ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Opeth
Heritage
(2011, album studyjny)

Heritage
Oceń ten artykuł
(75 głosów)

01. Heritage - 2:05
02. The Devil's Orchard - 6:40
03. I Feel the Dark - 6:40
04. Slither - 4:03
05. Nepenthe - 5:40
06. Haxprocess - 6:58
07. Famine - 8:32
08. The Lines in My Hand - 3:49
09. Folklore - 8:19
10. Marrow of the Earth - 4:19

  Czas całkowity - 56:58

- Mikael Åkerfeldt - wokal, gitara
- Fredrik Åkesson  - gitara 
- Per Wiberg - instrumenty klawiszowe
- Martin Mendez - gitara basowa
- Martin Axenrot - perkusja

 

Wyświetlony 5419 razy

Media

Inne albumy wykonawcy: « Orchid Pale Communion »

3 komentarzy

  • Link do komentarza Edwin Sieredziński poniedziałek, 01 grudzień 2014 23:07 napisane przez Edwin Sieredziński

    Wielu twierdziło, że skończę jako miłośnik muzyki klasycznej i jazzu. Nieraz się spotkałem z taką opinią po części popartą faktami. Nie wiem też, czy to wynika z faktu starzenia się, czy z pewnych obecnych u części populacji tendencji snobistycznych. Możliwe również, że jak się wkracza w świat prog rocka, to ciężko uciec przed inspiracjami klasycznymi i jazzowymi, w końcu natrafia się na szereg zjawisk na pograniczu, aż w końcu być może zaczyna się je woleć w czystej postaci? Może i tak. Możliwe również, że bliżej tego etapu zaczyna się widzieć, że i krynica kreatywności, jaką miał być prog rock, wyczerpała się. Wiadomo dlaczego, kolejne płyty są już odgrzanym kotletem i ma się wrażenie, że wszystko już było. Sięga się zatem po zjawiska jakie nadal mogą zaskoczyć, mają klimat i czuje się tam pożądaną iskierkę twórczości, ludzkiego geniuszu. To jest casus płyty, jaką mam zamiar tutaj przedstawić. Gdybym się raczył bowiem czymś takim, a nie zjawiskami, jakie zachowały przynajmniej po części duchowość rocka starożytnego lat 60. i 70. - tą nieograniczoną wręcz kreatywność, różnorodność, to już wieściłbym śmierć prog rocka, śmierć rocka w ogóle jako rodzaju muzyki. Pewnie zrezygnowałbym z rockowej proweniencji (zdaniem pewnych indywiduów chrapiących na "Turandocie" przestałbym być "przaśnym rockmanem") na rzecz muzyki klasycznej i jazzu. Czy takie płyty jak ów krążek Opeth to smutny obraz ponowoczesności, że wszystko już było?

    Rzeczony zespół - odnoszę wrażenie - kocha się albo nienawidzi. Dla części osób stanowił on bramy do świata progresywnego, właśnie w takim wydaniu dla siebie typowym - growlu i potężnego brzmienia; stąd może taki emocjonalny stosunek. Takie opinie wysnuwam z obserwacji moich znajomych. Ciężko o opinie wyważone, mniej holistyczne, oceny pojedynczych płyt. No i co mogę rzec o samym Heritage. Jest to po prostu wielokrotnie odgrzany kotlet! Opeth rozpuścił się tutaj w źródłach własnych inspiracji takich jak King Crimson i inne klasyczne kapele rocka progresywnego (można by tu wymienić szereg grup i wykonawców jak Steve Hacket, Anthony Phillips, Camel, trochę inklinacji Floydowskich). Żeby to chociaż zachowało elementy klimatu tych gigantów przełomu lat 60. i 70., tego tu nie ma. Nawet tacy kopiści stylu Króla Karmazyna, również kopiści brzmienia, jak Anekdoten, Landberk, włoski Celeste (płyta Prinzippe di un Giorno) mają tą mroczną, gęstą aurę. Zachowują ją, próbując - parafrazując słynne szyderstwo Whiteheada o filozofii - dopisywać przypisy do King Crimson. Tu z tym się nie spotkamy... Słuchając tej płyty, ma się wrażenie przenikania przez pustkę i totalnej neutralności. Przy okazji wszystkie elementy dziwnie znajome. Nic w pamięć nie zapada poza pojedynczymi motywami z "Haxprocess" i "Nepenthe". Poza tym wieje mocno nudą. Słuchając swego czasu tej płyty co prawda zasnąć mnie się nie udało (tak mnie chyba ongiś tylko Aerosmith uśmiercił), nie ma co jednak zaprzeczać czy robić dobrą minę do złej gry. Po prostu nuda przedzielona dwoma rozbłyskami czegoś ciekawszego.

