ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Kruk
Before
(2014, album studyjny)

Before
Oceń ten artykuł
(5 głosów)

 

01. My Sinners
02. Last Second
03. Once
04. Wings Of Dreams
05. Grey Leaf
06. Morning Star
07. Farewell
08. Open Road
09. Timeline
10. Moja dusza
11. Szary liść

Czas całkowity -


Bonus DVD:

Koncert zarejestrowany w katowickim Spodku 15.02.2014:

1. Now When You Cry
2. Otul swą ciszę
3. Rising Anger
4. W zamyśleniu
5. Kameleon
6. It Will Not Come Back


- Roman Kańtoch - wokal
- Piotr Brzychcy - gitara
- Michał Kuryś - instrumenty klawiszowe
- Krzysztof Nowak - gitara basowa
- Dariusz Nawara - perkusja

 

 

Wyświetlony 2270 razy

Media

Inne albumy wykonawcy: « Be 3

2 komentarzy

  • Link do komentarza Agata Korpas wtorek, 02 wrzesień 2014 01:39 napisane przez Agata Korpas

    Najnowsza płyta Kruka - Before, długo i z niecierpliwością wyczekiwana, dotarła do mnie późnym popołudniem, i mimo, że umierałam z ciekawości, to nie od razu zabrałam się do jej słuchania. Nie chciałam by cokolwiek zakłóciło te magiczne chwile, kiedy słucha się świeżutko nabytego albumu ulubionego zespołu po raz pierwszy. Na początek ograniczyłam się więc do studiowania książeczki i podziwiania okładki. A jest co podziwiać, bo na okładce znalazł się piękny, pobudzający wyobraźnię obraz Ewy Toczkowskiej-Brzychcy.
    Gdy w końcu późnym wieczorem popłynęły pierwsze dźwięki, emocje były niesamowite. Mocne, miażdżące dźwięki My Sinners, zrobiły na mnie oszałamiające wrażenie, a w kontekście tego, co się mówiło przed premierą o rzekomej łagodności nowej płyty, nabrały jeszcze większej siły. Do tej pory, już po wielu przesłuchaniach, utwór ten niezmiennie powoduje u mnie gęsią skórkę. Jego niesamowity nastrój pomagają budować wplecione głosy dziecięcy i damski użyczone, jak już teraz wiemy, przez najbliższą rodzinę Piotrka Brzychcy-głównego sprawcy zamieszania. Ze względu na swój epicki charakter My Sinners przywodzi mi na myśl (chociaż nie za sprawą podobieństwa) utwór Heaven and Hell w wykonaniu koncertowym zarejestrowanym na płycie Live Evil. Potrafię sobie wyobrazić koncert Kruka, gdzie My Sinners jest motywem przewodnim, w który wplecione są inne utwory tak, jak na pamiętnym koncercie Black Sabbath.
    Last Second, który po raz pierwszy usłyszałam jeszcze przed premierą płyty, w jednej ze stacji radiowych, zaskoczył mnie swoim przebojowym charakterem i łatwością, z jaką wpada w ucho, a pierwsza myśl była taka, że to nie może być Kruk, bo przecież Kruk nie nagrywa przebojów. Jednak to rewelacyjny, niezwykle dynamiczny kawałek z solówką Piotrka powodującą niekontrolowane ugięcie kolan i zmyślnym zakończeniem, więc co tam, niech sobie będzie przebojowy. Wróżę mu sukces medialny, zwłaszcza, że pierwsze kroki w tym kierunku zostały już poczynione i za kilka dni poza uchem ucieszy także nasze oko za sprawą nakręconego do niego teledysku.
    Utwór Once dopiero po kilku przesłuchaniach udało mi się docenić w stopniu, w którym się nim obecnie zachwycam, a i tak podejrzewam, że nie odkryłam go jeszcze w pełni. Jest to kompozycja, która zapada w serce najgłębiej i pozostawia w pamięci najtrwalszy ślad. Najbardziej ujmuje w tym utworze wokalny dialog pomiędzy Romanem oraz żoną Piotrka Ewą, a solówki Michała na klawiszach i Piotra na gitarze absolutnie hipnotyzują.
    Wings of Dreams –lekko bluesujący, utrzymany w pogodnym nastroju utwór, którego słucha się doskonale, z subtelną gitarą, z wokalnym popisem Romka i ze znakomitym tekstem, z którym łatwo się identyfikować. Wycieczka Kruka w klimaty bluesowe bardzo udana, choć już nie pierwsza. Do kompletu w repertuarze Kruka brakuje mi jeszcze jakiegoś bluesowego kawałka z gatunku tych rozdzierających serce. Może na następnej płycie?
    Kolejny utwór, Grey Leaf to jeden z moich pierwszych faworytów na tej płycie, ze znakomitym tekstem, który do mnie trafia zwłaszcza w wersji polskiej, uwodzi już od pierwszych dźwięków. Przy pierwszym przesłuchaniu, wzbudził we mnie skojarzenia z twórczością Kasy Chorych. Może ze względu na melodyjny, wpadający w ucho temat, który pozostaje w głowie i chce się go nucić.
    My Morning Star zwraca uwagę fajnym basem Krzyśka Nowaka rozpoczynającym utwór. W końcu mamy okazję poznać z bliska i docenić w szczegółach sekcję rytmiczną zespołu. To lżejszy kawałek, przy którym można nieco odetchnąć po silnych wrażeniach, jednak nie na długo, bo już po chwili Piotrek powraca ze swoją solówką ,tradycyjnie nie pozostawiając na słuchaczu suchej nitki.
