ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Oldfield, Mike
Ommadawn
(1975, album studyjny)

1. Ommadawn Część 1: (19:14)
Band 1 - 4:07
Band 2 - 4:07
Band 3 - 3:39
Band 4 - 4:25
Band 5 - 2:56

2. Ommadawn Część 2: (17:07)
Band 1 - 5:21
Band 2 - 4:46
Band 3 - 3:38
Band 4 - 3:22

Czas całkowity: 36:21
- Mike Oldfield ( acoustic, classical & electric guitars, acoustic & electric basses, mandoline, harp, bouzouki, banjo, grand piano, spinet, electric organs, synths, bodhran, glockenspiel, assorted percussions )

oraz:
- Don Blakeson ( trumpet )
- Herbie ( Northumbrian bagpipes )
- Pierre Moerlen ( tympani )
- William Murray ( percussion )
- Terry Oldfield ( Panpipes )
- Leslie Penning ( recorders )
- David Strange ( cello )
- Julian Bahula, Ernest Mothle, Lucky Ranku, Eddie Tatane ( African drums )
- Sally Oldfield, Bridget St. Johns, Clodagh Simonds, The Penrhos Kids, The Hereford City Band ( vocals )
Wyświetlony 6740 razy
Inne albumy wykonawcy: « Crises Islands »

2 komentarzy

  • Link do komentarza Michał Jurek niedziela, 31 maj 2015 08:12 napisane przez Michał Jurek

    Rok 1974 okazał się bardzo wyczerpujący dla Mike'a Oldfielda. Artysta, nękany przez Richarda Bronsona propozycjami nie do odrzucenia, obejmującymi uczestnictwo w dużej trasie koncertowej, prezentującej orkiestrowe aranżacje utworów pochodzących z dwóch pierwszych płyt, zaszył się na wsi. Trasa koncertowa ostatecznie i tak się odbyła, jednak miejsce Oldfielda zajął Steve Hillage. Sam zaś Mike Oldfield mógł odpocząć i przystąpić do nagrywania nowej płyty.

    Jak wspomina sam artysta, impulsem do nagrywania było niezbyt ciepłe przyjęcie przez krytyków poprzedniego albumu, 'Hergest Ridge'. Mike Oldfield chciał za wszelką cenę udowodnić, że nie jest artystą jednej płyty a Dzwony Rurowe nie były tylko jednorazowym sukcesem. Oldfield zdecydował przy tym, że tym razem chce mieć pełną kontrolę nad procesem artystycznym i produkcyjnym, i sam zajął się komponowaniem, nagrywaniem i produkcją płyty. 'Ommadawn' nie byłaby jednak płytą tak jedyną w swoim rodzaju, gdyby nie jeszcze jedno wydarzenie, jakim okazała się śmierć matki artysty. W jej następstwie Mike Oldfield dosłownie uciekł w muzykę, oddając się całkowicie tworzeniu w ciągu następnych kilku miesięcy.

    Proces twórczy przeciągał się, m.in. wskutek problemów z nagrywaniem przez artystę niezliczonych ścieżek i dogrywek oraz związanymi z tym uszkodzeniami taśmy. W rezultacie artysta musiał kilkakrotnie nagrywać pierwszą część 'Ommadawn'. Dzięki temu możliwe okazało się doszlifowanie utworu i uzyskanie niepowtarzalnego brzmienia. Dużą rolę w kreowaniu nastroju odegrało przebogate instrumentarium, o czym świadczy choćby kilka linijek instrumentów wymienionych we wkładce do płyty, na których zagrał sam maestro Oldfield. A przecież oprócz tego udzieliła się jeszcze cała plejada zaproszonych gości. Mimo to Oldfieldowi udało się zachować intymny charakter całej kompozycji i poprowadzić słuchacza przez muzyczny świat oszałamiający bogactwem zmieniających się form i wątków.

