ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Electric Light Orchestra
A New World Record
(1976, album studyjny)

1. Tightrope (5:04)

2. Telephone Line (4:37)

3. Rockaria! (3:13)

4. Mission (A World Record) (4:25)

5. So Fine (3:55)

6. Livin' Thing (3:31)

7. Above The Clouds (2:17)

8. Do Ya' (3:44)

9. Shangri-la (5:33)

 

Czas całkowity: 36:19

Bev Bevan / drums and percussion, backing vocals

Melvyn Gale / cello

Kelly Groucutt / bass, vocals

Mik Kaminski / violin

Jeff Lynee / guitar, vocals

Hugh Mc Dowell / cello

Richard Tandy / piano, moog, guitar

Louis Clark / string arrangements

Wyświetlony 4506 razy
Inne albumy wykonawcy: « Eldorado: A Symphony

1 komentarz

  • Link do komentarza Michał Jurek niedziela, 04 wrzesień 2011 17:48 napisane przez Michał Jurek

    'A New World Record' (tytuł wzięty, jak wspomina Jeff Lynne, ze sportowych transmisji telewizyjnych) to szósty album w dorobku Electric Light Orchestra, i to album znaczący. Dzięki niemu grupa odniosła spory sukces w rodzimej Wielkiej Brytanii, która do tej pory jakby nie dostrzegała potencjału, jaki kryła w sobie muzyka ELO. Było to dość zadziwiające, zważywszy, że muzyka Electric Light Orchestra była osadzona w brytyjskiej tradycji muzycznej, ze szczególnym wskazaniem na Beatlesów. No, ale co się odwlecze... Album zyskał ogromną popularność, nie tylko u wyspiarzy, ale także w pozostałych częściach globu. Dość powiedzieć, że w pierwszym roku po wydaniu płyta sprzedała się w astronomicznym nakładzie 5 mln sztuk. Trudno się jednak temu dziwić, skoro na 'A New World Record' znalazły się takie evergreeny jak 'Telephone Line' czy Livin' Thing'.

    A właśnie - przeboje. Płyta 'A New World Record' umożliwiła zespołowi zbudowanie w ciągu następnych kilku lat pozycji dostarczyciela murowanych hitów na listy przebojów. Na albumie tym próżno bowiem szukać długich progresywnych suit, dominują krótkie, pop-rockowe utwory o zwartej strukturze. Już widzę te skrzywione miny zaprzysięgłych fanów progresu: 'eee... pop... bez suit...'. Jednak naprawdę nie warto się uprzedzać. To, co serwuje nam ELO, to pop najwyższej próby, wykwintny, melodyjny i zaaranżowany z niesłychaną dbałością o szczegóły. Muzyka zawarta na 'A New World Record' płynie sobie wartko, sprawiając przy tym wrażenie, jakby jej granie nie sprawiało muzykom absolutnie żadnego wysiłku. A jak uczy historia, to właśnie przy nagrywaniu takich płyt muzycy zwykli wylewać wręcz hektolitry potu, dopracowując piosenki do ostatniego szczegółu. Ale nie oznacza to, że zespół popadł w przesadę i cyzelując piosenki na 'A New World Record' odhumanizował je i pozbawił indywidualnego rysu. Wystarczy posłuchać chociażby operowo-rock'n'rollowej 'Rockarii!' o diwie operowej traktującej (choć kocha śpiewać arie, to z rock'n'rollem radzi sobie średnio :-)), w której to śpiewaczka Mary Thomas nie weszła w tempo i zaczęła swoja partię zbyt szybko (komentując to zresztą zgrabnym: ups!, słyszalnym zaraz na początku utworu).

    Nie będę omawiać singlowych hitów zawartych na 'A New World Record', bo wydaje mi się aż niemożliwym, żeby ktoś nie znał wspomnianych już 'Telephone Line' (wydany oryginalnie na zielonym winylu! ech, mieć taki singiel w kolekcji...) 'Rockarii!' czy 'Livin' Thing'. Wspomnę więc może o innych moich ulubionych nagraniach z tej płyty, które w niczym singlom nie ustępują, a nie miały tyle szczęścia, by wydano je na małej płytce. Zaliczają się do nich otwieracz 'Tightrope', 'Mission (A World Record)' oraz kończące album 'Shangri-La'. Pierwsze urzeka umiejętnie budowanym nastrojem, tworzonym przez kotłujące się instrumenty smyczkowe, które po dłuższej chwili ustępują miejsca rozpędzonej muzycznej machinie ELO. Nóżka sama tupie. Drugie zniewala melodyjnym refrenem, w którym pan Jeff śpiewa 'watching all the days roll by, who are you and who am I?', wspierając się slideującą gitarą. Natomiast 'Shangri-La' zaczyna się niby dość zwyczajnie, ot, melancholijna piosenka o trapiących podmiot liryczny smuteczkach i tęsknocie za spokojem (świetna fraza się tam trafia: 'my Shangri-La has gone away, fading like the Beatles on Hey Jude'). Jednak koda tego utworu autentycznie powala, przeplatające się śmigające smyczki i chóralne patetyczne wstawki wywołują ciarki na plecach. Zawsze, gdy 'Shangri-La' się skończy, cofam płytę i puszczam tę kodę jeszcze jeden raz, i jeszcze...

    Z kronikarskiego obowiązku dodam, że na remasterze 'A New World Record' znajdziemy garść rarytasów, takich jak 'Telephone Line' z odmienną ścieżką wokalną, niepublikowane wcześniej, króciutkie i skoczne 'Surrender', czy instrumentalne wersje innych nagrań zawartych na płycie. Całkiem smakowite.

    'A New World Record' to znakomita płyta do posłuchania u schyłku lata, gdy jeszcze mamy trochę więcej wolnego czasu (jeśli mamy :-P) i możemy go poświęcić niezobowiązującej, acz bardzo urokliwej i melodyjnej muzyce, która - gdy już raz nadstawimy ucha - nieprędko nas opuści. Bez wątpienia warto dać tej płycie szansę. I tylko łza się w oku kręci, że czasy, gdy 'Telephone Line' i 'Livin' Thing' królowały na listach przebojów, już nie wrócą. A zamiast tego mamy zalew plastikowej tandety, schlebiającej najniższym gustom i pozbawionej jakiejkolwiek treści, wspieranej wideoklipami w iście zamtuzowej otoczce... Ale to już temat na inną okazję.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version