    Czy to wyraz dojrzałości artystycznej Akerfeldta? Wątpliwe, będąc złośliwym można by rzec, że artystycznej impotencji, jeśli nie demencji. Po stokroć wolałem - ja, ten od Art Zoyd, Univers Zero i innych "dziwolągów" - Opeth w wydaniu krzyżówki death doom metalu z technicznym death metalem polukrowanej nieco sosem rocka progresywnego. Miało to swój klimat, własną ekspresję, zapadało w pamięć. Jeszcze ten głęboki growl Akerfeldta dodawał temu wszystkiemu, specyficznego i na pewno nie turpistycznego uroku. Nawet taki Watershed - przez te "rodzynki" stricte progresywno-rockowe czy folklorystyczne w metalowym "cieście" - choć tracący przez tego typu zabiegi na spójności, zachowywał ten charakterystyczny Opethowski klimat. W Heritage tego nie mamy, mdło i nudno i chce się po około 20 minutach wyciągnąć płytę z odtwarzacza.

    W tym albumie brak duchowości - to na co zwróciłem uwagę wcześniej przy opisywaniu rozłąki z prog rockiem i w ogóle rockiem, dryfie preferencji w stronę innych rodzajów muzyki. Było takie opowiadanie z lat 20. "Człowiek maszyna z Ardatii", gdzie kresem ewolucji człowieka było centrum dowodzenia mechanicznego ciała. Tu mamy owszem - dobrą technicznie grę, dobry liryczny wokal lidera grupy - ale brakuje tego, co najważniejsze, tego co nawet trzy akordy na krzyż potrafi uczynić dziełem sztuki. Również tego, za co wszyscy kochamy prog rock. Tu brakuje duchowości. Duszy tyle na tej płycie, ile w silniku spalinowym Diesla... czy właśnie w tym człowieku-maszynie z odległej przyszłości.

    W efekcie dostajemy album ledwie poprawny. Wątpliwe, aby zainteresował on miłośników metalu, tak samo również można poddać w wątpliwość fakt rozbudzonego zainteresowania u miłośników rocka starożytnego. Po płomiennej filipice przyznać mogę przyznać naciągane trzy gwiazdki.

  • Link do komentarza Paweł Bogdan piątek, 23 wrzesień 2011 18:05 napisane przez Paweł Bogdan

    Heritage jest płytą, na której premierę tego roku czekałem najbardziej. Mimo nowych albumów Dream Theater, Pain of Salvation, Stevena Wilsona, Steve'a Hacketta czy Symphony X to właśnie najnowsze wydawnictwo Opeth intrygowało i ciekawiło mnie najbardziej. Dlaczego? A to dlatego, że zespół zapowiadał dość drastyczny zwrot w swojej muzycznej twórczości.

    Tak naprawdę& można było się tego zwrotu spodziewać. Już ostatnia płyta Opeth delikatnie wskazywała nowy kierunek jaki Szwedzi mieli wyznaczyć. Spory jak na zespół eksperymentalizm z wpływami jazzu przypominający delikatnie klimat lat 70-tych w Hex Omega czy Hessian Peel oraz utwór Burden również nawiązujący do tego okresu były pierwszymi przesłankami wskazującymi, że coś z Opeth się dzieje. W dalszej kolejności przyszła pora na singiel zespołu pt. The Throat of Winter (promujący grę God of War III) oparty na brzmieniu gitar klasycznych, który fanów ciężkich brzmień mógł dość niepokoić, a coraz częstsze wywiady z Michaelem Akerfeldtem, w których to opowiadał o jego znudzeniu muzyką metalową, natomiast rozpływał się nad zespołami chociażby takimi jak Comus czy Lucifer's Friend chyba wszystkich utwierdziły w przekonaniu, że kolejna płyta Opeth będzie zupełnie inna od swych poprzedników. Jednych to niepokoiło, innych ciekawiło i intrygowało.

