ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Echoes
Nature I Existence
(2010, album studyjny)

1. Epilogue (...Is Where We Start) (2:48)
2. Rude Awakening (6:32)
3. Leaf Motif (6:12)
4. Lullaby (4:21)
5. Bonfires (3:21)
6. Unfair (6:15)
7. Seasons Came To Pass (1:44)
8. Far from Coincidence (4:16)
9. Despair (5:33)
10. Winds Of Dread (3:40)
11. Farewell (3:32)
12. Prologue (Where We End...) (4:48)

Czas całkowity: 53:02
- Carl Webb (vocal (2,8)
- Nick Storr (vocal (3)
- Tobias Jansson (vocal (6)
- Pedro Castillo (vocal (10)

- Javier Landaeta (guitar, acoustic guitar, lapsteel guitar)
- Antonio Silva  (guitar, acoustic guitar)
- Rafael Sequera: (guitar, acoustic guitar)
- Alfredo Ovalles: (keyboards, percussion (7), slide guitar (2)
- Jorge Rojas (bass)
- Miguel Angel Moline (drums)
oraz:
- Dave Dufuss (sax (9,10)
- The Anechoic Chamber String Quartet,
Wyświetlony 2526 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Krzysztof Michalczewski czwartek, 20 maj 2010 19:13 napisane przez Krzysztof Michalczewski

    Echoes to pochodząca z Caracas w Wenezueli grupa sześciu instrumentalistów. Dzisiaj tworzą ją: trzej gitarzyści (Javier Landaeta, Antonio Silva, Rafael Sequera), basista (Jorge Rojas), perkusista (Miguel Angel Moline) i klawiszowiec (Alfredo Ovalles). Zespół powstał w 2004 roku i początkowo wykonywał muzykę wyłącznie instrumentalną, inspirowaną wenezuelskim folklorem. W 2005 roku formacja wystąpiła w ramach prestiżowego 'Alma Mater Rock Festival', na którym, przy ogromnym aplauzie zebranej publiczności, zdobyła pierwszą nagrodę. Po tym sukcesie grupa zmieniła swój styl - muzycy zrezygnowali z motywów ludowych, stare kompozycje ułożyli na nowo, napisali kilka nowych i do kilku z nich dopisali linie wokalne. Do współpracy zaprosili wokalistów (Carl Webb, Nick Storr, Tobias Janson, Pedro Castillo), saksofonistę (Dave Duffus) i kwartet smyczkowy (Raul Suarez, Leonor Falcon, Anne Lanzilotti, Manuel Hernandez). Tak przygotowany repertuar nagrali w różnych miejscach, m.in w studiu Lightbulb, pomiędzy 2007 a 2008 rokiem. Miksowaniem tych nagrań zajęła się znana ze współpracy z Within Temptation Ola Sonmark (Otek Recording, Karlstad, Szwecja 2008), a ich masteringu dokonał Svante Forsback (Chartmakers Studios Helsinki, Finlandia 2009). 'Nature I Existence', debiutancki krążek Echoes, jest właśnie rezultatem starań tego międzynarodowego towarzystwa. Ukazał się on na rynku w maju bieżącego roku nakładem wytwórni Progrock Records.

