ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Anathema
A Natural Disaster
(2004, album studyjny)

A Natural Disaster
Oceń ten artykuł
(92 głosów)
1. Harmonium (5:28)
2. Balance (3:58)
3. Closer (6:20)
4. Are You There? (4:59)
5. Childhood Dream (2:10)
6. Pulled Under at 2000 Metres a Second (5:23)
7. A Natural Disaster (6:27)
8. Flying (5:57)
9. Electricity (3:51)
10. Violence (10:45)

Czas całkowity: 55:18
- Vincent Cavanagh  (vocals, guitar, vocoder)
- Daniel Cavanagh  (guitar, keyboards, vocals (4,9)
- Les Smith  (keyboards)
- Jamie Cavanagh  (bass)
- John Douglas  (drums)
oraz:
- Anna Livingstone (bacground,vocals (4)
- Lee Douglas  (vocals (7)
Wyświetlony 8069 razy

2 komentarzy

  • Link do komentarza Marta Wrona piątek, 31 grudzień 2010 03:17 napisane przez Marta Wrona

    Płyta 'A Natural Disaster' ukazała się w 2004 roku, po powrocie niepokornego Daniela Cavanagh'a. Jest jak na razie ostatnim (oprócz kilku kompilacji i DVD) wydawnictwem tej brytyjskiej grupy.

    Krążek zaczyna się spokojnym i harmonijnym (jak głosi tytuł) utworem opatrzonym delikatnym głosem Vincenta. W oddali słychać powtarzający się rytm, ale później w ruch idą gitary, a głos wokalisty nieco przybiera na sile. Następnie 'Klątwa' popisuje się utworem 'Balance', który wyróżnia się klawiszowym motywem, od razu wpadającym w ucho. Zauważyć można, że Anathema odważyła się poeksperymentować nieco z elektroniką i komputerami. Zarówno w hipnotyczno- elektronicznym 'Closer', jak i we wspomnianym już 'Balance', możemy uświadczyć zmodyfikowany głos.
    Małym 'ale' na płycie, który mi osobiście przeszkadza, jest 'Childhood Cream'. Przez cały utwór słychać w nim tylko śmiech dziecka, na tle różnorakich sampli. Trochę wyprowadza to z zapoczątkowanego klimatu płyty.
    Żeby nie było całkiem tak łagodnie i ładnie, Anathema zaserwowała nam duży łomot. Słowo 'duży', może po przesłuchaniu szóstego numeru na płycie, wydać się dużym nadużyciem, ale przy tak delikatnych dźwiękach, jakimi została przyprawiona ta płyta, jest to jak najbardziej słuszne. Chociaż z drugiej strony piosenka ta odstaje nieco swoją kompozycją od reszty, bo jest jakaś taka...zwykła....? Choć sama śmieję się z mojego porównania, ale gdy pierwszy raz ją przesłuchałam, to od razu nasunął mi się na myśl obraz śmiesznych panów z 30 seconds to Mars. Pewnie to przez te powtarzające się w obu przypadkach sekundy...
    Dochodzimy teraz do utworu tytułowego- jedynego na tej płycie, w którym możemy usłyszeć panią Anna Livingstone. Musze przyznać, że od razu się w nim zakochałam. Niesamowity klimat, który wprowadził tutaj głos wokalistki po prostu powala na kolana. W dodatku ten refren...Poezja.
    W kolejnych dwóch kawałkach swoim śpiewem raczą nas panowie, ale najlepsze zostawili nam na finał. Prawie 11-minutowa kompozycja jest dla odważnych i cierpliwych. Utwór podzielony jest jakby na dwie części. Pierwsza zaczyna się motywem fortepianowym. Dopiero później dołączają wszystkie instrumenty, w tym 'brzęcząca' gitara, która mknie coraz szybciej i szybiej do przodu. Do tego galopująca perkusja i nagłe wyciszenie...
    No i znów powraca fortepian...I tak już jest do końca. Jedyne określenie na ten fragment brzmi: idealnie nadaje się jako podkład do filmu przyrodniczego bądź dokumentalnego.
    Widać, ze Anathema ciągle lubi Pink Floyd i odcięła się już od doom/death metalu, który kiedyś preferowała. Jedyne co jej pozostało ze swojego 'pogrążenia', to teksty: niepokojące, o śmierci, końcu, ciemności, obawach i niepewnościach. Czekam z niecierpliwością, co pokażą na nowym albumie, którego premiera ciągle odkłada się w czasie. Słyszałam pogłoski, że płyta ma być weselsza od poprzednich. Ciekawe jak wyjdzie to wiecznie smutnej Anathemie...