    Farewell to piękna, bardzo poruszająca ballada, w dużej mierze za sprawą Romka, którego wokal szczególnie przejmujący w końcowej części, po zmianie tempa, zwłaszcza w wersji polskiej utworu (Moja Dusza), potrafi wzbudzić najsilniejsze emocje.
    Open Road promujący płytę, stanowił moje pierwsze zetknięcie z Before. Absolutnie powalający utwór-dynamit, cudownie ciężki, prawdziwie rasowy Kruk. Rozbudził wysokie oczekiwania w stosunku do płyty, które ta spełniła z nawiązką. To także pierwsze zetknięcie z nowym wokalistą w wersji studyjnej. Mimo że słyszałam Romana kilkukrotnie na koncertach Kruka, więc nic nie powinno zaskakiwać, to jednak nigdy nie zapomnę tego wrażenia, gdy usłyszałam go w tym utworze i pomyślałam, co za niesamowity wokal, jakbym słyszała go po raz pierwszy. A przecież dopiero w kolejnych utworach na płycie pokazał tak naprawdę swoje możliwości. Bardzo cenię poprzednich wokalistów Kruka i zawsze będę się do nich odnosić z ogromnym sentymentem, co nie zmienia faktu, że Romana kupuję w całości.
    Ostatniego utworu – instrumentalnej kompozycji Timeline mogę słuchać pasjami i wiem, że nie jestem w tym odosobniona. Skłania do refleksji nad tym, czego właśnie się wysłuchało, a co w dużej mierze jest opowieścią o wędrówce człowieka przez życie. Słuchając go można zobaczyć swoje życie jak w kalejdoskopie. W tym sensie stanowi on dla mnie podsumowanie i kwintesencję całego albumu. Chociaż utwór ten bardzo odbiega od tego, co Kruk proponował wcześniej, a ja pokochałam Kruka za mocne hardrockowe dźwięki dominujące na poprzednich płytach, to jednak nie ma w tym żadnej sprzeczności. Przecież można kogoś uwieść jednym, a przywiązać do siebie czymś innym.
    Warto wspomnieć o bonusowym krążku DVD, który jest dla mnie cennym elementem albumu. Często i z dużym sentymentem wracam do zapisu koncertu Kruka w Spodku przed Deep Purple, ale także do wszystkich pozostałych elementów na tej płycie. Lubię oglądać chłopaków udzielających wywiadów, Piotrka grającego swoją improwizację i raport ze studia, w którym można usłyszeć Last Second „na surowo”. Fajnie jest posłuchać tego kawałka także w takiej wersji -bez wokalu, solówek i wszelkich ozdobników.
    Before to rewelacyjna płyta i to w całości, a nie za sprawą tego, czy innego utworu. Dlatego też najlepiej słucha się jej w całości. Trudno sprecyzować, co najbardziej zaważyło na tym, że album tak bardzo przypadł mi do gustu. Myślę, że prawdziwość i szczerość tej muzyki. Trafia w serce, bo ktoś w nią włożył serce. Nic nie bierze się z próżni. Album gorąco polecam i to nie tylko miłośnikom mocnego brzmienia. Kruk poza tym, że tworzy genialną muzykę, to przede wszystkim potrafi prezentować ją na żywo. Uwielbiam wpadać na ich koncerty, bo dzieją się tam rzeczy niezwykłe. Chłopaki na scenie emanują taką ilością pozytywnej energii i niczym niezmąconej radości grania, że każdorazowo wprawiają człowieka w optymistyczny nastrój, dają niesamowitego kopa, pozwalają nabrać właściwego dystansu do życia, w efekcie czego wszystko staje się proste. Tym, którzy nie mieli jeszcze przyjemności gorąco polecam, chociaż muszę ostrzec – Kruk uzależnia. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy ostatnio nieoczekiwanie dla siebie pojawiłam się na ich koncercie gdzieś na drugim końcu kraju, nie do końca rozumiejąc jak do tego doszło, skoro moja decyzja w tej sprawie, podyktowana okolicznościami życiowymi i zdrowym rozsądkiem, była inna. Uwielbiam być w ten sposób uzależniona.
    Podsumowując, Before to mocna hardrockowa płyta, podobnie jak poprzednie dokonania Kruka nawiązująca do tradycji gigantów muzyki rockowej, a zarazem bardzo różnorodna, pełna elementów nowych, świeżych, często pozytywnie zaskakujących. Chociaż klasyków rocka kocham, szanuję, podziwiam i już nic tego nie zmieni, bo świat bez nich byłby inny (w ogóle trudno sobie wyobrazić taki świat), to muszę przyznać, że najnowsza płyta Kruka przemawia do mnie bardziej niż ostatnio wydawane przez te legendarne zespoły albumy. Dlatego wolę nie pisać, że Kruk wydał album na światowym poziomie, ale raczej, że wydał album na typowym dla marki Kruk doskonałym poziomie, a świat może się od nich uczyć.

