ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Black Sabbath
13
(2013, album studyjny)

13
Oceń ten artykuł
(40 głosów)

01. End of the Beginning - 8:07
02. God Is Dead? - 8:54
03. Loner - 5:06
04. Zeitgeist - 4:28
05. Age of Reason - 7:02
06. Live Forever - 4:49
07. Damaged Soul - 7:43
08. Dear Father - 7:06

Czas całkowity - 53:15

CD 2
09. Methademic - 5:58*
10. Peace of Mind - 3:41*
11. Pariah - 5:35*

Czas całkowity - 15:14

* - bonus do edycji Deluxe

- Ozzy Osbourne wokal, harmonijka
- Tony Iommi - gitary
- Geezer Butler - gitara basowa
oraz:
- Brad Wilk - perkusja

 

Wyświetlony 4246 razy

Media

2 komentarzy

  • Link do komentarza Konrad Niemiec poniedziałek, 05 sierpień 2013 21:27 napisane przez Konrad Niemiec

    No tak się stało, że z p. Michałem pisaliśmy reckę w tym samym czasie, lecz on kliknął szybciej. A ja po przeczytaniu jego, swoją postanowiłem zmienić...i napisać coś w kontrze do współpracownika serwisu...
    No bo po pierwsze, kompletnie się nie zgadzam z wieloma tezami p. Michała. Płyta jest rewelacyjna, od początku do końca. Żadnego nudziarstwa tylko czysty Sabbath. A po drugie - wychowałem się na Sabbathach więc mam do ich płyt wielki sentyment i atencję..
    Ta płyta to przede wszystkim zasługa producenta Ricka Rubina, który zamknął Sabbathowców w pokoju i puścił im pierwszą płytę mówiąc - taką muzykę mi zróbcie.. Tyle legendy.
    Jaka była prawda nie dowiemy się nigdy, ale coś w tym jest. Bo muzyka jest przednia, a chłopaki zapomnieli o latach posuchy i odnieśli się do najlepszych swoich lat. A, że tempa wolne? Przecież Sabbath zawsze taki był - wolny ciężki rock z elementami przyspieszaczy. Ale generalnie wolno i ciężko...
    I tutaj od początku do końca tak jest. Brzmienia ominęły kilka epok i wróciły do korzeni, kiedy grało się prosto. Oczywiście wiele elementów jest współczesnych, bo jednak teraz inaczej nagrywa się muzykę...
    Ważne, że chłopaki nie mieli w planie naśladowania żadnych nowości. Po co? Zostali sobą z najlepszych lat. Wszystkie riffy jakby znajome, rozwiązania melodyczne, jakby znane, ale jednak inne. Ozzy ten sam, drący koparę, ale jedyny. Genialny.
    Może tylko Butler jakby bardzie współczesny - gęstszy.
    Pałker - Brad Wilk z Rage Against the Machine i Audioslave, sprawny, choć tutaj tego nie słychać, bo w zasadzie ma odgrywać latającego za kasą marnego Billa Warda, który nigdy wirtuozem nie był, a alkoholikiem jak najbardziej...
    Nie będę się rozpisywał o poszczególnych utworach, bo to bez sensu - kawałek w kawałek to Sabbathowski majstersztyk. Choć wypada powiedzieć o trzech - czterech fenomenach:
    End of the Beginning - od samego początku wciska w fotel i tak już zostaje
    God Is Dead? - o tekstowej stronie tego utworu już napisano wiele, a muzycznie - wielkie dzieło!!!!!!! GENIALNE
    Zeitgeist - moja THE BEST BALLAD. Znakomity utwór, choć niektórzy piszą o nim jako o własnym plagiacie Planet Caravan. Ale wtedy Iommi nie grał takich solówek!!!!!!!!!! To jak Child In Time Purpli i July Mourning Uriah Heep w jednym - choć krótsze i mniej skomplikowane, to jednak ballada NASZYCH CZASÓW!!!!!!!!!! Teraz już się tak nie gra!!!!!!!!!!!!!
    Jestem szczęśliwym posiadaczem droższej wersji płyty - czyli wersji dwupłytowej. Utwory z dodatkowej płyty, są żywsze i z większym wykopem. Czyli można...
    I na koniec - niech wszyscy malkontenci posłuchają w całości i skupieniu utworu numer 7 - Damaged Soul. Iommi nie grał nigdy w ten sposób z Sabbathem!!!!!!!!!!!! Solówka powala na kolana - genialny blues-heavy-rock. Końcówka żywsza i jeszcze bardziej zadziorna. Po prostu wielki utwór...
    Niektórzy piszą, że to najlepsza płyta od..., inni, że taka sobie, a ja powiem jedno - na mojej półce stoją wszystkie płyty Black Sabbath, pełno ich bootlegów i płyt DVD z oficjalnymi i nieoficjalnymi zapisami video, cała dyskografia Ozziego i Iommiego - więc mam do czego porównywać. TO PO PROSTU JEST GENIALNE...
    I tylko szkoda, że to prawdopodobnie ostatnia płyta tego zespołu, jak większość prognozuje. Iommi chory na raka - walczy - oby starczyło mu więcej energii niz Frankowi Zappie, Ronenu Jamesowi Dio, Johnowi Lordowi i wielu innym, którym ta paskudna choroba przerwała życie...
    No i zakończenie płyty mówi samo za siebie - dzwony i deszcz - czyli loop z otwarcia pierwszej płyty. Historia zatoczyła koło..
    Krótka ocena 10 na 5 możliwych...

