ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

De Mille, Franka
Bridge The Roads
(2010, album studyjny)

1. Come On (3:56)
2. Fallen (Live) (3:52)
3. Solo (2:46)
4. Gare du Nord (6:10)
5. Birds (5:55)
6. You'll Never Know (3:25)
7. So Long (5:38)
8. Oh My (3:39)
9. Bridge The Roads (Live) (3:32)
10. Gare du Nord - unplugged (4:22)

   Czas całkowity: 43:25
Christian Fontana: acoustic guitar, slide guitar, piano, keyboard, bass, bongos, bodhran
Dorota Gralewska: cello, keyboards, piano
Steve Morrison:  acoustic guitar
Deborah Gruman: violin
Chris Stone: violin
Paul Tkachenko: accordion, mandolin, oud
Ragnhild Loken: piano, flute
Cyriel Diels: double bass, bass
Mannie Mazzeo: drums
Franka De Mille: vocals, small percussion
Wyświetlony 8878 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Paweł Tryba wtorek, 17 sierpień 2010 01:01 napisane przez Paweł Tryba

    Dziś o czymś odmiennym od prog rocka. No dobra, o czymś biegunowo od niego odległym. Wpadła w moje ręce płyta wypełniona konwencjonalnymi, staromodnymi piosenkami. Kilkuminutowymi, o klarownej strukturze. Śpiewanymi dźwięcznym dziewczęcym głosem. Zaaranżowanymi gustownie na akustyczne instrumentarium. Czyli teoretycznie - dla fana progresu nic ciekawego. Progmaniacy mają jednak tę miłą cechę, że uważnie rozglądają się na boki, szukają nowinek nie tylko na znanym sobie podwórku. Wiem, bo sam tak mam. Podobnie koledzy z redakcji i pokaźne grono forumowiczów. Skoro tak, to apeluję - kiedy będziecie się na te boki rozglądali, nie przegapcie Bridge The Roads Franki De Mille.

    Bardzo lubię współczesne szansonistki. Mogę bez końca słuchać Suzanne Vegi, zawsze strzygę uszami, kiedy śpiewają Tori Amos czy Alison Moyet. A Dani Klein z Vaya Con Dios to moja ulubiona wokalistka w ogóle (no i wyszło szydło z worka, powinienem się rozpływać nad wokalami Sonji Kristiny i Annie Haslam, a zamiast tego uprawiam dywersję!). Jest tylko jeden problem. Wszystkie wspomniane panie mają koło pięćdziesiątki albo grubo po. Wiem, kobietom wieku się nie wypomina, ale może warto byłoby pomyśleć o sukcesji, przekazać komuś songwriterski tron? W osobie Franki De Mille odnalazłem godną doń pretendentkę. Młoda Brytyjka skomponowała i nagrała wspaniałe piosenki i na dodatek same je wydała w godnej ich piękna oprawie. Dlaczego sama? Dlaczego Bridge The Roads nie ma szumnej promocji w prasie i radio? Rozumiem, że takie granie jest dziś niemodne, ale w takim razie - do bani z taką modą!

    Cala otoczka, jaką panna De Mille kreuje wokół siebie stylizowaną na pożółkły papier kopertą płyty czy pełną czarno-białych fotografii stroną internetową sugeruje osobę wysoce wrażliwą, zakorzenioną w tym, co stare. Pieśniach śpiewanych w klubach dawnego Paryża i przedwojennego Berlina, swingu, chwilami także muzyce dawnej. Teksty mają wydźwięk autobiograficzny, ba!, czasem wręcz ekshibicjonistyczny, a obecne na stronie artystki komentarze jeszcze bardziej odzierają liryki z niedopowiedzeń. No i proszę! Rozpamiętywanie niewesołej przeszłości może zaowocować czymś dalece piękniejszym niż gotyk i emo! Bridge The Roads ma cechę dobrych songwriterskich albumów - nie ma tu żadnej gry na czas. W rocku brak treści zawsze można jakoś obejść natchnionym solo albo jakimś elektronicznym efektem. W muzyce takiej jak ta, obliczonej na kontakt z publicznością w niewielkich salkach, liczy się konkret, komunikatywność i przede wszystkim osobowość twórcy. Jasne, zauważyłem, że Franka De Mille śpiewa z francuskim akcentem (czasem chyba rozmyślnie uwypuklonym), co w połączeniu z jej barwą głosu daje pewne podobieństwo do Dani Klein. Że kiedy rozlega się fortepian słyszę echa Tori Amos czy płyty White Chalk P.J. Harvey. Mimo to jednak Franka jest przede wszystkim sobą, nie uprawia żadnego epigoństwa.

