ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

SpectAmentia
Aftereality
(2014, album studyjny)

1. Glasgow-Smile Merry Man
2. Hope You Don’t Mind
3. Last Day of My Life
4. Aftereality
5. Close Your Eyes
6. Lazarus
7. Klondike Blues
8. Bezsenność
9. Sacred Romance
10. Hypernova

Czas całkowity: 55 min


Paulina Kowalska – vocals
Wojtek Piłat- guitars
Jagdpanther - bass
Tomasz Zień - piano/hammonds
Konrad Górski – drums


Nagrania – Czarek Socha i SpectAmentiA
Mix – Tomek Łuksza (Blueberry Studio)
Master – Erik Broheden, Masters of Audio, Sztokholm, Szwecja

Wyświetlony 3617 razy
Inne albumy wykonawcy: « Promo 2010

2 komentarzy

  • Link do komentarza Łukasz 'Geralt' Jakubiak czwartek, 24 lipiec 2014 16:50 napisane przez Łukasz 'Geralt' Jakubiak

    Czy zastanawialiście się kiedyś jakby zabrzmiał Symphony X urozmaicony organami Hammonda, a na wokalu zamiast Sir Russella Allena pojawiłaby się kobieta? Ciężko to sobie wyobrazić, prawda? Warszawska grupa SpectAmentiA stara się nam to zobrazować na swoim debiutanckim krążku.

    Muzycy czerpią garściami zarówno z rockowego, jak i metalowego kanonu i w tym miejscu wypada im pogratulować odwagi, bo nie lada sztuką jest połączyć kilka muzycznych płaszczyzn w osobliwą całość. Na „Aftereality” nie brakuje klawiszowo-gitarowych popisów, chwytliwych melodii, czy bardziej melancholijnych fragmentów. Ich styl przywodzi na myśl dokonania norweskiego Triosphere z domieszką rockowego zacięcia. Co z tego wynikło?

    Płyta jako całość nie do końca się broni, ale mimo wszystko posiada kilka naprawdę dobrych fragmentów. Warto pochwalić instrumentalną stronę krążka. Klawiszowe ewolucje Tomasza Zienia robią ogromne wrażenie (szczególnie na „Glasgow-Smile Merry Man” i „Aftereality”), tak samo jak gitarowe popisy Wojciecha Piłata (szalona sekcja na „Hope You Don’t Mind”). Poza tym, panowie całkiem nieźle radzą sobie w spokojniejszej odsłonie, co doskonale słychać na „Last Day Of My Life” czy „Close Your Eyes”. Tyle pochwał, więc gdzie leży problem? Głównie w wokalu Pauliny Kowalskiej. Pierwszym mankamentem jest jej angielski akcent, który znacząco wpływa na negatywny odbiór albumu. Wokalistka ma ogromny problem z artykulacją i chwilami brzmi bardzo niezrozumiale (refren na „Hope You Don’t Mind”). Poza tym w jej głosie nie ma charyzmy i naprawdę ciężko jej się przebić przez sekcję instrumentalną (nawet na polskojęzycznej „Bezsenności”). Kolejny problem płyty to jej kompozycyjny chaos. Z jednej strony mamy metalowe wyścigówki, a z drugiej rockowe przeboje. Nijak ma się to do siebie, tym bardziej że takie przeskakiwanie między stylami w trakcie utworu burzy jego przestrzeń. Nie oznacza to jednak, że „Aftereality” nie posiada kilku perełek i naprawdę sporo zyskuje w końcowych fragmentach. Spokojny wstęp do „Klondike Blues” przypomina „The Accolade” Symphony X, ale w dalszej części niespodziewanie przeradza się w rockowe szaleństwo w klimacie Deep Purple. Nieco metalowej symfonii znajdziemy też na „Sacred Romance”, gdzie prym wiodą znakomite partie solowe (organy Hammonda robią swoje). Całość dopełnia mój faworyt, czyli „Hypernova”, w którym znacznie więcej ma do powiedzenia sekcja rytmiczna, a sam kawałek – jako jeden z niewielu – znakomicie buduje przestrzeń.

    „Aftereality” nie jest złym albumem, ale zdecydowanie brak mu odpowiedniego dopięcia i kompozycyjnej płynności. Pomysł wydał się naprawdę niezły, muzycy to techniczni wymiatacze, a kilka utworów wybija się ponad przeciętność. Te walory można było znacznie lepiej wykorzystać. SpectAmentiA ma ogromny potencjał twórczy, ale grupa musi jeszcze popracować nad skonkretyzowaniem swojego stylu. Na pocieszenie powiem, że jest to jeden z głównych mankamentów wielu debiutów. Poza tym, pomyślałbym też nad zmianą wokalistki. W jej głosie nie czuć charyzmy i – przynajmniej w moim odczuciu – jej interpretacje nie do końca pasują do tego co dzieje się w sekcji instrumentalnej. Za dużo w tym chaosu, a za mało mocy.

