ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Deep Purple
Made in Europe
(1976, album koncertowy)

1. Burn (7.32) 
2. Mistreated (11.42) 
3. Lady double dealer (4.19)
4. You fool no one (16.45) 
5. Stormbringer (5.33)

Czas całkowity:  45:51

 

- Ritchie Blackmore (guitars)
- Ian Paice (drums)
- Jon Lord (Hammond organ, keyboards)
- David Coverdale (vocals)
- Glenn Hughes (bass, vocals)

 

Wyświetlony 2511 razy
Inne albumy wykonawcy: « In Rock Now What?! »

1 komentarz

  • Link do komentarza Piotr poniedziałek, 14 styczeń 2013 11:00 napisane przez Piotr

    Deep Purple to bez wątpienia absolutna legenda współczesnej muzyki rozrywkowej. Już prawie od pięćdziesięciu lat bije wszelkie rekordy, nie tylko popularności czy ilości sprzedaży płyt, ale i głośności (zespół został wpisany do Księgi Rekordów Guinessa jako „Najgłośniejszy zespół świata”). Nowe pokolenia muzyków wzorują się na grze Purpurowych, natomiast każdy współczesny fan cięższych brzmień powinien zaczynać swoją przygodę z rockiem właśnie od tego zespołu. W tym roku grupa przegrała wyścig o wprowadzenie do Rock’n’Roll Hall Of Fame z Rushem – wybitną, kanadyjską grupą rockową.

    Panowie od początku swej działalności często wyjeżdżał z materiałem w trasę, czego dowodem jest prawie 30 koncertów wydanych na płytach CD. Po czterech dekadach niewiele się zmieniło, zespół nadal dużo koncertuje, choć już w nieco zmienionym składzie. Kilka lat temu przygodę z grupą zakończył znakomity Jon Lord, który niedawno odszedł z tego świata. Natomiast Ritchie Blackmore od dawna nie utrzymuje kontaktów z dawnymi kolegami.

    Każdy szanujący się fan wie, że najlepszym dokonaniem najsłynniejszego składu Mk IIa jest zapis występów z Japonii „Made In Japan.’’ Jest to niesamowite dzieło i wzór do naśladowania do wszystkich kapel rockowych. Często natomiast pomija się dokonania zagrane na żywo przez inne składy. Dzisiejszą recenzję chciałbym poświęcić moim zdaniem najlepszemu występowi na żywo jaki udało się nagrać składowi Mk III.

    „Made In Europe’’ jest materiałem z gigów jaki grupa zaprezentowała na trasie w 1975, zaraz przed odejściem Ritchie’go Blackmore’a. Ze znakomitym wokalistą Davidem Coverdale’m oraz żywiołowym Glennem Hughesem, który zastąpił Rogera Glovera grającego na gitarze basowej oraz wspierał Coverdale’a wokalnie.
    Piosenki na wydawnictwie pochodzą głownie z Saarbrücken w Niemczech. Ku mojemu zdziwieniu album został zmieciony przez krytykę. Ja jednakże uważam go za najlepsze wydawnictwo koncertowe, zaraz po wspomnianym wcześniej Made In Japan. Krążek zawiera materiał z płyt Burn oraz Stormbringer.

    Nagranie zaczyna się słowami „rock’n’roll” wypowiedzianymi przez wokalistę. Na pierwszy ogień startuje niezapomniany riff z Burn. Znakomite, żywiołowe i chyba najlepsze wykonanie „otwieracza” płyty o tym samym tytule nagranej rok wcześniej. Zaraz za nim kolejna perełka; Mistreated. Rozimprowizowana do prawie 12 minut, z solowymi popisami gitarzysty i wokalisty, ballada. Jej wykonanie naprawdę zapiera dech w piersiach. Zwrot w stronę dynamiki zapewnia Lady Double Dealer, ze znakomitym riffem hammondowym Jona Lorda. Prawdziwą wisienką na torcie okazuje się You Fool No One trwająca szesnaście minut. Znalazł się w niej czas zarówno dla Jona Lorda, który odgrywa znakomite melodie na instrumentarium jak i dla Iana Paice’a. Jego popisy nie są co prawda aż tak imponujące jak na The Mule z japońskich koncertów, mimo tego nadal słychać, że był wtedy w wysokiej formie. Ostatnie poty ze swojej gitary wyciska Blackmore. Słychać, że był wtedy chyba najlepszym gitarzystą rockowym na świecie. ”Made In Europe” zamyka najsłabszy moim zdaniem kawałek na płycie; Stormbringer. Spodziewałem się prawdziwego huraganu, usłyszałem natomiast lekki wiaterek. Wykonanie Lady Double Dealer zdecydowanie wygrywa pojedynek ze Stormbringerem. Zawartość jest podana w skondensowanej formie (45 minut), dzięki temu nie dłuży się i przyjemnie płynie w głośnikach. Moim zdaniem jedyną wadą tego wydawnictwa jest jego słaba jakość. Dziwne, że nawet w remasterowanych wydaniach dźwięk jest trochę przytłumiony.

    Można powiedzieć, że Deep Purple bez Gillana jest jak Paul McCartney bez Johna Lennona, ale nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Kto mi nie wierzy niech posłucha tego gigu. Ja wracam do dokonań Mk III równie często jak do Mk IIa. Polecam wam robić to samo bo naprawdę warto!

    Piotr Karasiński

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version