ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Threshold
Extinct Instinct
(1997, album studyjny)

1. Exposed (6:26)
2. Somatography (6:26)
3. Eat The Unicorn (10:06)
4. Forever (4:35)
5. Virtual Isolation (5:33)
6. The Whispering (7:50)
7. Lake Of Despond (6:22)
8. Clear (3:22)
9. Life Flow (6:01)
10. Part Of The Chaos (10:30)

Czas całkowity: 67:11
- Damian Wilson ( vocals )
- Karl Groom ( guitars )
- Nick Midson ( guitars )
- Richard West ( keyboards )
- Jon Jeary ( bass, acoustic guitar )
- Mark Heaney ( drums )
Wyświetlony 4752 razy
Inne albumy wykonawcy: « Hypothetical Clone »

1 komentarz

  • Link do komentarza Jakub Trzebiński środa, 19 wrzesień 2012 13:37 napisane przez Jakub Trzebiński

    Piszę tę recenzję kilka godzin po zakończonych igrzyskach olimpijskich w Londynie. Zaczynam skrobać jeszcze w trakcie ceremonii zamknięcia, jednym okiem zerkając na pełne przepychu i efekciarstwa, ale i autentycznie zachwycające, po mistrzowsku wyreżyserowane i wykonywane, widowisko. Piszę ją, bo traf chciał, że akurat tego dnia, w tych godzinach ostatecznie zapadł wydany przeze mnie wyrok w sprawie omawianej tu płyty, którą już od jakiegoś czasu z rosnącym zainteresowaniem przesłuchiwałem. Jeszcze inny traf chciał, że album ten w 1997 roku nagrali muzycy brytyjscy, do tego najważniejsi przedstawiciele brytyjskiego metalu progresywnego.

    Uznałem więc - poruszony hurtowym pokazem plejady najwybitniejszych artystów z Wysp - że i ja w tym święcie brytyjskiej kultury chciałbym mieć udział. Zaznaczam przy tym, że Lennon i Mercury magicznie w tę noc wskrzeszeni, nie nadwyrężyli mojej niezawisłości sędziowskiej, może jedynie ośmielili nieco do pewnej, chwilowej podniosłości. Wyrok jest zatem prawomocny i brzmi następująco: „Extinct Instinct” zespołu Threshold jest wydawnictwem wybitnym, godnym najwyższego uznania i słuchania. Dożywotniego. Poniżej uzasadnienie.

    Wokal Damiana Wilsona jest fenomenalny. Z jednej strony wpisuje się w tradycję wysokiego, szlachetnie brzmiącego śpiewu, charakterystycznego dla kapel z nurtu progresywnego. Nie sposób nie skojarzyć go z Geoffem Tatem z Queensryche, czy – nie szukając daleko – z Jamesem LaBrie z Dream Theater. Z drugiej jednak, dysponuje głosem wyjątkowym. Założyciel zespołu Karl Groom, trafnie mówi o nim „czysty, arystokratyczny, niemalże poetycki”. Wilson, kiedy przystępował do współpracy z Threshold, nie miał z metalem nic wspólnego, śpiewał folk, lubił muzykę akustyczną. I właśnie ten facet z zewnątrz, z innym spojrzeniem, swoim wokalem poszerza kontekst tych kompozycji, daje im nowy wymiar.

    To w dużej mierze dzięki niemu, choć słucham kapeli metalowej, stwierdzam, że wolniejsze fragmenty „The Whispering” to jakieś zagubione takty z „Hung My Head” Stinga, i że z powodzeniem znalazłoby się dla nich miejsce na „Mercury Falling”. Stawiam każde pieniądze, że Sumner nie miałby nic przeciwko. A tam, nic przeciwko - wziąłby z pocałowaniem ręki. Chwilę później leci „Life Flow” z dysonansowymi, odważnymi dźwiękami i zastanawiam się, czy może były frontman The Police naprawdę nie wpadł 15 lat temu do studia, by nagrać do niego kilka linijek. Refren z „Englishman In New York” wisi w powietrzu i już chybaby mnie jego obecność nie zdziwiła.

    Oczywiście nawet najwspanialszy wokal traciłby blask, gdyby nie równie wielkie co on, kompozycje. Ale i te są. Uderza w nich ta sama wielowątkowość, nieoczywistość, otwartość na różne stylistyki, rozmaite formy artystycznej wypowiedzi. - Niektórzy w zespole chcieli grać jak Testament i Metallica, a inni woleli Genesis czy Rush, tak więc musieliśmy dojść do jakiegoś kompromisu - wspomina początki zespołu Groom. Jest tu więc melodyjny progmetal, jest heavy metal, są ciężkie trashowe riffy, ale i neoprogrockowa, albo jak kto woli - brytprogowa finezja, delikatność i wrażliwość. Bez szaleństw instrumentalnych, choć panowie prezentują, rzecz jasna, grę technicznie nienaganną.

