ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Anathema
We're Here Because We're Here
(2010, album studyjny)


01. Thin Air (5:59)
02. Summernight Horizon (4:12)
03. Dreaming Light (5:47)
04. Everything (5:05)
05. Angels Walk Among Us (5:17)
06. Presence (2:58)
07. A Simple Mistake (8:14)
08. Get Off, Get Out (5:01)
09. Universal (7:19)
10. Hindsight (8:10)

Czas całkowity:57:00

- Vincent Cavanagh  (vocals, guitar)
- Daniel Cavanagh  (guitar, vocals, keyboards)
- Jamie Cavanagh  (bass)
- John Douglas  (drums)
Wyświetlony 5972 razy
Inne albumy wykonawcy: « Serenades Hindsight »

2 komentarzy

  • Link do komentarza Paweł Bogdan sobota, 07 kwiecień 2012 23:40 napisane przez Paweł Bogdan

    Ile na rynku muzycznym można zrobić w 7 lat? Przykład: Pain of Salvation w tym okresie wydał 3 pełne albumy studyjne, 2 albumy koncertowe oraz 2 DVD, 7 lat to prawie cała historia zespołu Riverside, nie mówiąc ile w ciągu tego okresu powstało nowych, ciekawych zespołów. Jak więc widać, w 7 lat można zrobić naprawdę dużo, ale można zrobić też ?nic? jak zespół Anathema, o ile za "coś" można uznać dwie płyty koncertowe i akustyczny minialbum? Po wydaniu [i]A Natural Disaster[/i] w roku 2003 na jego następcę czekaliśmy do maja 2010 roku! Co było spowodowane tym stanem rzeczy? Słyszałem i czytałem już wiele tak różnych wersji, że ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Najbardziej jednak irytujący był fakt, że zespół zapowiedział kolejny krążek na rok 2004 i ciągle przekładał termin wydania albumu. Wiele osób (o ile nie wszyscy) na pewno ostatecznie w kolejny album zwątpiło, lecz chyba ku zdziwieniu wszystkich Anathema w końcu wydała na światło dziennie [i]We're Here Because We're Here[/i].

    Album miał być bardziej optymistyczny i radosny niż poprzednie krążki Brytyjczyków, osadzone raczej w depresyjnych, melancholijnych rejonach muzycznych. Wielu na pewno zastanawiało się jak może wyjść zespołowi ten eksperyment. Z pewnością już spojrzenie na okładkę, na której brylują radosne, świetliste barwy, daje do zrozumienia że będziemy mieli styczność z czymś ?innym?. Po odtworzeniu płyty od razu wsłuchujemy się w bardzo delikatne brzmienia gitary, oczekujemy typowo Anathemowego podniosłego monologu lub grobowego wokalu Daniela Cavanagha, lecz? słyszymy coś co nas zaskakuje! Bardzo swobodny, otwarty, lekki a co najważniejsze radosny śpiew wokalisty. Już po pierwszych sekundach zdajemy sobie sprawę, że Brytyjczycy nie prowadzą nas tym razem schodami w dół do ciemnej piwnicy. Tym razem idziemy na piękną polanę, szybujemy wśród obłoków, chwytamy lepiące się rąk babie lato, igramy z wszechobecnymi promienia słonecznymi. Anathema oczywiście nie odstępuje od swojego bardzo klimatycznego i pełnego tajemniczej aury stylu gry, lecz na najnowszym albumie wchodzimy po prostu do innego pokoju ich muzycznej twórczości. [i]Thin Air[/i] otwierając album już na samym początku tworzy atmosferę lekkości i swobody. Tym co nadaje piękna i nieskazitelności dziełu Anglików, jest zdecydowanie większa ilość partii wokalnych wykonywanych swym delikatnym głosem przez Lee Douglas (wydaje się czasami, że to ona ma w tym względzie większą rolę na krążku) niż na poprzednich albumach. Inne eksperymenty także wypadają pozytywnie, zespół umiejętnie miesza motywy zaczerpnięte z pracy nad poprzednimi albumami. Wspomnę tutaj o bardzo wyrazistych partiach klawiszowych na chociażby [i]Everything[/i] (czyżby na myśl przychodziło [i]Alternative 4[/i]?) czy typowo nastrojowych partiach muzycznych na [i]Universal[/i] lub [i]Hindsight[/i] (jakbym znów słyszał [i]A Natural Disaster[/i]).

