ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Devil Doll
Dies Irae
(1996, album studyjny)

1. Part 1 (2:44)
2. Part 2 (2:20)
3. Part 3 (2:54)
4. Part 4 (3:07)
5. Part 5 (2:06)
6. Part 6 (3:44)
7. Part 7 (3:37)
8. Part 8 (4:14)
9. Part 9 (3:08)
10. Part 10 (5:22)
11. Part 11 (3:09)
12. Part 12 (1:10)
13. Part 13 (1:19)
14. Part 14 (2:36)
15. Part 15 (1:23)
16. Part 16 (2:53)

Czas całkowity: 45:46
- MR. Doctor ( man of 1000 voices )
- Francesco Carta ( piano )
- Sasha Olenjuk ( violin )
- Roman Ratej ( drums )
- Bor Zuljan ( guitar )
- Jani Hace ( bass )
- Davor Klaric ( keyboards )
- Micheal Fantini Jesurum ( pipe organ )

oraz:
- Norina Radovan ( soprano )
- Drago ( accordion )
- Paolo Zizich ( backing vocal )
- GLORIA CHORUS conducted by Marian Bunic and The Slovenian Philharmonic Orchestra soloists:
- Igor Skerianec ( cello )
- Irina Kevorkova ( 2nd violins leader )
- Frain Gashi ( double bass )
Wyświetlony 3876 razy
Inne albumy wykonawcy: The Sacrilege of Fatal Arms »

1 komentarz

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński sobota, 18 październik 2014 14:20 napisane przez Edwin Sieredziński

    Dies irae... dzień gniewu, popularny motyw sztuki średniowiecznej i barokowej; kres wszelkich dni... Czasami mówi się o eksperymentatorach rockowych, że ich dusza była osadzona w czasach kilkaset lat dawniejszych, a jednocześnie stosowali nowoczesne środki wyrazu. Devil Doll dążył do nadania oratorium wyrazu na miarę XX wieku. Ta mroczna bardzo duchowość bardzo przypominająca wczesne próby King Crimson - też zresztą oceniane jako "mroczne i monumentalne" w krytycznej prasie muzycznej, de facto epigon starego rocka symfonicznego lat 70. Tak też jest z ostatnim albumem tego zespołu, Dies Irae.

    Otwiera go sekwencja przypominająca nieco Debussy'ego czy wczesnego Schoenberga, jak byśmy słuchali płyty z kręgu Rock in Opposition. Później mamy prawdziwy popis mocy twórczych, kombinacja orkiestrowego, chóralnego, operowego brzmienia z potężnymi metalowymi riffami znanymi z Dream Theater czy Symphony X. Różni się to w czasie, raz jest jednych więcej, raz mniej; jednym razem jest porządny metal progresywny typu wczesny Dream Theater, a innym razem monumentalna muzyka klasyczna na miarę "Morza" Debussy'ego. Zdecydowanie to lepiej wypada niż wiele prób metalu progresywnego czy symfonicznego; nie będę się tu jednak znęcać nad nikim - kto posłucha, niechaj sam stwierdzi. Dzieło niezwykle wewnętrznie różnorodne, a jednocześnie niezwykle spójne mogące swoim monumentalnym rozmachem wbić w fotel. Spójniejszy również niż dwa poprzednie, które momentami sprawiają wrażenie połamanych i nadmiernie pokawałkowanych. To jest rzecz oczekiwana przez miłośników starego symfonicznego rocka takiego przykładowo jak Yes okresu od Fragile do Tormato. Jednocześnie rzecz stanowiąca novum w połowie lat 90. zeszłego stulecia i zapewne dla niektórych twórców cichą inspirację. Do tego niezwykłe możliwości wokalne MR Doctora - od charakterystycznych dla niego ochrypniętych melorecytacji po niemalże scream. W każdej minucie się tutaj coś dzieje, słuchając płyty Dies Irae nie można się nudzić. Album również pobudza niezwykle wyobraźnię. Pejzaż może apokaliptyczny, ale jakże sprzyjający głębokim rozważaniom.

    Dla niektórych odsłuchanie tej płyty może stanowić pewne przewartościowanie w rozumieniu nietzscheańskim. Mało znany zespół, a stoi wyżej niż znaczna część metalu progresywnego czy nowych prób rocka symfonicznego. Ja na przykład potem krytycznie oceniłem wiele prog metalowych pozycji. Wskazywać może również kierunek działania dla twórców tego drugiego. Jeżeli chcecie stworzyć coś nowego, a nie tylko odgrzewać klisze z Yes, Genesis, ELP, Camel i innych gigantów, przyjrzyjcie się temu, co na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych stworzył MR Doctor ze swoją ekipą. Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze rock symfoniczny nie wyczerpał swoich możliwości twórczych. Dies Irae jest doskonałym na to przykładem, niezwykła rockowa symfonia nie odbiegająca wcale swoim poziomem od takich klasycznych pozycji jak "Ritual" czy "Gates of Delirium" Yes. Tylko że powstała w okresie raczej nie sprzyjającym tworzeniu dzieł tak monumentalnych. Devil Doll zawsze był wydawany przez drobne wytwórnie w niewielkim nakładzie. Może rację miał Chris Cutler, twórca Henry Cow, że komercjalizm niszczy sztukę i zabiła rzecz, ją konstytuującą - chęć stworzenia rzeczy, jakich wcześniej nie widział świat? Fakt ten może przyczynił się do szybkiego zakończenia działalności jednego z najbardziej niezwykłych zespołów końca XX stulecia.

    Fakt, pejzaż może apokaliptyczny, ale jakże doskonały. Pięć gwiazdek to za mało. Szkoda, że Devil Doll upadł i nigdy więcej nic nie wydał. Przynajmniej zakończył swoją działalność godnie, nie stając się swoją autoparodią.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version