  • Link do komentarza Ryszard Lis niedziela, 24 sierpień 2014 14:21 napisane przez Ryszard Lis

    Czwarty album KRUKA „be4ore” z początkiem roku 2014 ujrzał światło dzienne. Ciężki, hardrockowy, Głęboko przesiąknięty Purpurą niemal od pierwszego kawałka po ostatni. Zmiany, jakie zaszły od płyty „be3” ewidentnie na lepsze: nowy wokalista, nowe aranżacje, mocniejsze, cięższe, ale i lekko wolniejsze kompozycje. I to coś, co powoduje, że syntezatory Hammonda wespół z potężnym basem, ale i gitarowymi riffami współtworzą klimat z czasów świetności Deep Purple. Trochę tu zapożyczeń z płyty „Perfect Strangers”, w których mocno i dominująco rolę przewodnią brały na siebie dźwięki klawiszy Jona Lorda, ale również przebijają się innowacyjnie i lekko progresywne dźwięki, głównie za sprawą gitarowych solówek Piotra Brzychcy. Otwierający album „My Sinners” jedzie od samego początku jak czołg, trochę zwalniając jedynie na ostrych na zakrętach zmiany tempa. „Last Second” hipnotyzuje klawiszowymi dźwiękami, ale również trzyma purpurowy poziom.

    W „Once” pojawia się trochę więcej subtelnych dźwięków i wyższy, melodyjny głos nowego wokalisty Romana Kańtocha. Panowie przesunęli się kompozycyjnie bliżej twórczości Steve’a Morse’a niż Richiego Blackmora. Kawałek nieco spokojniejszy, bardziej refleksyjny i delikatniejszy niż poprzednicy.

    „Wings of Dreams” zmierza delikatnie w stronę „Pictures of Home”. Pojawia się dwugłos wokalisty i żony Piotra Brzychcy – Ewy, jednocześnie autorki tekstów na tej płycie, który wspaniale uzupełnia i dopełnia kompozycji. Na koniec dwie polskojęzyczne aranżacje, w których Roman Kańtoch udowadnia, że w naszym „szeleszczącym” języku też można zaśpiewać i utrzymać dobrą stylistykę i dynamikę.

    Zastanawiające jest jak długo Kruki utrzymają tak wysoki poziom nawiązania do muzyki Purpli? Paleta możliwości jest oczywiście niemal nieograniczona, ponieważ źródło przechodziło tyle metamorfoz, zmian składów i zmian stylistycznych, iż wydaje się niemożliwe wykorzystanie wszystkich patentów, odniesień, zapożyczeń, inspiracji czy chociażby powtórzeń. Z drugiej strony fajnie słucha się kompozycji tak zbliżonych do oryginału mając świadomość, że to nie plagiat, nie cover, nie słabe zapożyczenie, ale novum aranżacyjne, coś stworzonego z myślą o wybitnych hardrockowych prekursorach, ale w pewnym sensie oddanie im hołdu za to, co stworzyli. Pewnie nie było by Kruka w takiej formie, gdyby nie było Deep Purple.

    Nie ujmując nic twórczości KRUKA słucha się tego fajnie, jednak brakuje takiego kawałka, który na dłużej zostałby w pamięci. Trochę tu przeczę sam sobie, bowiem po kilkunastu odsłuchach w głowie zostaje ciężkość z „My Sinners” jak również dziecięcy głos syna gitarzysty, który przez przypadek wtargnął do studia i pozostawił po sobie ślad w postaci własnych nagrań (w ślad za wywiadem z Teraz Rock 7/137) oraz ciekawy wokalny dialog z „Wings of Dreams”. Moją perełką na tej płycie jest ewidentnie „Timeline” – dzięki innej, nieco afrykańskiej ścieżce perkusyjnej, delikatnym wycieczkom orientalnym, ale też sile i zwartości kompozycji, jaką niesie utwór. Pozostałe kompozycje solidne, stylistycznie zbliżone do siebie, krążące niczym kruk nad krainą purpurowych dźwięków, utrzymujące się na odpowiednim poziomie i wciągające słuchacza w kolejne strefy poszukiwań, aranżacyjnych smaczków, metaforycznych odniesień, szukania podobieństw, ale i znaczących oryginalnych różnic.

    Reasumując, kolejny krok w twórczości Kruka, który oddala ich od miana cover-bandu a kieruje w stronę własnych nietuzinkowych kompozycji, utrzymywanych jednak w duchu nieśmiertelnych i rozpoznawalnych na całym świecie brzmień organów Hammonda.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version