ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Opeth
Watershed
(2008, album studyjny)

1.Coil – 3:10
2.Heir Apparent – 8:50
3.The Lotus Eater – 8:50
4.Burden – 7:41
5.Porcelain Heart" – 8:00
6.Hessian Peel – 11:26
7.Hex Omega – 7:00

Czas całkowity:54:54

Special edition bonus:
1. Derelict Herds (6:29)
2. Bridge of Sighs (5:56)
3. Den Ständiga Resan (4:10)
- Mikael Åkerfeldt (vocals, guitar)
- Fredrik Åkesson (guitar)
- Per Wiberg (keyboards)
- Martin Mendez (bass)
- Martin Axenrot (drums)
oraz:
- Nathalie Lorichs (vocals (1)
Wyświetlony 5694 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Adam Nowakowski wtorek, 10 czerwiec 2008 23:15 napisane przez Adam Nowakowski

    Od zawsze miałem słabość do Szwedów z Opeth. Stali na straży rocka progresywnego, kiedy zapuszczałem się w cięższe muzyczne rejony, razem z Damnation, byli ze mną w trudnych momentach, a Dvd Lamentations, ciągle uważam za jeden z lepszych koncertów, który został wydany na tych nośnikach. Jednak wydana w 2005 roku Ghost Reveries rozczarowała mnie. Nie było tam magicznych momentów przypominających poprzednie dokonania Opeth, a cała muzyka stała się o wiele cięższa i jakby robiona trochę na siłę. Jeszcze do tego wszystkie w roku 2007 zespół opuścili gitarzysta Peter Lindgren i świetny perkusista Martin Lopez. Miejsce tych, bez wątpienia prog rockowych muzyków (pamiętam bardzo fajną neoprogresywną płytę, urugwajskiego projektu Lopeza, Drama), zastąpili ludzie, którzy do tej pory z tą artystyczną odmianą rocka do czynienia nie mieli (na perkusji Martin Axenrot z death metalowego Bloodbath,a drugą gitarę przejął Fredrik Akesson z Arch Enemy). Bałem się, że wybierając taki skład Akerfeldt pójdzie wyraźnie w stronę ciężkiego łojenia.

    Już po pierwszym spojrzeniu na track listę widać wyraźnie, że jest to najkrótszy (nie wliczając Damnation) album Akerfeldta. Czas całkowity kompozycji (nie biorę pod uwagę wydanych na rozszerzonej wersji coverów) nie przekracza godziny, którą to Opeth śmiało zostawiał w tyle na poprzednich swoich wydawnictwach. Dobrze, ale przecież nie czas trwania płyty świadczy o niej. Więc przejdźmy do sedna.

    Coil i pierwsze zaskoczenie. Dość niepodobne do Opeth folkowe gitary akustyczne i wspaniała muzyczna rozmowa pomiędzy Akerfeldtem, a gościnnie występującą Nathalie Lorichs, no a do tego jeszcze podniosłe syntezatory w dość dużej ilości. Utwór całkiem psychodeliczny, jakoś przychodzą mi na myśl obecne poczynania Six Organs of Admittance. Tego jeszcze w Opeth nie było.
    Drugi na płycie Heir Apparent sprowadza nas na ziemię. Charakterystyczne dla Szwedów ciężkie riffy, mocna, death metalowe perkusja z podwójną stopą i jeszcze brutalniejszy, niż na poprzednich płytach, growl. Utwór snuje się, jak 18 kołowa ciężarówka, przeradzając się w rytmiczny motyw przypominający wstęp Masters Apprentices z albumu Deliverance. A dalej to za co Opeth cenimy. Zwolnienie i akustyczna, bardzo niespokojna wstawka z fletem (też nowość!). No i znowu potężne riffy i przepotężny growl. No, ale widzę tu też już pierwszy minus. Słychać wyraźnie nieobecność Martina Lopeza. Niestety, Axenrot gra bardzo topornie i brak mu jazzowego feelingu poprzedniego perkusisty, który zawsze był dużym plusem Opeth. W cięższych momentach ta perkusja jest po prostu za bardzo death metalowa np. blasty (dla niewtajemniczonych szybka gra na zmianę werbel, talerz) na początek The Lotus Eater. Natomiast w tych lżejszych, perkusista Bloodbath gra za prosto i za bardzo rytmicznie (niepotrzebnie akcentując mocne części taktu), najwyraźniej nie czując tej muzyki.
    Ale skupmy się znów na tych dobrych stronach. Burden...ten utwór ciągle chodzi mi po głowie. Może i jest to nawet jeden z piękniejszych kawałków prog rockowych jaki powstał w tym roku. Piękny wokal Akerfeldta, podniosłe gitary z długaśnymi solówkami a la Pink Floyd, no i kolejna nowość - wspaniała organowa solówka, stylizowana na lata 70!! No, a później jeszcze wzruszająca, kolejna już na albumie rozmowa...tym razem gitarowa. Nie rozumiem tylko, tej śmiesznej, bo rozstrojonej gitary akustycznej pod koniec. Nie wiem co ona miała udowodnić. Hessian Peel to kolejny plus. Trochę znów tu nowości (gitary akustyczne zalatujące wschodnimi klimatami, czy dość folkowe momenty z wykorzystaniem instrumentów smyczkowych), jednak całość jest wyraźnie opetho-podobna, przypominając czasami, niepowtarzalny klimat Damnation. Nawet w tych cięższych momentach, Akerfeldt kombinuje jak tylko może, by nie powtarzać rzeczy, które już w Opeth były.

    Trudno jest dogodzić wszystkim fanom. W przypadku Opeth sprawa ma się jeszcze gorzej, gdyż kapela, jako jedna z nielicznych, okala bardzo szeroką grupę wielbicieli. Jednak Watershed, o dziwo, może się podobać zarówno długowłosym, metalowym wyjadaczom, jak i prog rockowym melomanom. I tu brawa dla człowieka - geniusza Mikaela Akerfeldta. Może nie jest to najlepsza płyta w dorobku Opeth, ale trzyma dobry poziom w dzisiejszym światku progresywnym. Stawiam mocne 4, w porywach na 5.

    4,5/5

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version