    Płyta całościowo jest bardzo spójna i tworzy tzw. monolit. Barbarzyństwem byłoby słuchanie tego albumu wybranymi utworami, gdyż tylko jako całość pokazuje swe naprawdę ciekawe oblicze. Jeżeli jesteśmy już jednak przy poszczególnych utworach to najbardziej chciałbym wyróżnić przecudowny [i]Dreaming Light[/i]. Jest bardzo lekki i delikatny, wspaniale się rozwija niczym wiosenny kwiat pokonujący kolejne centymetry śniegu. Zaczyna się dość niepozornie, by pokazać piękno, na które nie możemy patrzeć obojętnie. Utwór ten dużo mówi o różnicy między [i]We're Here Beacuse We're Here[/i], a poprzednimi albumami. Wczytajmy się w część tekstową:
    [center]
    Suddenly... life has new meaning
    Suddenly... feeling is being
    Suddenly... I don't have to be afraid
    Suddenly... All falls into place

    And you shine inside
    And love stills my mind like the sunrise
    Dreaming light of the sunrise
    [/center]
    Nawet ten urywek tekstu pokazuje nam o czym tym razem śpiewa zespół. Nie dość, że teksty Anathemy na nowym krążku są osadzone w pozytywnych realiach, to zarówno Daniel jak i Lee śpiewają na płycie niesamowicie delikatnie, dosłownie pieszcząc każde słowo, jakby swym śpiewem mieli ukołysać małe dziecko. Tym razem nie słyszymy tekstów typu: [i]Life.. has betrayed me once again. z Lost Control czy There's no escape from this fear, regret, loneliness... z Regret[/i] ? tym razem czeka nas inna przygoda.

    Oprócz [i]Dreaming Light[/i] warto wspomnieć o wzbudzającym niesamowite emocje [i]Angels Walk Among Us[/i] czy bardzo uczuciowym [i]A Simple Mistake i Universal[/i]. Chciałbym zwrócić jednak uwagę na utwór numer 8: [i]Get Off, Get Out[/i], który już po pierwszym przesłuchaniu bardziej pasował mi na album [i]In Absentia[/i] autorstwa Porcupine Tree niż na [i]We're Here Because We're Here[/i]. Warto wspomnieć że produkcją albumu zajął się Steven Wilson i naprawdę czuć jego rękę, jego ducha, w podanym utworze. Dodam od siebie, że w mojej ocenie jest najsłabszy na krążku.

    Porównując [i]We're Here Because We're Here[/i] do poprzednich albumów najnowszy krążek Anathemy jest jasną wyspą na ciemnym oceanie przygnębienia, smutku i żalu. Brytyjczycy naprawdę zaskoczyli tworząc album, który wzbudza w słuchaczu zupełnie inne emocje niż poprzednie, jednocześnie zachowując swój styl i nie dając wątpliwości że ?to jednak Anathema?. To co charakteryzuje większość utworów z krążka to bardzo ciekawe wrażenia z jakimi pozostajemy po ich odsłuchaniu. Po dokładnym przeanalizowaniu większości utworów osobiście zostałem złapany w potrzask zastawiony przez zespół, kompletnie nie byłem w stanie odpowiedzieć samemu sobie na pytanie czy podany utwór był radosnym i bardzo optymistycznym, czy też dość melancholijnym i refleksyjnym. Album po prostu nie jest ani smutny, ani wesoły jednocześnie będąc wesołym i smutnym? Może to brzmi dość irracjonalnie, ale nic lepiej nie określi dzieła Anathemy jak powyższe zdanie.