    Brak na Bridge The Roads utworów przypadkowych. Każdy ma w sobie coś i każdy czemuś służy. Niebanalne melodie są bogato zinstrumentalizowane i co ważniejsze - ułożono je w nieprzypadkowej kolejności, dzięki której album ma swoją dramaturgię. Zaczyna się pogodnie. Come On to żywy swing z akompaniamentem gitary elektrycznej. Jest tu coś z ducha Vaya Con Dios i Purple Prose. W dobrym nastroju pozostajemy jeszcze przez moment dzięki nagranemu na żywo Fallen. Brawa dla skrzypka Chrisa Stone'a, w jego grze słychać luz, polot ale też świetne rzemiosło. Kiedy już myślimy, że czeka nas kilkadziesiąt błogich minut pojawia się rozdzierająca ballada Solo, studium ludzkiej samotności. Nie chcę się czuć solo, czasem w ogóle nie chcę już nic czuć - śpiewa Franka, a ja się z nią utożsamiam, bo też się czasem tak czuję, jak wszyscy zresztą. Każdy przeżywa takie niewesołe chwile, ale to De Mille potrafiła je opisać. O rozłące z ukochaną siostrą opowiada Gare du Nord. Ta piosenka to przykład prawdziwego aranżerskiego kunsztu. Jak wspaniale współbrzmią obok siebie sekcja smyczkowa i pachnący Francją akordeon! Całości dopełnia dyskretny fortepian. Trochę weselej robi się w Birds, ale kiedy wczytamy się w tekst pojmiemy, że to śmiech przez łzy. Refren ładnie ubarwiają tony fletu. You'll never Know ma w warstwie instrumentalnej sporo wspólnego z ostatnimi folkowymi poczynaniami Marka Knopflera. I niesie iskierkę radości, chwilę później zduszoną przez So Long. To zdecydowanie najmroczniejszy element układanki pt. Bridge The Roads. Powolny, statyczny, nawet Franka śpiewa trochę inaczej, pozwala sobie na aktorską emfazę. Gdyby cała płyta tak brzmiała, umieściłbym ją raczej na półeczce z darkfolkiem. Refleksyjne, oparte głównie na fortepianie Oh My pozwala trochę ochłonąć po tych mocnych wrażeniach. Bridge The Roads może się kojarzyć z amerykańskim folk rockiem. Coś jakby u Łamaczy Serc zamiast Toma Petty wstawić panią. Potem jeszcze akustyczna repryza Gare Du Nord. Płaczące skrzypce wieńczą spowiedź Franki. Pora włączyć płytę jeszcze raz, jeszcze raz przeżyć wszystko razem z autorką.

    Ray Wilson powiedział mi kiedyś w wywiadzie, że nie chciałby nigdy nagrać płyty od początku do końca wesołej. Zaczynam rozumieć co miał na myśli. Żeby powstało coś wyjątkowego potrzebne jest całe spektrum emocji, nie tylko ich wycinek. Dlatego mogę tylko życzyć France DeMille, by swoje smutki kanalizowała w piosenkach, a prywatnie pozostała wesoła i beztroska. Bo bardzo bym chciał, żeby jeszcze nie raz czarowała mnie swoją muzyką, a tej nie można jednak tworzyć będąc w permanentnym dołku. Za Bridge The Roads daję wielką piątkę, a artystce dedykuję moją ulubioną pocieszankę: Don't Cry, Sister J.J. Cale'a.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version