ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Osada Vida
Variomatic
(2018, album studyjny)

01. Missing - 8:51
02. Eager - 6:02
03. Fire Up - 4:16
04. The Line - 5:58
05. The Crossing - 1:37
06. Melt - 4:07
07. Catastrophic - 6:13
08. In Circles - 3:16
09. Good Night Return - 4:55
10. Nocturnal - 5:04


 

Czas całkowity - 50:19


- Marcel Lisiak – wokal
- Jan Mitoraj – gitara
- Rafał Paluszek – instrumenty klawiszowe
- Łukasz Lisiak – gitara basowa
- Marek Romanowski – perkusja


 


 

Wyświetlony 1443 razy
Inne albumy wykonawcy: « The After-Effect

1 komentarz

  • Link do komentarza Aleksandra Leszczyńska niedziela, 30 sierpień 2020 13:14 napisane przez Aleksandra Leszczyńska

    Osada Vida - intrygująca nazwa, a za tą nazwą podąża równie intrygująca muzyka.
    Osada Vida w swoim pierwotnym znaczeniu to wioska, gdzie ludzie cieszą się swojego rodzaju wolnością - każdy znajdzie inną jej definicję, choć podobno ,,wolność to stan umysłu’’. Tamtejsza społeczność żyje z dala od cywilizacji i to życie jest scalone z rytmem natury. Dla jednych jest to całkiem pociągająca rzeczywistość, dla innych trochę mniej.
    Zespół Osada Vida może się poszczycić naprawdę ciekawym i dynamicznym zarówno samym startem kariery, jak również dalszym jej rozwojem.
    Taką małą prywatną wstawkę tutaj zrobię - nie zaczęłabym swojej przygody z muzyką progresywną, gdyby nie twórczość Riverside. Nadzwyczajnie okazało się, że drogi Osady Vida również się skrzyżowały z tym niezwykłym zespołem, a dokładnie jego ,,dobrym duchem”. To właśnie dzięki dostrzeżeniu przez Piotra Grudzińskiego trzeciego demo Osady Vida, muzycy złapali wiatr w żagle i wypłynęli na wielkie, szerokie wody. Zaczęło się od Progressive Tour II, gdzie koncertowali pod skrzydłami Riverside. A potem Panowie popłynęli jeszcze dalej - amerykański Festiwal Rites of Spring Festival (2011), potem ProgStage (2012) w Izraelu - występując u boku gwiazd z innych krajów, takich jak Pain of Salvation, czy Andromeda. Szans ujawniania swoich talentów nie brakowało, bo pojawili się również na Festiwalu Metal Hammer w roku 2015. A tam koncertowali przy blasku kunsztu Dream Theater. Na tym festiwalu wystąpił również nasz rodzimy zespół Tides from Nebula.
    Ich album "Three Seats Behind A Triangle" został doceniony przez brazylijski portal Progressive Rock & Progressive Metal i okrzyknięty tytułem płyty miesiąca w roku 2007. Takie wyróżnienie również otrzymali muzycy zespołu Riverside. Zaszczytnym osiągnięciem z pewnością było także supportowanie FISH’a.
    Ostatnia płyta Variomatic przyniosła dość znaczące zmiany w składzie w postaci nowego wokalisty, ale również eksperymentów z nowymi źródłami muzyki. Pojawiają się przeróżne zapożyczenia, które ubarwiają utwory w formie elementów zaskoczenia bądź są akcentami, nadającymi świeżość przekazowi.
    Większość utworów ma zachowany swój ciężar, ale jest on bardziej rozłożony. To mocniejsze brzmienie, z jednej strony jest poprzetykane wyżej wspomnianymi rozwiązaniami, innym razem przełamane bardziej lżejszym melodyjnym graniem.
    Missing w całej rozciągłości obfituje w bogactwo dźwiękowych przestrzeni, które występują trochę na zasadzie kontrastu, ale też jako naprzemienność. To sprawia, że z utworu wyciągnięto głęboki ładunek emocji, także tych przeciwstawnych. Missing z jednej strony zbudowany jest na niesamowicie potężnej partii gitarowej, a z drugiej strony ujawnia swoje delikatne punkty - ,,wir gitarowy” i subtelna, akustyczna wstawka rodem z klimatu flamenco. Numer zawiera specyficzny, klawiszowy podkład o wysokich tonach, a jednocześnie bywa niesiony na grawitacyjnych, gęstych gitarach. A na koniec solo gitarowe doszlifowane przez Jana Mitoraja i takie przyjemne zwieńczenie fortepianowo-saksofonowe. Wydaje się, że w tym utworze zostało tak wiele opowiedziane…