    Dziesiąty album Szwedów otrzymał nazwę Heritage czyli Dziedzictwo. Do rozgryzienia tego tytułu bardzo pomocna okazała się okładka wydawnictwa (przy okazji dodam, że całkowicie nie oddająca muzycznej zawartości krążka), tradycyjnie przygotowana przez Travisa Smitha. Warto na początku dodać, że zespół odciął się od linii klimatycznej, mrocznej by nie rzec przygnębiającej szaty graficznej charakterystycznej dla grupy, a w przypadku Heritage postawił na pewnego rodzaju symbolikę. Centralną część okładki zajmuje drzewo z ulokowanymi w jej koronie głowami muzyków Opeth (nawiązanie do grafik muzycznych okresu rocka psychodelicznego), z której wypada Peter Wiberg (jest to nawiązanie do jego odejścia z zespołu po zarejestrowaniu ścieżek dźwiękowych do Heritage). Pod drzewem leży 10 czaszek symbolizujących dziesięciu byłych muzyków Opeth, na niebie zostało wymalowanych 9 krążków przywodzących na myśl 9 albumów zespołu poprzedzających Heritage. Warto trochę miejsca poświęcić korzeniom drzewa, które prowadzą do otchłani piekielnych co ma oznaczać że Opeth'owe muzyczne drzewo jest niejako spuścizną black i death metalu, z którego zespół w latach 90-tych wyrósł. Podsumowując wszystkie elementy zdaje się, że Opeth chciał poprzez swoją okładkę powiedzieć - zaczynamy nowy etap w historii zespołu.

    Przejdźmy do zawartości muzycznej krążka. Jak wspominałem, na Heritage czekałem bardzo niecierpliwie. Z pewnością intrygowało mnie nowe oblicze zespołu, które miało odważnie nawiązywać do muzyki przełomu lat 60-tych i 70-tych czyli artystycznego dziedzictwa mózgu zespołu - Michaela Akerfeldta. Odmienną sprawą był fakt, że sam najbardziej fascynuję się muzyką tego okresu i liczyłem na to, że Opeth sprawi mi nie lada miłą niespodziankę.

    Album rozpoczyna bardzo delikatna, zmysłowa i klimatyczna partia fortepianu w instrumentalnym utworze tytułowym. Ten muzyczny przedsionek wprowadza nas w pierwszy utwór na krążku, którym jest (wydany wcześniej jako singiel) The Devil's Orchard. Już ten pierwszy utwór odpowiada nam na wiele pytań, które fani zadawali sobie w trakcie oczekiwania na krążek zespołu. Opeth na Heritage to dalej Opeth. Nie możemy mówić o jakimś drastycznym zwrocie twórczości Szwedów. Zarówno ta, jak i kolejne kompozycje są zbudowane w typowy dla zespołu sposób, a gitarowe przeplatance i charakterystyczne zagrywki Michaela Akerfeldta słychać z daleka. Formacja oparła swój utwór na dość skomplikowanym fundamencie rytmicznym, w którym z pewnością uchwycimy wpływy jazzu. To co przynosi nam Diabelski Sad, to również spora różnorodność i muzyczna wszechstronność zbudowana w atmosferze muzyki przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