    Jak to mawiał Stephen King: „O pracy na trójkę mogę powiedzieć bardzo dużo (…)” i sam też, pod tym względem, nie mogłem się powstrzymać. „Aftereality” jest poprawnym wydawnictwem, z którego można wyciągnąć wiele pozytywów, ale niestety nie są w stanie zakryć innych poważnych mankamentów. Nie oznacza to jednak, że w przyszłości nie można tego zmienić. Czekam zatem na kolejne „prace” spod szyldu SpectAmentii.

    3/5

  • Link do komentarza Paweł Caniboł środa, 28 maj 2014 12:23 napisane przez Paweł Caniboł

    Potrzebowałem paru dni żeby dobrze wsłuchać się w materiał i rzetelnie go ocenić. Nie ukrywam, że proponowane na oficjalnej stronie zespołu utwory promujące tę płytę wywołały we mnie wyłącznie pozytywne emocje. Nie inaczej było w momencie kiedy to przyszło mi zderzyć się z zespołem praktycznie „twarzą w twarz”, a chodzi mi o korespondencję Nimi. Wszystko w miłej atmosferze, więc z sympatią podchodziłem do tematu, w myślach nakazując sobie powściągliwość i rzetelną, obiektywną krytykę albumu.

    Po przesłuchaniu całości postanowiłem… Włączyć płytę jeszcze raz (co chyba jest dobrym znakiem). O dziwo włączyłem ją później jeszcze kilkakrotnie i totalnie nie mogłem znaleźć słabych punktów do których chętnie bym się przyczepił i z zadowoloną miną skreślił parę słów na temat niedociągnięć, które lubię wynajdywać. Nie mówię, że takowych nie ma, ale ostatecznie patrzę na elegancko wydany album, a słucham elegancko nagranego materiału i… Tylko się uśmiecham. Można? Można!

    OK, najpierw troszkę o wizualnej stronie albumu. Okładka przedstawia futurystyczną wizję życia na obcej planecie, wszystko ładnie. Książeczka nie wybijająca się szczególnymi cechami, ale zawiera to, co powinna, czyli są teksty utworów, jest skład zespołu i ekipy pracującej przy nagraniach, są podziękowania itp. (jest też mały, śmieszny błąd dot. języka angielskiego ;) ). Tutaj nie ma się specjalnie do czego przyczepić, a to właśnie stało się moją obsesją – szukam wpadek!

    Zespół zarzeka się i obiecuje, że jest oryginalny, że nikt nie gra takiej muzyki jak właśnie oni. Przynajmniej nad Wisłą. Szczególną zaletą mają być solówki, które, i tu się zgadzam w zupełności, są ostatnimi laty rzadkością. No ale dobra – pomyślałem – są/były w Polsce zespoły z damskim wokalem, grające dobrą muzykę, głównie art rockową (np. Moonlight, Quidam czy ostatnio wybijająca się grupa Milczenie Owiec), ale mogę ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że tak - czegoś takiego jeszcze u nas nie słyszałem. Przy okazji szacunek należy się SpectAmentii za fakt, że nie idą w stronę popularności poprzez produkcję hitów, które mogłyby idealnie sprzedawać się w radio i wędrować na listy przebojów prowadzonych przez co „ambitniejsze” rozgłośnie radiowe. Brną za to w ciekawą muzykę z pogranicza progrocka i są z tego dumni. Szczerze mówiąc są jednak dość przebojowi jak na ten gatunek przystało i co bardziej konserwatywnym zwolennikom progrocka owa płyta może nie podejść w stu procentach.

    Muzyka, którą dostajemy jest dobra. Ciekawe stwierdzenie, co? Ale faktycznie jest tu czego posłuchać. Przede wszystkim słuchacz nie ma prawa poczuć się znużony, gdyż kolejne rozwiązania (mam na myśli liczne, często zmieniające się motywy, doskonałą melodyjność, dobry wokal, zmiany nastrojów, niebanalne rytmy i wirtuozerskie solówki) są po prostu ciekawe. Z niedowierzaniem czasem słuchałem pewnych fragmentów, gdyż próbowałem w głowie rozpisać tę muzykę i podzielić ją na pięcioro członków zespołu – zdarzało się, że zabrakło mi przynajmniej jednej osoby do tych licznych ścieżek nakładających się na siebie w tym samym czasie.