    Zaczynając przesłuchanie od pierwszego utworu, stali fani zespołu zmierzą się z oceną nowego głosu należącego do Marcela Lisiaka (brata głównego basisty). Wokalista modulując swój głos uzyskuje ciekawe efekty. Tak w Missing czy The Line, gdy wchodzi na wyższe rejestry, w pewnych momentach słyszę nawet małe podobieństwo do legendy hard rocka mrocznej strefy (jednak nie ośmielam się być zbyt śmiała w tych spostrzeżeniach).
    W Eager, jak się wsłuchać bardziej to sam początek jest naznaczony naprawdę soczystym gitarowym graniem. Później jeszcze ten mocny gitarowy manewr jest popełniony raz jeszcze. W tym numerze muzycy momentami bawią się w rytmie funky - w takiej aranżacji występują partie perkusyjne i gitarowe. Potem tempo spowalnia, pojawia się trochę miejsca dla łagodniejszej części utworu, a następnie utwór ponownie jest porządnie podriffowany. Zdaje się, że takim kluczem do tego utworu jest dosyć elastyczny rytm uzyskiwany jednocześnie przez rozwiązania typowe dla hard rocka, a innym razem dla stylu typowo funky.
    W Fire up rozpoczęty jest riffami bardzo charakterystycznymi, które zapętlają się w dość mocne skojarzenie. Cóż zrobić jak słychać echo AC/DC. Zupełnie subiektywnie, jak dla mnie ociera się to o przewodni riff w Black in black. Idąc tym tropem Fire up to zastrzyk energii, raczej bez żadnych skutków ubocznych.
    The Line jest bardzo melodyjny, harmonijny. Melatronowe rozmyte tło, wyrywające się do przodu gitary, trochę akustycznego grania, zharmonizowane solo gitarowe, wyższe tony pianina - wszystko to zamyka się w całość The Line.
    Potem mamy krótki przerywnik w postaci The Crossing do którego wkradają się wariacje jazzowe z wyeksponowanymi dźwiękami saksofonu, a cała linia melodyczna została tu podbita ciepłym brzmieniem basu.
    W Melt dominują brudno przesterowane gitary, ale i nie brakuje improwizacji klawiszowych. W ogólnie bujanej atmosferze, wplata się też nieco ,,niepokojącego gitarowego brzmienia” pokrewnego z wydźwiękiem niektórych płyt Porcupine Tree.
    Catastrophic przyjemnie otula dźwiękami. Występuje tu piękna synteza gry na gitarze basowej i orientalnej lutni arabskiej (oud), potem dołącza elektryczna gitara, więc robi się jeszcze ciekawiej. Dodatkowo utwór dopełnia partia zagrana na pianinie.
    In Circles - sztandarowy utwór promujący płytę. Numer jest prowadzony na zdyscyplinowanej linii basowej, mocnych riffach, a zwieńczenie stanowi heavy metalowy koniec.
    Good night return to taki oddech na albumie. Ten utwór składa się z ciekawych klawiszowych wariacji.
    Na sam koniec ponownie napływają skojarzenia, z jednej strony to dobrze i niedobrze. Nocturnal również całkiem subiektywnie kojarzy mi się z jednym motywem takiej ,,samo napędzającej” się partii basowej występującej w Idiot Prayer - Porcupine Tree, tylko w tym numerze jest to doprawione wyrazistymi riffami.
    Album jest różnorodny. Momentami w utworach ta ich progresywna strona została trochę przełamana i podana w bardziej melodyjnej odsłonie. Zastanawiam się jakie nowe formy rocka progresywnego są akceptowalne dla wiernych fanów. Dla mnie to jest to ciekawe rozwiązanie, ale bez zbyt dużej utraty instrumentalnych warstw na rzecz większej melodyjności.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version