    Warto zwrócić uwagę na kolejny utwór pt. I Feel the Dark, który może początkowo nie wyróżnia się niczym szczególnym oprócz dość dosadnego, melancholijnego klimatu. Kompozycja pokazuje swój pazur na początku 4 minuty, kiedy to zespół uderza nas dość mrocznym riffem (oczywiście jak na standardy Opeth delikatnego kalibru) i nieoczekiwanie wywraca tworzony wcześniej klimat. Opeth przyzwyczaił nas na przestrzeni swych kolejnych wydawnictw do budowania swych albumów w ten sposób, aby były spójne i jednorodne klimatycznie. W przypadku Heritage ta twarda zasada niestety została złamana. To czego ja osobiście nie mogę znieść przy badaniu muzycznych wydawnictw to brak spójności. Nietrudno zauważyć że I Feel the Dark jest zupełnie innym utworem niż The Devil's Orchard, a już kolejne Slither zabiera nas w jeszcze bardziej odmienne klimaty. Heritage sprawia wrażenie mało przemyślanego w całej swej pełni albumu, który jest jedynie zbiorem mniej lub bardziej powiązanych ze sobą piosenek. Niestety ma się to przełożyć na mało optymistyczny odbiór całego krążka. Spójrzmy w przeszłość chociażby na melancholijne i przygnębiające Damnation, drapieżne Still Life czy melodyjne i potężnie brzmiące Blackwater Park. Jak kierując się powyższą regułą jednoznacznie ocenić Heritage? Niestety nie przychodzi to łatwo. Jedni mogą uważać to za zaletę wskazując na wszechstronność i barwność krążka, dla mnie jest to jednak duża wada bo nie ma chyba nic ważniejszego przy nagrywaniu albumu jak jego jednorodny nastrój, klimat i muzyczna atmosfera. Tego na Heritage oprócz szeroko zakrojonego melancholijnego, jesiennego tła ciężko jednoznacznie wskazać.

    Zatrzymaliśmy się na Slither. Ta kompozycja jest jak na standardy Heritage bardzo żywiołowa, a klimatem przypomina stare dobre czasy hard rocka. Pędząc na załamanie karku uspokaja się, a po wieńczącym utwór wyciszeniu przechodzi w kolejne Nepenthe, podczas którego Opeth rozpoczyna powolną budowę melancholijnego, dramatycznego więc nastroju.

    Zaskakujące jest to, jak prostymi środkami zespół potrafi sprawić że czas dla nas jakby się zatrzymuje, a muzykę i powiązane z nią emocje chłoniemy jak gąbka. Nepenthe naprawdę warto wyróżnić za wręcz fantastyczny początek i równie podniosłe i wciągające zakończenie& Co znajdziemy jednak w środku utworu? Wspominałem o tym, jak zespół (czy to umyślnie czy nie) burzy tworzony wcześniej klimat. Podany utwór jest tego najlepszym przykładem. Szwedzi zamiast dalej mozolnie budować jednorodną atmosferę kompozycji oddają się (dla mnie niezrozumiałemu) jazzowemu szaleństwu przypominającego twórczość Steve'a Hacketta, które zdecydowanie budzi nas z wspaniałego snu, w którym znaleźliśmy się przed paroma chwilami.

    Prawdziwą perełką (tym razem od początku do końca) jest jeden z lepszych na płycie Haxprocess, którego dwie pierwsze (i chyba dwie ostatnie) minuty mógłbym określić jednymi z lepszych momentów na Heritage. Tutaj chciałbym chwilę czasu poświęcić wokalowi Michaela Akerfeldta. Co prawda na płycie wokalista ani razu nie pokazuje pazura i nie growluje, ale& partie wokalne na Heritage mógłbym zaliczyć do jednych z lepszych, jakie udało się uzyskać wokaliście w całej swej karierze. Czuć że Akerfeldt bardzo eksperymentuje ze swoim głosem, używa go w dość innowacyjny dla siebie sposób, ale podsumowując całe 60 minut na Heritage ocenę można wystawić mu bardzo pozytywną.

    Pozostało nam ponad ośmiominutowe Famine nacechowane dość mroczną, podniosłą i tajemniczą muzyczną otoczką. W przypadku tego utworu także w moim mniemaniu powinno się trochę dostać muzykom, za to że zbyt pochopnie wywracają budowany klimat, kiedy po przecudownej 3 minucie Opeth nagle przyśpiesza. W Famine baczną uwagę należy zwrócić na potężnie i dramatycznie brzmiącą szóstą oraz ósmą minutę z świetnie wpasowującą się w klimat utworu niestandardową, brudną grą fletu.

