ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Devil Doll
The Girl who Was... Death
(1989, album studyjny)

1. The Girl who was....Death (38:48 + 26:20 of silence + 1:56)

Czas całkowity: 66:06
- MR. Doctor ( man of 1000 voices, organ )
- Edoardo Beato ( piano )
- Katia Giubbilei ( 2nd violin )
- Albert Dorigo ( guitar )
- Sasha Olenjuk ( 1st violin )
- Lucko Kodermac ( drums )
- Bor Zuljan ( guitar )
- Jani Hace ( bass )
- Davor Klaric ( keyboards )

oraz:
- Paolo Zizich ( backing vocal )
- Mojca Slobko ( Harp )
- THE DEVIL CHORUS conducted by Marian Bunic
Wyświetlony 4837 razy
Inne albumy wykonawcy: « Dies Irae

1 komentarz

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński wtorek, 23 wrzesień 2014 23:29 napisane przez Edwin Sieredziński

    Mroczny, bardziej symfoniczny rock... to może się kojarzyć ze złotymi czasami lat siedemdziesiątych, kiedy cała rockowa kawalkada ujawniła swoje wielkie zróżnicowanie treści i formy. Dla większości słuchaczy na pewno nie z końcem lat 80. A tutaj mamy właśnie taką ciekawostkę, jedną z najciekawszych płyt drugiej połowy lat 80. Nawet w tak marnej epoce, okresie cukierkowych aż do nudności brzmień syntezatorów, wszechobecnego plastiku mogło się zrodzić dzieło naprawdę wybitne, jakie można umieścić obok klasyków gatunku.

    Devil's Doll to słoweńsko-włoski projekt eksperymentalnego rocka stworzony przez tajemniczego MR Doctora. Łączy on różne tradycje rockowe z elementami klasycznymi. Wszystko ma taką mroczną aurę, taką jaką pierwsze albumy King Crimson. Rzeczony album The Girl Who Was... Death trzyma się tej formuły. Utwory tutaj są długimi, wielowątkowymi monumentami. Pod tym względem zespół zbliża się do Yes, który w klasycznym dla siebie okresie symfonicznym tworzył właśnie takie rozbudowane suity: kto słuchał Close to the Edge czy Tales from Topographic Oceans, wie o czym mowa. Porusza się również bardzo swobodnie między różnymi nurtami - od ostrych gitarowych riffów metalowych po organową muzykę zbliżającą się czasem do Bacha, z partiami instrumentów smyczkowych. To rozwiązanie może nawiązywać do Rock in Opposition. Cały czas utwory zachowują monumentalny, choć zimny, charakter. Ma się wrażenie odbywania pewnej muzycznej podróży, tak jak słuchając starszych, wyżej wzmiankowanych kawałków Yes... tylko nie po różnych nastrojach, tylko po mrocznych zakamarkach świadomości. Tutaj Devil's Doll jest znacznie spójniejszy niż jego nobliwy pobratymiec - tu nie ma nagłych przejść jak w "Close to the Edge" - od monumentalnej zapierającej dech w piersiach klawiszowej solówki Wakemanna po późniejszą muzyczną groteskę. Nie mniej jednak wrażenie to robi. Jak wcześniej wspominałem, bardziej to pod tym względem przypomina King Crimson. Mroczny, ale monumentalny - tak pisano o debiucie King Crimson. To samo można powiedzieć o The Girl Who Was... Death. I tak samo dobry do głębszych przemyśleń.

    Sama muzyka jest stosunkowo regularna. Tu nie ma nałożonych na siebie dysonansów jak w Univers Zero. Schematy harmoniczne są bardzo klasyczne, niczym to się nie różni pod tym względem od starego, dobrego rocka symfonicznego. Wprowadzone ostre riffy gitarowe dodają wręcz smaku symfonicznego metalu czy metalu progresywnego. Widać również album powstały w innej epoce. Lata osiemdziesiąte poza wyżej wzmiankowaną popeliną były okresem bardzo dynamicznego rozwoju sceny metalowej. Ciężko zatem, aby twórca działający w obrębie rockowej awangardy tego nie dostrzegł. Zresztą przypadek Devil's Doll nie jest odosobniony. Mocniejsza gitara elektryczna w wersji bardzo organicznej i połamanej pojawia się w Caspar Boerzmann Massaker czy w zeuhlowym projekcie Shub Niggurath. Tutaj jednak - co wyżej pisałem - podobnych wygibasów nie ma. Nie mniej jednak siła brzmienia momentami jest i to większa nawet niż u szeregu prog metalowych grup typu Dream Theater. Smaku dodaje bardzo zróżnicowana wokaliza MR. Doctora. Prawie jak Captain Beefheart, tylko bez specjalnych udziwnień.

    Może album ma straszną okładkę, ta zmumifikowana ciotka z otwartą paszczą, jak jeden z trupów na Świętym Krzyżu... Muzyka jest dosyć mroczna. Nie mniej jednak stanowi prawdziwe arcydzieło. Porządny prog rock nie skończył się w drugiej połowie lat 70. Jeśli ktoś uwielbia pierwsze płyty King Crimson oraz Yes okresu symfonicznego (mniej więcej od Fragile do Tormato) - do takich indywiduów należę - będzie tą płytą zachwycony. Choć awangarda, to podana w bardzo strawnej formie. 5 gwiazdek to za mało.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version