    Muszę przyznać że z pierwszy raz spotkałem się z takimi wrażeniami, jakie niesie za sobą zagłębienie się w We're Here Because We're Here, dlatego album zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Nie jestem w stanie odpowiedzieć jednak na pytanie czy warto było czekać na niego aż 7 lat! Nie mam natomiast wątpliwości że naprawdę wart jest przesłuchania, aczkolwiek osobom zapoznającym się z dorobkiem zespołu radzę na początku wtopić się w [i]Alternative 4[/i] czy [i]Judgement[/i]. Dopiero wtedy [i]We're Here Because We're Here[/i] stanie się uderzającym w nas niespodziewanie gromem.

    Mam szczerą nadzieję że po zmianie stylu gry zespołu i 7 tłustych latach (od [i]Eternity[/i] do [i]A Natural Disaster[/i]) oraz po 7 chudych latach (2003-2010) przyszła pora na kolejne tłuste, owocne lata, rozpoczęte poprzez [i]We're here Because We're Here[/i].

  • Link do komentarza Gabriel Koleński sobota, 07 kwiecień 2012 23:40 napisane przez Gabriel Koleński

    Z początku jest jakby orientalnie. Słysząc pierwsze dźwięki widzę w wyobraźni kwiaty kwitnącej wiśni. Tak zaczyna się We're here because we're here, ostatnie do tej pory studyjne dzieło Anathemy z premierowym materiałem. Już niedługo ostatnie gdyż raptem parę tygodni zostało do wydania Wetaher systems, dlatego myślę że jest to dobry moment do napisania tej recenzji, przynajmniej będę na bieżąco z najnowszą płytą, która już 16 kwietnia ukaże się na rynku. Wracając do Thin air, z początku utwór zapowiada się bardzo sielsko, niewinnie, ale gdyby tak było przez cały czas to prawdopodobnie nie miałbym do czynienia z płytą Anathemy, tylko jakiegoś zupełnie innego zespołu. Dlatego też po pierwszej, powiedzmy, zwrotce (tak naprawdę ciężko w tym konkretnym przypadku mówić o klasycznym podziale zwrotka/refren, ale nie w każdym utworze tak będzie) mamy mocne przełamanie tej sielanki na rzecz znacznie bardziej podniosłego klimatu. Zresztą taki klimat na tej płycie dominuje. Momentami ociera się to o patos, innym razem zespół buduje odpowiedni dramatyzm, ale nie można odmówić Anathemie dbałości o emocjonalny aspekt ich muzyki, o czym wspomnę jeszcze później. W kolejnych utworach na płycie dzieje się wcale mniej. Znowu atmosfera pełni naczelną funkcję w Sumernight Horizon, tym razem jest ona dość niepokojąca, aż do gitarowego wybuchu, po którym utwór jest dużo cięższy (choć w połowie przełamany delikatną partią). Jest to również najszybszy kawałek na tym krążku. Pojawia się tu też po raz pierwszy (ale nie ostatni) damski głos. Wpisanie Lee Douglas do składu zespołu raczej nie dziwi, udziela się ona na tej płycie na tyle intensywnie że nikt nie powinien się za to obrazić, wspomaga wokalnie Vincenta w 4 utworach (o ile dobrze policzyłem). Zresztą nie pierwszy raz pojawia się ona na płycie Anathemy, na A natural disaster śpiewała tytułowy kawałek. Jeśli już mówimy o umiejętnościach wokalnych to Vincent swoimi chyba najlepiej popisał się w kolejnym utworze na płycie - Dreaming light. Wyciąga dźwięki jak rasowy estradowiec. Z drugiej strony, zarówno przez to jak i przez nieco pretensjonalny tekst cała piosenka robi się nieco ckliwa. Nie zmienia to faktu że utwór może urzekać a słowa do niego zapewne zostały napisane przez szczęśliwego człowieka. W następnym Everything szczególnie zwraca uwagę powrót dwugłosu, tu w znacznie bardziej optymistycznym wydaniu, i chwytliwy refren (w tym utworze można mówić o takim bardziej klasycznym podziale) ze znaczącymi słowami: everything is energy/ and energy is you and me. Angels walk