    W dalszej kolejności przechodzimy do dosyć najkrótszej kompozycji na albumie czyli bardzo zwrotnego, strasznie intrygującego ze względu na swoją budowę i dosyć pozytywnie nastawionego The Lines In My Hand. Nie mijają 4 minuty kiedy przychodzi kolej na kolejny (chyba najlepszy na krążku) Folklore. Utwór od samego początku intryguje i pozwala nam odpłynąć, ale swą najcięższą broń wyciąga po wyciszeniu w 6 minucie, kiedy to zamienia się w kompozycję pełną pasji, uczuć i emocji. Jest to chyba mój ulubiony fragment na płycie.

    Heritage wieńczy instrumentalny Marrow of the Earth, który jest dowodem na to, że Opeth nie wyzbył się umiejętności budowy świetnych utworów w oparciu o melodie wykonywane na gitarze akustycznej (najlepsze przykłady - Coil, Patterns In the Ivy czy For Absent Firends). Marrow of the Earth jest naprawdę pięknym, klimatycznym zakończeniem i aż dziw budzi niezwykła umiejętność muzyków do zatapiania słuchaczy w wydobywanych dźwiękach wydobywanych przez ich instrumenty.

    Na co w przypadku Heritage wypada zwrócić szczególną uwagę? Warto wspomnieć że mniejszy udział gitar w brzmieniu całego albumu daje więcej miejsca na pokazanie swych walorów innym muzykom i ich instrumentom. Zdecydowanie więcej niż na poprzednich albumach mają do powiedzenia klawisze nie zabijane ani przez growl, ani przez ciężki gitarowe riffy i trzeba przyznać, że dostały do wykonania wiele różnych zadań. Bardzo słyszalny jest też wyraźnie podbity bas Martina Mendeza, który mnie osobiście bardzo oczarował i chyba jestem zmuszony przyznać, że Heritage jest jego najlepszą płytą jeżeli chodzi o wykorzystanie swego instrumentu. To wszystko jednak nic przy tym co na perkusji wyczynia Martin Axenrot. Niewielu perkusistów na świecie byłoby w stanie jak on tak genialnie i z polotem wykonywać swe partie. Czuć że Axenrot doskonale rozumie i czuje muzykę, którą gra używając wszystkich dostępnych środków w sposób wyważony i dokładnie przemyślany, robiąc to subtelnie i dystyngowanie. Heritage powoli zaczynam zaliczać do grupy takich albumów jak Scenes from a Memory (Dream Theater), Lateralus (Tool) czy Idmen (Indukti), których można słuchać chociażby jedynie ze względu na fenomenalne partie perkusyjne.

    Parę zdań należy poświęcić muzycznym inspiracjom, których na płycie Opeth możemy się doszukiwać. Na początku warto tutaj jeszcze raz stanowczo zadeklarować - Opeth na Heritage pozostał sobą. Mówiąc inaczej zespół stworzył dzieło, jakie z jego rąk powstałoby gdyby piątkę muzyków cofnąć w czasie 40 lat do przeszłości. Oczywiście można na Heritage doszukiwać się wpływów chociażby King Crimson, Soft Machine, Deep Purple, Caravan czy Jethro Tull, ale z całą pewnością trzeba przyznać że Opeth wydał płytę muzycznie świeżą i niezależną przedstawiający muzyczny punkt widzenia zespołu, a nie sztucznie adaptujący wzorce innych muzycznych formacji.

    Powiem szczerze, że obawiałem się pisząc tę recenzję. Jestem pewny że Heritage zostanie wydawnictwem dość kontrowersyjnym i gdy jedni będą go zachwalać oraz podnosić pod niebiosa, drudzy będą na niego narzekać i czuć rozczarowanie. Ja osobiście niestety zawartością albumu jestem dość zawiedziony. Nie można powiedzieć że Opeth nagrał album słaby, bo takim Heritage nie jest. Krążkowi czegoś istotnego jednak brakuje&

    Najnowsze dzieło Opeth męczyłem, wałkowałem, a wręcz katowałem wielokrotnie. Wszystko po to, żeby jak najdokładniej uchwycić to, co zespół starał się przekazać słuchaczowi tworząc album. Niestety ilekroć bym Heritage nie słuchał, zawsze w ostateczności pojawiało się uczucie znudzenia, monotonii i pewnego rodzaju nijakości. