ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Queen
Innuendo
(1991, album studyjny)

1. Innuendo (6:31)
2. I'm Going Slightly Mad (4:22)
3. Headlong (4:38)
4. I Can't Live With You (4:33)
5. Don't Try So Hard (3:38)
6. Ride the Wild Wind (4:42)
7. All God's People (4:21)
8. These Are the Days of Our Lives (4:15)
9. Delilah (3:35)
10. Hitman (4:56)
11. Bijou (3:36)
12. Show Must Go On (4:32)

Czas całkowity: 53:39
- Freddie Mercury ( vocals, keyboards )
- John Deacon ( bass, keyboards )
- Brian May ( guitars, keyboard, vocals )
- Roger Taylot ( drums, keuboards, vocals )

oraz:
Steve Howe ( Spanish Minstrell guitar (1) )
Mike Moran ( keyboards (7) )
Wyświetlony 7203 razy
Inne albumy wykonawcy: « Queen Made in Heaven »

1 komentarz

  • Link do komentarza Mateusz Kunda czwartek, 10 listopad 2011 22:57 napisane przez Mateusz Kunda

    Jak każdy wytrawny fan Queen wie, album Innuendo jest chyba najbardziej niezwykły, smutny i poważny. To okres, gdy Freddie Mercury wiedział, że zbliża się jego koniec. Ale z miłości do muzyki, tworzył ją dalej i chyba trzeba powiedzieć - słusznie.

    Album Innuendo jest prawdziwym arcydziełem. Trzyma słuchacza w nieprawdopodobnym napięciu, które zaczyna się od pierwszych dźwięków kompozycji INNUENDO. Dreszczowy riff, pełne napięcia dźwięki syntezatora, no i wspaniały wokal. Kompozycja cudownie się rozwija, głos Freddiego jest genialnie wyeksponowany. Ale Queen nie byłby sobą tworząc nudne kawałki. Partia początkowa się kończy i mamy subtelny przerywnik z gitarą akustyczną, gdy nagle - zaskoczenie. Hiszpańsko brzmiąca część zagrana na hiszpańskiej gitarze przez Steve'a Howe z Yes i potem cudowne przejście w... tak, tak. Niemal operową część wokalną. Potem przyspieszenie, świetna praca Briana May i powrót do głównego wątku. Dostojna, progresywna kompozycja pełna patosu. A najlepszym porównaniem do niej jest... Bohemian Rhapsody. I'M GOING SLIGHTLY MADczaruje już od samego początku. Utwór o bardzo poważnym wydźwięku, choć podany w niemal zabawnej formie. Queen zbliżył się tym eleganckim numerem do rocka psychodelicznego. Cudowna kompozycja. Następnie HEADLONGczyli znacznie luźniejsza hard rockowa kompozycja. Typowy rocker Maya. Może zbyt normalna w porównaniu do poprzedników, ale warta uwagi. Daje niezwykłego kopa. To bardzo energetyczny numer. I CAN'T LIVE WITH YOUjest ciągiem poprzedniej kompozycji. To także rockowy kawałek, tym razem o miłości. Fajny, rytmiczny, choć za bardzo wygładzono brzmienie gitary. To co następuje potem jest niemal nie do opisania. Błogie syntezatorowe dźwięki to początek ballady DON'T TRY SO HARD, której piękny tekst przekonuje, że czasem lepiej zdać się na los i nie starać się za mocno. Mercury śpiewający w większości falsetem, piękna solówka... Ściska za gardło. Żeby nie było za smutno, zaserwowano nam RIDE THE WILD WIND, czyli Taylorowską energiczną kompozycję. Szczególnie uwydatniono tu świetną rolę perkusji (bardzo mocny rytm)oraz bas, choć Brian też ma tu dobrą rolę. Można w tej piosence znaleźć jakieś nawiązania do funku. Do innego świata przenosi nas ALL GOD'S PEOPLE czyli połączenie rocka z operą. Pierwotnie przygotowywany na album Barcelona, jednakże trafił na Innuendo. To z pewnością baśniowe, chóralne, pełne patosu wypełnienie tego krążka. Ale dobre wypełnienie. Bardzo subtelne THESE ARE THE DAYS OF OUR LIVES odczytywane jest jako pożegnanie Freddiego ze światem. Świetna rola Taylora, uwodzicielska solówka Briana, no i genialny wokal. Spokojna piosenka. Tekst - bardzo wzruszający. Cudowne wyciszenie. Ale to nie koniec. Rozbrykany DELILAH jest wyznaniem Freddiego miłości do swojego... kota. Piosenkę tę zawsze traktuje jako dobry przerywnik. Pastisz, zabawa. I zastosowanie talk boxa przez Maya tak, że gitara brzmi jakby... miauczała. THE HITMAN jest surowe, hard rockowe. Zadziorny wokal, zadziorne riffy. Może niepotrzebnie wydłużona końcówka. BIJOUto przede wszystkim popis Briana. Cudowne, bardzo długie solówki na gitarze. Część wokalna bardzo krótka, ale jakże subtelna i wspaniała. I jeszcze te elektroniczne, dodające wdzięku elementy... Perełka. Na koniec kompozycja, którą zna chyba każdy, a mianowicie THE SHOW MUST GO ON. Gdy słyszę początek tej piosenki aż ciarki po mnie przelatują. Spokojne zwrotki, cudownie wyśpiewany, mocny refren. Rozpędzająca się, wzniosła pełna patosu ballada. Niesamowita. No i tak kojarzący się z dniem 24 listopada 1991 tekst.

    Przedstawienie musi trwać
    Wewnątrz moje serce jest złamane
    Mój makijaż może spłynąć
    Ale mój uśmiech wciąż pozostanie


    W taki niesamowity sposób dochodzimy do końca tego albumu. Pełen przeżyć, patosu. To perła w dyskografii Queen. Jedna z najlepszych płyt zespołu, a także rocka w ogóle.

    Ocena w skali 1 - 5
    5

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2022 - ProgRock.org.pl
15 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version