    Chciałem najwięcej czasu poświęcić właśnie solówkom. Jako gitarzysta mimowolnie zwracam na nie szczególną uwagę, a tych nie da się nie zauważyć. Brawa dla Wojciecha Piłata, gdyż ten pan wie do czego gitara służy. Godne uwagi solówki pojawiają się w każdym utworze, ale zdecydowanie urzekł mnie „pojedynek instrumentów”, gdzie gitara „walczy” z keyboardem przeplatając się wzajemnie efektownymi, krótkimi wejściami. Takie cudo możemy usłyszeć w pozycji nr 6 na płycie – utworze „Lazarus”. Da się odczuć wirtuozerię nie tylko w gitarowym wydaniu, ale również w motywach granych na syntezatorze. Z resztą pojawiła się też prawie-solówka basowa w tytułowym utworze - „Aftereality”. Szkoda jednak, że nie została przedłużona, bo zamyka się w paru taktach, a sama w sobie już jest sporą atrakcją.

    Wspomniany wyżej gitarzysta jest również twórcą wszystkich tekstów na krążku. A one prezentują całkiem niezły poziom. Zwykle są to teksty anglojęzyczne, jest jednak mała perełka, jeden z moich ulubionych utworów – śpiewana w języku polskim ballada o tytule „Bezsenność”. Z resztą moim ulubionym powiedzeniem zawsze było stwierdzenie: „chcesz sprawdzić czy zespół jest dobry? Posłuchaj jego ballad!” W tym wypadku cała robota jest idealnie wykonana. Ballady - ich liryczność, głębia i przesłanie - wydają się tak poruszające, że na mój gust pretendują do zestawienia ich w jednej rubryce z przodownikami polskiej liryki muzycznej (mam nadzieję, że zostanę tu dobrze zrozumiany). No i ta „śpiewająca” gitara w „Last Day of my Life”, która przechodzi w nadświetlną szybkość i zabija wręcz ilością uderzeń na sekundę (nie, gościnnie nie wystąpił tam J. Petrucci) - to jest to, co tygryski lubią najbardziej!

    Muzyka nie jest iście progresywna, choć bardziej na tak, niż na nie. Zakrawa nieco o hard rock, rzadziej o heavy. Czasem jest energetyczna, czasem uspokaja się i czaruje klimatem. Wszystko - zgodnie z obietnicą zespołu – jest tutaj na swoim miejscu. Proszę się przyznać, Dream Theater w kapeli jest lubiane, co? Moim zdaniem widać podobieństwa, ale mimo wszystko też znaczne różnice. Innymi słowy – dla każdego coś dobrego!

    Wokal, bo jeszcze o nim nic nie napisałem, jest dojrzały – ta pani wie co to śpiewanie i robi to świetnie zarówno w naszym ojczystym języku, jak i w obcym (choć tu może z drobnymi dysonansami akcentowymi). Brawa jednak dla Pauliny Kowalskiej, gdyż zdarza się podobnym zespołom, że wokal przeszkadza, innym, że jest tylko on dostrzegalny, ale w tym wypadku nic mnie nie drażni. Jedenaście utworów, które nie są aż tak długie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, słucha się z przyjemnością i zaciekawieniem. Do tego poczucie, że zespołów z gatunku rocka progresywnego (w których wokal reprezentowany jest przez płeć piękną) niewiele się spotyka, daje motywację, aby sięgnąć po ów album i z ciekawością go sprawdzić. Zaskoczenie gwarantowane!

    No cóż, demo tegoż zespołu nie zebrało entuzjastycznych ocen, bo nawet nasz portal przedstawił recenzję, gdzie bardziej odbiorca był raczej zniechęcany do wspólnych przygód z zespołem SpectAmentia. Podsumować jednak swój wywód mogę krótko, ale dobitnie: „Aftereality” to pozycja obowiązkowa na liście każdego, kto interesuje się muzyką rockową. Nie ważne, czy preferuje polską, czy zagraniczną, albo bardziej rockową niż metalową. Wszystko w porządku, a… Polskiemu albumowi jeszcze mi się nie udało postawić najwyższej noty. Tym razem jestem zmuszony - po prostu 5/5. Więcej vintage? Niekoniecznie - progresywność w tym wydaniu jest dla mnie idealna. Jeśli SpectAmentia postanowi jeszcze ambitniej się prezentować w przyszłości, to ja poproszę! Razy dwa!

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version