    Pierwsza część 'Ommadawn' powstawała przez kilka miesięcy, jednak część drugą artysta zarejestrował w nieco ponad tydzień. Najważniejszy okazał się pomysł z nagraniem wielu nakładających się ścieżek gitar elektrycznych i odpowiednim ich zmiksowaniu. W efekcie kompozycja zyskała niezwykle brzmiące, dostojne dźwiękowe tło. Nie bez znaczenia była też pomoc Paddy'ego Maloney'a z folkowej grupy The Chieftans. Dwugłos dud i gitary akustycznej w niezapomniany sposób ozdobił utwór, osłabiając zarazem patetyczny wydźwięk początkowej jego fazy. A w finale czarował już na gitarach wszelakich maestro Oldfield tak, jak tylko on potrafił. Choć tak naprawdę właściwym finałem drugiej części 'Ommadawn' była delikatna folkowa piosenka 'On Horseback', traktująca o jeździe na kucyku. W nagraniu wzięli udział przyjaciele artysty, ich dzieci, a nawet właściciel lokalnej restauracji. Wyszło po prostu uroczo.

    'Ommadawn' to jeden z moich ulubionych albumów Mike'a Oldfielda. Płyta radosna, tchnąca optymizmem, a zarazem bardzo kameralna i bliska słuchaczowi. W sam raz do posłuchania w jakieś niespieszne, wolne od trosk weekendowe popołudnie.

  • Link do komentarza Tomasz Zawadzki poniedziałek, 02 kwiecień 2012 10:12 napisane przez Tomasz Zawadzki

    Mike Oldfield już w roku 1976 był postacią bardzo rozpoznawalną i utytułowaną jak na swój młody wiek. Trzeci album młodego multiinstrumentalisty miał udowodnić, że jest on świadomym i dojrzałym twórcą. Ogromny sukces komercyjny i artystyczny debiutanckiego albumu Tubular Bells był dla niedoświadczonego 19-latka przytłaczający. Nagle cały muzyczny światek zwrócił uwagę na nieśmiałego, niesamowicie utalentowanego muzyka, który nie był jeszcze przygotowany na tak ogromną atencję. Po raz pierwszy w muzyce popularnej jeden człowiek nagrał tak dojrzałe dzieło, w dodatku grając praktycznie samemu na ponad dwudziestu instrumentach. To musiało robić wrażenie...



    Nagrywając swój drugi album Hergest Ridge Oldfield wykorzystał i rozwinął styl zapoczątkowany na debiutanckim krążku, co okazało się strzałem w dziesiątkę, jednak jak to zwykle bywa w przypadku wielkich dzieł, krążek zebrał cięgi od ówczesnych krytyków. Muzykowi zarzucano pójście po najprostszej linii oporu i nagranie zachowawczego longplaya utrzymanego w podobnej konwencji jak debiut. Z drugiej jednak strony pojawiło się mnóstwo głosów uznania dla rozwinięcia tego, co młody Brytyjczyk zaprezentował na swoim pierwszym solowym albumie. Hergest Ridge odniósł podobnie jak Tubular Bells wielki sukces komercyjny, jednak sam twórca był zdziwiony zarzutami kierowanymi w stronę jego drugiego albumu, dlatego podczas pracy nad trzecim długograjem postanowił utrzeć nosa malkontentom i dać z siebie wszystko, w dodatku po raz pierwszy zaprosił do nagrania całą plejadę doskonałych muzyków. Począwszy od swojego rodzeństwa - siostry Sally, która użyczyła swojego talentu wokalnego w chóralnych partiach oraz brata Terry'ego grającego na flecie po afrykańskich bębniarzy i na dziecięcym chórze kończąc.



    Sam album został klasycznie już podzielony na dwie, prawie dwudziestominutowe części. Pierwsza rozpoczyna się niesamowicie mistycznym tematem, który w miarę upływu czasu przekształca się w niezwykle wzniosłą pieśń stanowiącą przeciwwagę tego, co czeka nas dalej. Oldfield bawi się różnymi wariacjami melodii granych podczas całej kompozycji. Raz wtóruje im gitara klasyczna, w innym przypadku są to kobiece wokalizy czy partie chóru. Ogromne bogactwo wykorzystanych instrumentów i kompleksowość kompozycji wymaga od słuchacza szczególnego skupienia i uwagi. Nic w tej muzyce nie jest przypadkowe czy zbędne, przez cały czas trwania odnosi się wrażenie, że dźwięki te zostały przekazane dla muzyka przez jakąś siłę wyższą. Niebiański klimat jest konfrontowany z tradycyjnymi, frywolnymi, irlandzkimi melodiami zagranymi na flecie, mandolinie czy instrumentach klawiszowych.
    Trudno mówić o jakiejś schematyczności czy powtarzalności, gdyż niespodzianie w drugiej połowie utworu skoczna atmosfera zostaje stłumiona przez melancholijne partie gitary akustycznej, a w dalszej części możemy nawet usłyszeć wpływy muzyki afrykańskiej, podczas których Oldfield kontrastuje ze sobą wzniosłe partie wokalne chóru (w skład którego wchodzi między innymi legendarna Clodagh Simmonds znana z m.in. Mellow Candle) z niezwykłą dramaturgią, która stopniowo nasila się wraz z dojściem do punktu kulminacyjnego kompozycji.



