ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Vanilla Fudge
Vanilla Fudge
(1967, album studyjny)

1. Ticket to ride (5:40)
2. People get ready (6:30)
3. She's not there (4:55)
4. Bang bang (5:20)
5. Illusions of my childhood - Part 1(0:20)
6. You keep me hanging on (7:20)
7. Illusions of my childhood - Part 2 (0:23)
8. Take me for a little while (3:27)
9. Illusions of my childhood - Part 3 (0:22)
10. Eleanor Rigby (8:24)

Czas całkowity :42:39
- Carmine Appice ( Drums )
- Tim Bogert ( Bass )
- Vince Martell ( Guitar )
- Mark Stein Keyboards ( vocals )
Wyświetlony 7276 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza jacek chudzik piątek, 08 luty 2008 17:28 napisane przez jacek chudzik

    Wyobraźmy sobie zespół, którego debiutancki album osiąga niesamowity sukces. Kaszka z mleczkiem, nic prostszego. Wyobraźmy sobie, że ten zespół zyskuje w krótkim czasie taką sławę, że otwiera koncerty samego Hendrixa, gra u boku Cream, a nawet jest supportowany przez panów Page’a, Planta, Jonesa i Bonhama. Niemożliwe? Wyobraźmy sobie, że miarą wpływu jaki nasz zespół ma na muzykę lat ‘60tych i ‘70tych jest fakt, iż m.in. Deep Purple i Led Zeppelin przyznają się do bycia pod silnym wpływem tej kapeli. Niesmaczny żart? Wyobraźmy więc sobie, że po szybkim wzlocie następuje jeszcze szybszy upadek tego zespołu, tak iż jego nazwa powoli spada do muzycznej ‘drugiej ligi’, a z czasem niemal w ogóle popada w zapomnienie. Możliwe, ale wciąż brzmi jak alternatywny scenariusz filmu ‘This Is Spinal Tap’? Wyobraźmy sobie zatem jeszcze tylko ten drobny szczegół: zespół ów nazywa się Elektryczne Gołębie... Kto to wymyślił: Rowan Atkinson?

    Ciepło…ale nie gorąco. Cała historia wydarzyła się naprawdę, z tą tylko różnicą, że człowiek, który odegrał tu znaczącą rolę był producentem nagrań i nazywał się Shadow Morton. To on odwiedzając różne lokale w poszukiwaniu ‘młodych talentów’, zawitał na występ pewnej kapeli. Nazywali się The Pigeons (wspomnieć wypada, iż w wyniku powszechnej zgody, motywowanej zmianą wizerunku wykreślili z afisza przymiotnik ‘electric’). Zespół zrobił na Mortonie takie wrażenie, że…dość szybko zaczął szukać drzwi, nad którymi świecił się napis ‘exit’. I już The Piegeons nie dostaliby szansy, gdyby akurat w tej chwili nie zaczęli grać swojej wersji przeboju ‘You Keep Me Hanging On’. Morton zatrzymał się. To co usłyszał zrobiło na nim takie wrażenie, że nie tylko przysiadł, ale szybko i sprawnie załatwił Gołębiom sesję nagraniową, a następnie kontrakt z Atco Records. Morton zrobił dla zespołu jeszcze jedną rzecz. Zmienił im nazwę na Vinilla Fudge.

    Wydany w 1967 roku album kwartetu, pod wymyślnym tytułem ‘Vanilla Fudge’, śmiało można nazwać muzycznym wydarzeniem. Najłatwiej jest powiedzieć, że jest to wydawnictwo po prostu wyśmienite. Wdajmy się jednak w szczegóły…Płyta zawiera siedem nagrań utworów cudzych i trzy własne miniatury, które nawet trudno określić utworami. To, że album składa się wyłącznie z coverów zupełnie jednak nie razi, ponieważ są to aranżacje pomysłowe i śmiałe. Nie ma tu muzycznego wiernopoddaństwa, przeciwnie wręcz, album kipi od pomysłów i dźwięków zupełnie nowych. Muzycznie dominują na albumie organy Hammonda, ale dużą rolę odgrywa również perkusja. Panowie Mark Stein i Carmine Appice wspaniale tworzą psychodeliczny klimat krążka, do spółki z Timem Bogertem (bas) i Vincem Martellem (gitara). Kompozycje są zasadniczo…nieprzewidywalne. Powolne tempo, często zrywa się nagle, po czym znowu zwalnia. Chórki wcale nie należą tu do rzadkości i zdają się mieć swe korzenie w tradycji gospel. Wszyscy muzycy grają niebanalnie, ale kiedy potrzeba pozwalają zabrzmieć ciszy. Album jest spójny i równy, znajdziemy na nim mnóstwo przyjemnej i w gruncie rzeczy delikatnej muzyki. Po czterdziestu latach nadal słucha się go wspaniale. Jedyne co może drażnić nasze ucho, o ile Vanilla Fudge potraktujemy zbyt serio, to nadmierna rzewność pojawiająca się czasami na przemian ze zbytnią pompatycznością muzyki, przywodzącej na myśl jakiś podrzędne musicale.

    Warto zwrócić uwagę, że prócz głównych utworów na płycie ‘Vanilla Fudge’ pojawiają się trzy (albo cztery – ostatnia jest częścią innego utworu) muzyczne kilkunastosekundowe kruszynki. Ich tytuły to: STRA, WBER, RYFI, ELDS. Skąd tutaj ‘Truskawkowe pola’? Beatlesi niewątpliwie znajdowali się w kręgu zainteresowań muzyków Vanilla Fudge. Świadczy o tym choćby fakt, iż na swojej płycie umieścili covery ‘Ticket To Ride’ i ‘Eleanor Rigby’. Ten drugi zamyka zresztą album. A raczej prawie zamyka, ponieważ po nim pojawia się echo ‘Strawberry Fields Forever’. Czy to niewinna, psychodeliczna igraszka, zabawa muzyczna i hołd złożony Beatlesom? Możne tak, może nie…Owe kruszynki mają wspólny podtytuł – ‘Illusions Of My Childhood’.

    To nie koniec niedomówień związanych z Vanilla Fudge. Wizerunek jaki stworzyli też był dziwny, a przynajmniej dwuznaczny. Kiedy występowali na scenie, zacierała się granica pomiędzy ekspresją, a przerysowaniem i karykaturą. To tak jakby oglądać muppety w akcji. Ich egzaltacja niemal kwestionowała powagę występu. Czy był to ‘szał uniesień’, czy tylko zgryw, ‘tylko’ rewelacyjna muzyczna parodia?

    Wydawać by się mogło, że zmiana nazwy z Gołębie na Waniliowa Krówka nie jest żadną zmianą. Z czasem jednak ta nowa nazwa stała się niemal symboliczna. Dlaczego? Słownik angielski tłumaczy ‘fudge’ również jako ‘unikać’ i ‘fałszować’. Jak to się ma do zespołu prezentującego się dość kiczowato na koncertach i grającego muzykę bynajmniej nie własną w kontrowersyjnych aranżacjach? Zapewne nijak, w końcu ‘fudge’ to też ‘sos karmelkowy’. Zapewne…

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version