    I jaka jest ta płyta, wspólne dzieło ludzi pochodzących z tak odległych i tak różnych od siebie miejsc - gorącej strefy równikowej i mroźnej północy? I nie tylko o różnice klimatyczne tu chodzi, ale przede wszystkim o kulturowe między Starym a Nowym Światem. Wenezuela to przecież kraj, w którym dominują rytmy latynoskie, a muzyka rockowa nie cieszy się tam wielkim uznaniem. Natomiast i w Szwecji, i w Finlandii rock ma już od dawna (lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku) utrwaloną pozycję, a oba te kraje są prawdziwą wylęgarnią zespołów grających w stylu metalowym i progresywnym.
    Mimo tych odmienności cywilizacyjnych i różnego pojmowania muzyki, artystom udało się przełamać dzielące ich bariery i stworzyć bardzo dobrą, spójną pod względem stylistycznym i trzymającą w napięciu płytę. Jednak próżno szukać na niej indiańskiego folkloru, rytmów salsy, rumby, samby, passo doble i cha-chy - niczego takiego tutaj nie znajdziemy. 'Nature I Existence' zawiera pięćdziesiąt trzy minuty klasycznej muzyki progmetalowej, napisanej i wykonanej zgodnie z najlepszymi europejskimi i północnoamerykańskimi wzorami, co może wskazywać na to, że grupa zamierza swoim albumem podbić rockowy świat. I ten zamysł ma szanse powodzenia, gdyż muzycy Echoes grają niezwykle żywiołowo, z prawdziwym progmetalowym zębem i pazurem. Nie szczędzą słuchaczowi swoich wirtuozerskich popisów, śmiałych i błyskotliwych, zgrabnie wplecionych w strukturę poszczególnych kompozycji, solówek (np. kapitalne, drapieżne solo Jorge Rojasa na sześciostrunowym basie w 'Despair'). Na uznanie zasługuje gra Alfreda Ovallesa - ze swoich klawiatur wyczarowuje najróżniejsze brzmienia, od fortepianowego, poprzez hammondowskie, do syntezatorowego. Swoją grą nie tylko wypełnia tło, ale prowadzi też melodię, łączy poszczególne utwory ze sobą, wplata w nie karkołomne solówki i wdaje się w muzyczne pojedynki z gitarzystami. Można mu jedynie zarzucić, że zbyt bardzo zasłuchany jest w grę Jordana Rudessa. Złego słowa nie można powiedzieć o grze gitarzystów, ich partie są starannie poukładane, melodyjne, a brzmienie gitar różnorodne - raz ciężkie i twarde, innym razem lekkie i skoczne. Zaskakującym może wydać się fakt, że jak na album metalowy znalazło się na nim sporo motywów zagranych na dwunastostrunowych gitarach akustycznych. Podawanie beatu z matematyczną dokładnością nie sprawia Miguelowi Molinie najmniejszej trudności, dźwięki jego perkusji są mocno wyeksponowane, a brzmienie potężne niczym burzowe grzmoty.
    Na 'Nature I Existence' występuje aż czterech wokalistów, można jednak odnieść złudne wrażenie, że śpiewa tylko jedna osoba. Dzieje się tak dlatego, że wszyscy oni dysponują mocnym, o podobnej barwie, ciepłym głosem.
    'Nature I Existence' to nie tylko gitary, instrumenty klawiszowe i perkusja. W połączonych ze sobą 'Despair' i 'Winds Of Dread' bardzo emocjonalne sola na saksofonie wygrywa Dave Duffus i należy żałować, że jego udział w powstaniu tej płyty jest tak nieduży. Z kolei nostalgiczny 'Farewell' to napisany przez Ovallesa i zaaranżowany przez Rojasa utwór na fortepian i kwartet smyczkowy - po prostu perełka.
    Mocną stroną omawianego albumu są melodie, jest ich tu bez liku, a muzykom nie można odmówić talentu do pisania wyrazistych linii melodycznych.
    Dodajmy do tego wszystkiego jeszcze znakomitą realizację płyty, tj. bardzo dobrą dynamikę oraz soczysty i selektywny dźwięk, a otrzymamy dzieło prawie doskonałe.
    Prawie, bo nad 'Nature I Existence' unosi się duch Dream Theater, jednak nie na tyle wyraźnie, by można było muzyków Echoes posądzić o proste kopiowanie twórczości tej północnoamerykańskiej sławy.

    Czas pokaże, czy Echoes staną się dla wenezuelskiego rocka tym samym, czym dla polskiego stało się Riverside. Wydaje się to być wysoce prawdopodobne i mocno trzymam za to kciuki.
    Ocena - 4,5/5

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version