among us to taka piosenka jakiej można spodziewać się po płytach Anathemy od 1999 roku, kiedy to zmarła matka braci Cavanagh a opisywany przeze mnie utwór jest swego rodzaju rozliczeniem z bólem po stracie najbliższej osoby. Można go podzielić na dwie części: pierwsza jest delikatna, spokojna a druga bardziej rozpaczliwa, gniewna, łagodzona przez, niech będzie że refren (w którym ponownie udziela się Lee Douglas, podobnie jak miało to miejsce w poprzednim kawałku, tym razem do spółki z nią w refrenie gościnnie śpiewa Ville Valo z HIM). Presence to melodeklamacja odczytana przez muzyka kojarzonego ze sceną folk, Stana Ambrose'a, który prowadzi w radiu BBC Merseyside audycję Folkscene poświęconą wiadomo jakiej muzyce. A simple mistake to refleksyjny utwór, z damskim wokalem w tle, ale zdecydowanie najciekawsza jest w nim końcówka gdzie w kontrastujący ze sobą sposób ciężki riff polany został gęstym klawiszowym sosem. Uwagę zwraca również wykrzyczane na końcu, rozpaczliwe: it's never too late. Jeśli chodzi o kolejny utwór na tej płycie, Get off get out, to może ja jestem ograniczony, czego nie wykluczam, ale słyszę tu Porcupine Tree, takie z okresu Deadwing. Nie ma w tym niczego złego, ale takie było moje pierwsze skojarzenie. Najpierw delikatny śpiew do szybkiego, żwawego rytmu, następnie wchodzi gitarowy riff, po którym słyszymy przesterowany głos, a kończy się wyciszeniem i nieśmiałymi gitarowymi jękami. Universal to, chciałoby się powiedzieć, pierwsza część finału płyty, taka z wokalem, w przeciwieństwie do instrumentalnego Hindsight. Zaczyna się dość leniwie, w dalszej części atmosferę buduje orkiestra, aż do wyjątkowo podniosłego zakończenia z doskonałą współpracą orkiestry i gitar, wspartą na końcu przez delikatne dźwięki pianina, które w finale utworu gra, nomen omen, pierwsze skrzypce. Druga część finału płyty (czyli, żartobliwie to ujmując finał finałów), Hindsight to przede wszystkim imponująca solówka gitary, bardzo emocjonalna, w progresywnym duchu. Na końcu tego utworu słyszymy głos Maren Svenning, upodobniony do głosów pochodzących niby z telewizora czy radia. Patent ciekawy, ale nieco oklepany, poza tym, nie znając treści tekstu trudno odnieść się do jego ewentualnego znaczenia.
    Podsumowując, w twórczości Anathemy zaszły zauważalne zmiany. Przede wszystkim teksty, na płytach Anathemy jeszcze nie było aż tak dużej dawki pozytywnego przekazu. We're here because we're here to słowa przede wszystkim pełne optymizmu, nadziei, miłości (Thin air, Dreaming light, Everything), już nie takie depresyjne i przepełnione smutkiem, jak do tej pory. Dopełniają je piękne melodie gitarowo - klawiszowe (choć tym razem nie usłyszałem organów Hammonda, które zdarzały się już na płytach grupy, choćby na Alternative 4) oraz orkiestra! Nie generowana z klawisza, ale London Session Orchestra, wytwarzająca to podniosły, to dostojny klimat, nadając muzyce Anathemy nowy wymiar. We're here because we're here jest znacznie bardziej spójna niż poprzednia studyjna płyta, nie brak rozmiękczeń, ale zostały one znacznie lepiej wkomponowane w całość, nie ma tu takich rozjazdów stylistycznych jak na A natural disaster, która to płyta wydawała się zbiorem przypadkowych utworach, a każdy pochodził z innej parafii. Tu materiał jest zróżnicowany, ale równy, tworzy pewną całość. Płyta dostarcza czystej przyjemności ze słuchania, ale serwuje również ogromną paletę emocji, którymi naszpikowane jest najnowsze dokonanie Brytyjczyków.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version