  • Link do komentarza Paweł Bogdan piątek, 31 grudzień 2010 03:17 napisane przez Paweł Bogdan

    Zespół Anathema ja osobiście klasyfikuję do tych ciekawszych formacji spośród ciekawych. Pomijając już niesamowitą zdolność Brytyjczyków do wydobywania z dźwięków melancholijnych, depresyjnych uczuć, Anathema jest bardzo interesująca jeżeli chodzi o jej muzyczny progres, zmiany w brzmieniu i różne muzyczne nowinki, którymi zespół zawsze zaskakiwał przy wydawaniu kolejnych wydawnictw. Nie będę psuł czytelnikowi niespodzianki przy badaniu kolejno Eternity, Alternative 4, Judgement oraz A Fine Day to Exit i powstrzymam się od komentowania muzycznego rozwoju zespołu na przestrzeni tych wydawnictw, a zwrócę uwagę na album A Natural Disaster, na którym Anathema, zachowując swój rozpoznawalny styl, dokonała ciekawego i dość niespodziewanego brzmieniowego zwrotu.

    Zespół wydał swój album w różnych krajach na przełomie 2003/2004 roku. Anathema w pewnym sensie porzuciła kierunek obrany na poprzedniku (średnio udanym A Fine Day To Exit) i przy produkcji nowego krążka wprowadziła do swej muzyki nowy element. Tą nowinką była elektronika. Zespół ściągnął kajdany klawiszom, które na poprzednich albumach były praktycznie ograniczone do roli drugoplanowej. Na A Natural Disaster praktycznie od początku do końca grają one główne skrzypce i są głównym bohaterem utworów. Warto również dodać, że tym razem nie związano rąk klawiszowcy jeżeli chodzi o to, co ma grać. O ile na poprzednich albumach mogliśmy usłyszeć praktycznie tylko grę fortepianu, to tym razem możemy być lekko zaskoczeni. Zespół puścił wodze fantazji, wprowadzając do utworów wiele elementów typowych dla muzyki elektronicznej i całą paletę efektów. Można nawet rzec, że klawiszowiec na A Natural Disaster dostaje artystycznej weny i wymalowuje płytę (no może nie całą) kolorowymi barwami. Przy okazji dodam, że praktycznie wszystkie utwory na płycie skomponował Danny Cavanagh.

    Pierwsze trzy utwory: Harmonium, Balance i Closer idealnie pokazują nowinki, które wprowadziła Anathema do swej muzyki. Dużo elektroniki, dużo zabawy z dźwiękiem, dużo otwartości na eksperymenty. O ile Harmonium upływa praktycznie bez echa, to kolejne dwa utwory (Balance i Closer) są zdecydowanie ciekawsze. To co przykuwa uwagę słuchacza to ciekawy zabieg na jaki zdecydował się zespół, a mianowicie zmiksowanie wokalu tak, że pełni on funkcję drugoplanową - tła do całej muzyki. Obydwa utwory charakteryzują się ponadto typowym dla zespołu budowaniem napięcia u słuchacza.

    Anathema bardzo odważnie zaczęła album umieszczając na wstępie utwory, w których głęboko eksperymentuje. Można by się spodziewać, że w takiej dość dziwnej formie zespół pozostawi kolejne utwory, jednak podczas Are You There? Jesteśmy zmuszeni wycofać się z naszych założeń. Utwór ten jest swojego rodzaju powrotem starej Anathemy (co wcale nie oznacza że nie komponuje się z pozostałymi utworami z albumu), nareszcie z wiodącym głosem Cavanagha. Nie można przy tym zauważyć że Are You There? Jest swojego rodzaju perełką na albumie, a utwór ten podbił serca już wielu słuchaczy i do tej pory zdobywa dla zespołu kolejnych wielbicieli. Następnym przystankiem na płycie jest Childhood Dream czyli ubrany muzycznie śmiech i okrzyki uradowanego dziecka. Po tym ciekawym łączniku zespół po raz pierwszy na albumie pokazuje swój rockowy pazur w drapieżnym Pulled Under At 2000 Meters A Second, który swą budową nawiązuje do utworów z A Fine Day to Exit. [i/]