    W tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na solo gitarowe, wybrzmiewające na tle grających transowo bębnów afrykańskich. Jeśli miałbym zrobić zestawienie najbardziej ekspresyjnych partii instrumentalnych, to ta zagrana przez Mike'a w pierwszej części Ommadawn byłaby w totalnej czołówce. Gitara artysty wyje z bólu, łka, niemalże woła o pomoc. Sam muzyk powiedział, że przechodził w tamtym czasie ciężki okres w swoim życiu(problemy po śmierci matki, nasilające się stany lękowe, złe doświadczenia z narkotykami) i nagranie Ommadawn stanowiło dla niego pewnego rodzaju oczyszczenie. Wspomniał również o komponowaniu wspomnianej solówki, która miała symbolizować ponowne narodziny i zostawienie w tyle wszystkich lęków artysty, które męczyły go przez ostatnie lata.
    Po tej niezwykle osobistej, ekshibicjonistycznej partii słyszymy jedynie stopniowo cichnące afrykańskie bębny, które zwiastują początek drugiej części albumu...



    Niektórzy twierdzą, że część druga jest przeciwieństwem, wspomnianą przeze mnie przeciwwagą części pierwszej Ommadawn, z czym trudno się nie zgodzić, jednak twierdzenie, że jest ona naiwna czy gorsza byłoby bluźnierstwem.
    Od początku jesteśmy uraczeni trwającą kilka minut niezwykle gęstą strukturą nałożonych na siebie kilkudziesięciu partii gitary elektrycznej, która płynnie przechodzi w folkowy temat zagrany w tradycyjnym dla Oldfielda stylu na gitarze akustycznej. W porównaniu do części pierwszej są to dźwięki mniej eksperymentalne, bardziej stonowane. Piękna melodia zagrana na gitarze zostaje uzupełniona przez dudy obsługiwane przez znanego z folkowej The Chieftains Paddy'ego Moloneya. To niesamowite połączenie jest jednym z najpiękniejszych momentów na całym albumie, stanowiącym coś w rodzaju uwielbienia do przepięknych krajobrazów Zielonej Wyspy. Rozmarzony sielankowy klimat pod koniec utworu zaczyna się rozkręcać i zmierzać w mniej melancholijne rejony muzycznej podróży. Kończy ją oczywiście świetne solo Oldfielda, tak różne od tego, które zaprezentował w pierwszej części kompozycji, jednak stanowiące idealne zakończenie dla całego konceptu płyty.



    Album kończy się jedną z pierwszych piosenek (nie jest to jak kilkunastominutowa suita, do których przyzwyczaił nas artysta) Oldfielda pt. On horseback, z lekko naiwnym i uroczym tekstem napisanym przez przyjaciela muzyka - Williama Murraya. Ta przepiękna ballada opierająca się na recytowanym przez Oldfielda (i wtórującym mu podczas refrenu chórze dziecięcym) tekście i prostej melodii zagranej na gitarze akustycznej, jest dopełnieniem dla mistycznej otoczki Ommadawn. Słowa 'urocza' czy 'naiwna' idealnie oddają sielankowy charakter kompozycji, ale przyznam, że trudno pisze się o tak pięknych i prostych dźwiękach, albowiem jedynie podczas odsłuchu można docenić i poznać ich prawdziwy wymiar, do czego oczywiście gorąco zachęcam. Jak dla mnie album jest jednym z najpiękniejszych muzycznych doświadczeń w moim życiu. Absolutnie genialne (tak, nie obawiam się użyć tego słowa) i wyjątkowe dzieło. Oldfield zaprezentował się w nim nie jako zamknięty w sobie, bojący się sławy grajek, ale jako dojrzały i świadomy twórca. Jeśli szukasz muzyki nietuzinkowej, niepowtarzalnej i pięknej koniecznie daj szansę Ommadawn i pozwól tym dźwiękom zawładnąć twoją duszą.
    Moja ocena: 5/5

    Tomasz Zawadzki

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version