  • Link do komentarza Michał Jurek środa, 31 lipiec 2013 17:54 napisane przez Michał Jurek

    Obrodziło wielkimi powrotami w tym roku. Nowa płyta Davida Bowiego, Deep Purple, a teraz Black Sabbath. O 'A New Day' Davida Bowiego już jakiś czas temu pisałem, zrecenzowanie płyty Purpurowych zostawię sobie na inną okazję (jeśli czas pozwoli). Dziś wezmę na warsztat najnowsze dzieło Black Sabbath - '13'.

    Na samym początku muszę uczciwie stwierdzić, że dysponuję jedynie podstawową wersją płyty, zawierającą osiem utworów. Wydano jednak również dwupłytową wersję, która zawiera dodatkowe trzy nagrania, choć nie trzeba dodawać, że cała jedenastka z powodzeniem zmieściłaby się na jednym krążku. W tym miejscu nie mogę się powstrzymać, żeby nie napisać o słówka o polityce koncernów płytowych: róbcie tak dalej panowie, a zniechęcicie ostatecznie wszystkich fanów do kupowania płyt. I problem malejącej sprzedaży tychże rozwiąże się sam.

    Ale nie o szaleństwach bossów branży rozrywkowej ma być ten tekst, jeno o muzyce zawartej na '13'. A z nią jest, hm…, różnie. Nie neguję, że album jest stylowy - bo jest. Jest ciężki i mięsisty odpowiednio? Jest. Ale jest także dość jednostajny, by nie rzec: monotonny. Sprawia to, że nawet po kilkunastu przesłuchaniach zapamiętuje się pojedyncze fragmenty. Płyta słuchana w całości robi stosowne wrażenie, nie powiem, ale też i specjalnie nie porywa. Podstawowym problemem jest bowiem to, że utwory są do siebie bardzo zbliżone. Brak jakichś charakterystycznych melodii, zmian tempa i nastroju. Różnorodności brak po prostu. Jeden akustyczny, i dość senny 'Zeitgeist' nie załatwia sprawy.

    Tak z ręką na sercu wyróżniłbym absolutnie genialny 'God Is Dead?' z fantastyczną partią basu, dudniącym niczym echo w studni gitarowymi riffami i przewrotnym tekstem ('give me the wine you keep the bread'). Początek tego utworu to chyba najlepszy muzyczny fragment na całej płycie. Drugie na granie, które szczególnie przypadło mi do gustu, to 'Live Forever'. Kawał soczystego grania za zmianami tempa, niekiedy dość zaskakującymi (co, jako się rzekło, nie jest częste na omawianym albumie) i - ponownie - zapadającym w pamięć tekstem o lęku przed śmiercią traktującym. A wszystko udało się zmieścić w niecałych pięciu minutach. Dobrze prezentuje się otwierający album 'End Of The Beginning', rozwałkowujący słuchaczy na miazgę. Reszta utworów wypada raczej przeciętnie. Ot, stereotypowe hardrockowe granie, jak np. 'Loner' (choć tu akurat perkusista sobie fajnie hula), 'Age Of Reason', który to utwór ma przebłyski, ale ostatecznie grzęźnie w gęstwie powolnych, patetycznych riffów, czy utrzymany w równym, wolnym tempie, acz okraszony fajną partią harmonijki 'Damaged Soul'. Trochę więcej się dzieje w zamykającym podstawową wersję płyty nagraniu 'Dear Father', ale nowego rozdziału w historii Sabbsów raczej utwór ten nie otworzy.

    Nie dziwi mnie, że album spotkał się z gorącym przyjęciem fanów i umościł się na czele list sprzedaży. Ozzy drze się, jakby za nic miał upływający czas. Geezer Butler miażdży słuchaczy partiami basu, zaś Tony Iommi robi to samo mocarnymi gitarowymi riffami. Słychać od razu, że to Sabbath, i to ten Sabbath w najlepszym składzie, choć wiadomo, że wśród muzyków nie ma Billa Warda (przyczyny nieobecności perkusisty nie są do końca jasne: on sam sugeruje, że zaproponowane mu warunki finansowe były nie do przyjęcia, zaś Ozzy w jednym z wywiadów stwierdził, że pan Bill nie jest już fizycznie w stanie zagrać dwugodzinnego koncertu). Ale dokooptowany w ostatniej chwili młodziak, znany z Rage Against The Machine, radzi sobie całkiem sprawnie.

    '13' to z pewnością bardzo miły prezent dla słuchaczy spragnionych stylowego ciężkiego grania. Ale żeby od razu uznawać '13' za najlepszy album od czasów 'Sabbath Bloody Sabbath' (a trafiają się takie opinie), to już pewna przesada. Zresztą w ogóle uważam, że takie analogie są bez sensu. Mamy rok 2013 i żadna płyta nagrana dziś nie będzie taka, jak albumy sprzed czterdziestu lat. Nie to miejsce i czas. Pozostaje się tylko cieszyć, że starsi panowie jeszcze chcą grać, a w dodatku całkiem sprawnie im to wychodzi. W rezultacie fani dostali bardzo przyjemny czasoumilacz z jednym lub dwoma nagraniami, które być może na stałe wejdą do sabbathowego kanonu.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version