ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Perpetual Escape
Into My Dreams
(2016, album studyjny)

Into My Dreams
Oceń ten artykuł
(3 głosów)

01. Wisdom Of A Child - 2:44
02. Sin Six - 3:29
03. Outer Heaven - 5:43
04. These Days - 5:26
05. Roots Of Mankind - 5:26
06. The Tale Of The Lost Souls - 4:31
07. You Are The One - 4:07
08. Duty & Memories - 5:32
09. Into My Dreams 17:36
   . Part 1: A Place To Rest
   . Part 2: The Child And Cage
   . Part 3: The Twilight Of All Things
   . Part 4: The Jaws Of Evil
   . Part 5: Resurgence


Czas całkowity - 54:35



- Laurent Weiss - wokal, gitara
- Anaïs Sieffert - wokal
- Greg de Frutos - gitara, gitara akustyczna
- Julien Obergfell - gitara basowa
- Florian Millot - perkusja, instrumenty klawiszowe
oraz:
- Audrey George - dodatkowy wokal
- Antonine Schaeffer - instrumenty klawiszowe (9), dodatkowy wokal


 

Wyświetlony 4472 razy

Media

Inne albumy wykonawcy: « In Search Of Light

1 komentarz

  • Link do komentarza Gabriel Koleński poniedziałek, 28 listopad 2016 22:06 napisane przez Gabriel Koleński

    Perpetual Escape pochodzi z Francji, istnieje od kilku lat, ma na swoim koncie dwie epki i jeden album długogrający, recenzowany tu „Into my dreams”, ma jeszcze dwoje wokalistów (jedna pani i jeden pan) i duże ambicje. Brzmi ciekawie? Słusznie.
    Pełnometrażowy debiut francuskiego zespołu przynosi prawie godzinną porcję muzyki, którą sami zainteresowani określają jako „progressive heavy rock” i…ciężko się z tym nie zgodzić. Rzadko się zdarza, żeby muzycy aż tak trafnie określali swoją muzykę. Twórczość Perpetual Escape oparta jest na mocnej i wyraźnej sekcji rytmicznej, nawet w tych łagodniejszych partiach, ciężkich gitarowych riffach („Sin six”, „Outer heaven”, „Roots of mankind”) i dwugłosie wokalistów: Anais Sieffert (pani) i Laurent Weiss (pan).
    Zacznę od rzeczy, które mniej mi pasują, by potem pisać już tylko o pozytywach. Brzmienie albumu mogłoby być troszeczkę lepsze. Gitarzyści naprawdę ostro grzeją, perkusista też nie żałuje, ale nie do końca to słychać. Brakuje większej głębi i selektywności, brzmienie jest trochę stłumione, ugrzecznione, a aż prosi się żeby wyrywało z butów. Myślę, że na koncertach Francuzów może być całkiem konkretny ogień, szkoda że nie słychać tego na płycie.
    Wokale damsko-męskie w muzyce rockowej są już nieco oklepane, ale w takiej stylistyce nawet się sprawdzają. Głosów samych w sobie nie chcę krytykować, ale pani Anais mogłaby szczyptę lepiej śpiewać po angielsku.
    Ostatnia rzecz, do której można się przyczepić, to wkradający się momentami do muzyki Perpetual Escape banał, przy czym uważam, że mamy tu do czynienia z banałem negatywnym i pozytywnym (nie, nie pytam czy coś takiego w ogóle istnieje, tylko bezczelnie stwierdzam fakt). Negatywny zdarza się w tekstach (np. refren „Roots of mankind”, czy prawie cały „You are the one”), pozytywny w przesłodzonych, ale nie mniej uroczych melodiach (znowu „You are the one”, w którym już sam tytuł aż prosi się o zniewagę, ale utwór naprawdę się broni).
    Żeby nikt mi nie zarzucił, że zrobiłem beczkę dziegciu, dodam przynajmniej kufel miodu (może być, że pitnego). Przyznaję, że zespół ma dużo talentów stricte muzycznych: do tworzenia ładnych i przystępnych melodii, a „Sin six” i „The tale of the lost souls” to szczyty przebojowości, te kawałki spokojnie mogłyby być grane przez stacje radiowe, nawet jeśli tylko te rockowe, może nawet lepiej. Zdecydowanie chciałbym pochwalić również pracę gitarzystów, podoba mi się wszystko co robią: mocarne riffy, ciekawe i zróżnicowane solówki, różne smaczki i melodie, brawo! Przy „Dust and memories” głowa sama chce by nią machać, ech, by jeszcze tych włosów było na niej nieco więcej. Kolejna rzecz to energia i pewna wszechstronność, w obrębie gatunku rzecz jasna. Poza dźwiękami mocno kierującymi zespół w stronę szufladki z napisem „hard rock/post grunge”, pani i panowie potrafią zdobyć się również na większy rozmach i stworzyć potężnego, rozbudowanego kolosa takiego jak pięcioczęściowy utwór tytułowy, który wieńczy album.
    Niby nie ma tu odkrycia Ameryki, ale „Into my dreams” po prostu bardzo dobrze się słucha. Nie udało się uniknąć kilku błędów, ale osobiście widzę w tym zespole spory potencjał i gdyby dopracowali niektóre szczegóły, to kto wie, następny album może być petardą. Póki co otrzymujemy solidną pozycję z bardzo ładną okładką (nie ukrywam, że bardzo w moim stylu) stylizowaną na starą fotografię, z dodatkiem kilku mrocznych cieni i zapewniam, że wygląda to dużo lepiej niż w moim opisie.
    Mocno trzymam kciuki i mimo wszystko polecam.
    Gabriel „Gonzo” Koleński

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version