdy kumulują się chórki. Tytułowy [i]'Tancerz'[/i] zaczyna się dość spokojnie, ale później zespół pokazuje, że z rozmachem symfonicznym też może zagrać. Z tym, że to raczej taki półrozmach. Niby jest orkiestrowo, ale w gruncie rzeczy dość spokojnie. Pan Werner ma jednak okazję wykazać się wokalnie i wychodzi z tej próby obronną ręką (ciekawostką jest jednak, że to była na jakiś czas ostatnia płyta z Maxem Wernerem jako wokalistą; ponoć pan się znudził śpiewaniem i zdecydował, że zasiądzie za bębnami). Na koniec nagrania dostajemy też ładną partię gitary. Potem robi się nieco słabiej. [i]'Want You To Be Mine'[/i] ze stylizacją na dęciaki nie zachwyca, a i tekst dość błahy. Podobnie nieprzekonujące jest [i]'Letdown'[/i]: niemalże wodewilowe wstawki jakoś mi nie podchodzą. Warto jednak zwrócić uwagę na przepiękne instrumentalne [i]'Irene'[/i] ze wspaniałą partią instrumentów klawiszowych pana Scherpenzeela i schowaną (niestety) gitarą w tle. Następne [i]'Golddust'[/i] też jest całkiem niezłe, fajnie zaśpiewane (falsety w chórkach), z pulsującą partia fortepianu, sympatyczną klawesynową stylizacją i niezłą solówką gitarową. [i]'May'[/i] też nie przeszkadza, całkiem to ładna ballada typu pościelowego, ale te słowa... Oklepane jak polepa w wiejskiej chacie. Nie przekonuje mnie również kolejne [i]'Turn the Tide'[/i]: to takie standardowe granie spod znaku adult oriented music. Można posłuchać, wlatuje jednym uchem, a drugim wylatuje. Ale dość zrzędzenia, bo oto na płycie robi się pięknie. [i]'Dead Bird Flies Forever'[/i] zaczyna się wspaniałą i gęstą grą na fortepianie, a potem urzeka efektami syntezatorowymi. A na tle tego wszystkiego pan Weber snuje opowieść, która jako żywo przypomina mi fragment pewnego skeczu ( - brał pan udział w seansach spirytuali... spirytysty... cznych? - o, wiele razy!). Podobać się może również dynamiczne [i]'Sweet Revenge'[/i]: nareszcie trochę żywszej perkusji i nieco agresywniejszy śpiew wokalisty: 'he'll be back in the night taking sweet revenge!'. No i wreszcie następuje ostatnie na płycie, i najlepsze, [i]'Where Do We Go From Here'[/i]. Prawdziwa kayakowa perła, ze stylizowanym na akordeonowy wstępem, przepięknie zagrana na fortepianie i melotronie, okraszona melancholijnym tekstem.
    Kayak to nie jest zespół z pierwszej progresywnej ligi. Słuchając [i]'Starlight Dancer'[/i] w zasadzie nie ma się co temu dziwić. Płyta jest przyjemna, ale jakichś specjalnych uniesień, z małymi wyjątkami, u odbiorców nie powoduje. Nie jest też jakoś szczególnie oryginalna, podczas słuchania nieodparcie nasuwają się porównania z The Alan Parsons Project lub choćby z Danem Fogelbergiem. Miałem pewne rozterki, jak ją ocenić, ale za 'Irene' i 'Where Do We Go From Here':
    4/5
    I uwaga na koniec. Nabyłem tegoroczne wydanie tej płyty, na której widnieje 'original 1977 album'. Wynikałoby z tego, że jest to oryginalny miks z 1977 roku. Ale ja pamiętam inny miks [i]'Where Do We Go From Here'[/i], ponoć też pochodzący z płyty 'Starlight Dancer'. Gdy jakieś 10 lat temu nagrywałem tę piosenkę z radia, urzekła mnie przede wszystkim świetna solówka gitarowa, której na wydaniu z 2010 roku w ogóle nie słychać (nawet na słuchawkach gitara plumka już nawet nie na drugim, ale wręcz trzecim planie). Ot, zagadka...

    Michał Jurek sobota, 14, sierpień 2010 16:28 Link do komentarza
Zaloguj się, by skomentować

Recenzje Art Rock

Komentarze

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.