    Słychać to wszystko już od pierwszych sekund. Całość otwiera, dynamiczny, przebojowy „Exposed” z kapitalną linią basu Jona Jear’ego i budującą napięcie kaskadą akordów z syntezatora. Chwilę później „Somatography” i piękna gitarowa zagrywka, mam wrażenie - cytat prosto z „This Love” Pantery. Potem „Eat The Unicorn” – ostry, szybki riff już zdąża mnie do siebie przyzwyczaić, gdy nagle zaskakuje zwolnienie, sielskie klawisze, anielskie gitary, całkiem jakby to Pendragon nie mógł się powstrzymać i tłocząc się ze Stingiem, też zajrzał do sali nagrań. Takich niespodzianek na płycie jest więcej. Zaczyna się „Forever”: z rozmachem, Richard West znów czaruje klawiaturą, trochę operowy, patetyczny śpiew, takaż warstwa liryczna - i drugi raz tego wieczoru odwiedza mnie Freddie M..

    Jeszcze się po tym spotkaniu nie otrząsnąłem, a tu hitowy „Virtual Isolation” z niezwykle chwytliwym refrenem, który może i na trwającej ciągle masowej ceremonii zrobiłby furorę. Album ani na chwilę nie traci oddechu. A tymczasem kawałek „Lake of Despond” z ciężkich, posępnych i potężnych uderzeń przechodzi w temat jako żywo przypominający „Don’t Stop The Dance” Bryana Ferry’ego. Cóż za niezwykłe, unikalne połączenie. Po chwili słyszę akustyczną balladę „Clear” z przejmującą linią wokalną Wilsona i zastanawiam się, czy na tym krążku będzie w ogóle jakieś potknięcie. Na razie doświadczam muzyki nagranej przez artystów będących w formie iście olimpijskiej.

    W stolicy nad Tamizą Annie Lennox zmienia właśnie w pożegnalnej, gwiazdorskiej sztafecie, będącego z kolei w formie nieco słabszej, George’a Michaela, a u mnie do startu szykuje się „Part Of The Chaos”. Może teraz spali albo się zagapi i zostanie w blokach? Nic z tego. Kawałek jest wyśmienity, rozbudowany, progresywny pełną gębą. Tempa, motywy zmieniają się co chwilę, nad wszystkim bezbłędnie czuwa Mark Heaney zasiadający za perkusją. Utwór trwa ponad 8 minut i trochę osładza mi to perspektywę nadciągającego nieubłaganie końca płyty. Ależ tu brzmią gitary Grooma i Nicka Midsona. Teraz znowu wolniej, refleksyjnie - krótki, półtora minutowy, klimatyczny wstęp, klasyczne dźwięki spod akustycznych strun. Więc taka będzie ta ostatnia prosta, a więc czas już na wielki finał. Kilkanaście sekund pięknej ballady „Mansion” wystarczy, bym nie miał wątpliwości, że to musi być tryumf.

    Ta łatwość zespołu w łączeniu różnych brzmień, z rozmaitych estetyk, jest zdumiewająca. Jest gdzieś w nich Paradise Lost ze swoim „Icon”, jest trochę niepokojącego grunge’owego nastroju Soundgarden i Nirwany. Porywające melodie, które udało się upchnąć w każdym takcie, każdego utworu sprawiają, że z rozrzewnieniem wspominam pierwszy odsłuch „Youthanasii” Megadeth. Ale dominuje brytyjskość, z uroczymi przebłyskami Kate Bush i Fleetwood Mac. I nie doczekałem się tu słabego kawałka, każdy jest wybitny, a tym cechują się wyłącznie muzyczne arcydzieła. I choć Threshold od lat utrzymuje wysoką, równą dyspozycję, śmiem twierdzić, że to właśnie tu pobili swój życiowy rekord.

    Spoglądam na ekshumowane Spice Girls, wzbudzające na trybunach powszechny aplauz i przychodzi mi do głowy, że autorzy „Extinct Instinct” też powinien tam wystąpić, zagrać coś z tego albumu i zejść przy ogłuszających owacjach. Ale nie przywiązuję się do tej myśli, przecież tylu wielkich zabrakło (wymowny jest, słynny już, „olimpijski” mem ze skwaszoną miną Królowej Elżbiety II i podpisem: „Where the fuck is Iron Maiden”). Wiem też, że takich owacji by nie było, świat tak jest skonstruowany, że to chłopaki z Take That zawsze będą zgarniać złote medale za popularność, zresztą akurat za „Rule The World” jeden im się należy.

    Ze słuchawek dobiegają ostatnie dźwięki „Mansion”, stary Eric Idle z Monty Pythona zmywa w garderobie makijaż po tym, jak jeszcze jeden raz, pewnie już ostatni tylu widzom, doradził, na którą stronę życia powinni patrzeć. Dobiega do mety ten spektakl kulturowych bestsellerów z Albionu. Damian Wilson wyśpiewuje końcowe słowa: „Every word is right / And very rarely true”, wybrzmiewa ostatni akord. Nad Stadionem Olimpijskim, na ciemnym - jak w jednej z tych mrocznych i jednocześnie, jakimś magicznym sposobem, ani na moment nie tracących ciepła, scen z opowieści o pewnym młodym czarodzieju w okularach - londyńskim niebie, gaśnie ostatni błysk, najprawdziwszych tej nocy sztucznych ogni, a ja myślę sobie: Brytanio, jesteś wielka.

    Ocena: 5/5

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version