    Kolejne cztery utwory to swoiste wyciszenie i melancholia. Zaczynając od delikatnego, subtelnego utworu tytułowego (śpiewany przez Lee Douglas) przechodzimy we wciągające [i]Flying
    i poprzez wyważone Electricity zespół umiejętnie wprowadza nas w ponad 10 minutowy Violence. Co ciekawe nazwa utworu w języku polskim oznacza: przemoc, gwałtowność, a utwór jest najspokojniejszy na całym albumie i rzekłbym nawet, że najpiękniejszym spośród wszystkich. Violence rozpoczynają a zarazem kończą dźwięki fortepianu, a co warto zauważyć prowadzą one nas przez praktycznie cały utwór. Violence jest świetnym zakończeniem A Natural Disaster i mimo instrumentalnej skromności i braku fajerwerków zawiera w sobie pełen bagaż emocji i jedyną w swoim rodzaju tajemniczą atmosferę.

    Płyta A Natural Disaster narobiła sporo kontrowersji w progresywnym światku. Uderzającym był już sam zaskakujący fakt, że zespół jeszcze przed jej wydaniem oceniał ją negatywnie i klasyfikował ją niżej niż poprzedniczki. Jeżeli przejrzymy recenzje albumu na różnych muzycznych portalach i czasopismach natrafimy na skrajnie różne stanowiska: są i te wychwalające album pod niebiosa, jak również te, które A Natural Disaster krytykują. Ja osobiście przyłożę rękę do grupy krytyków.

    Po wydaniu Judgement w 1999 roku zespół musiał sobie zadać pytanie, w który kierunku dalej podążać. Droga, którą wybrano na A Fine Day to Exit spotkała się z niewielkim entuzjazmem słuchaczy, zespół więc postanowił na kolejnym krążku trochę poeksperymentować. W mojej opinii te eksperymenty są bardzo ciekawe, dość nowatorskie i całkiem udane. Nadały one muzyce zespołu potrzebnego wtedy oddechu, odrobiny świeżości i wyrwania się z kajdan depresyjnej muzyki. Album jednak przy całej swej melancholii i mimo swych pięknych melodii nasączonych uczuciowością oraz momentalnych zrywów jest jednak albumem dość monotonnym, by nie rzec nudnym. To czego mu z całą pewnością brakuje to zmuszenie słuchacza do wstrzymania oddechu, do zatrzymania się na dłużej przy albumie czyli czegoś co bez wątpienia posiadał Alternative 4 i Judgement. A Natural Disaster zawiera w sobie świetne Are You There?, Violence czy Flying, ale również nieciekawe Harmonium, przekombinowane Closer czy przewidywalne Pulled Under At 2000 Meters A Second. W obrębie całości album więc jest dość nierówny, a dodatkowo zaryzykowałbym stwierdzenie, że mało spójny. O ile klimatycznie wszystkie utwory w pewnym sensie się zespalają to kompozycyjno-instrumentalne zestawienie, dajmy na to: Are You There? Balance i Violence wypada dosyć blado. Wszystko to składa się na to, że album nie oczarowuje, nie porywa słuchacza a na dłuższą metę całościowo go nudzi i staje się bezbarwny. A Natural Disaster osobiście porównałbym do przynęty na rybę: jest kolorowa, barwna, można się nią najeść, ale przy tym nie jest zbytnio smaczna i nasza rybka oskubując na próbę przynętę zostawi ją, poszukując lepszego i dorodniejszego kąska.

    A Natural Disaster bez wątpienia nie jest jednak albumem słabym. Oceniałbym go jako dobry, solidny krążek lecz z całą świadomością, że zespół stać na wiele więcej. Bez wątpienia jest jednak lepszy od poprzednika - A Fine Day To Exit, a na pewno trzeba pochwalić nieustanny progres zespołu czyli to, że na każdym krążku zespół pokazuje coś nowego, wplata do swej muzyki niestosowane wcześniej elementy. Tych elementów szczególnie dużo uświadczymy na A Natural Disaster i świadczą one bez wątpienia o rozwoju zespołu i jego aktywnej, prężnej działalności. Jeżeli ktoś by wtedy powiedział, że na następny krążek Brytyjczyków trzeba będzie czekać aż 7 lat z pewnością został by wyśmiany& Ależ to życie może być zaskakujące.

    Podsumowując A Natural Disaster jest bardzo poprawnym, solidnym i ciekawym albumem. Odstaje on jednak dość znacznie od We're Here Because We're Here, Judgement czy Alternative 4, jednak z pewnością wart jest uwagi i można go szczerze polecać, niekoniecznie fascynatom muzyki progresywnej, bo każdy powinien znaleźć na nim coś dla siebie.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version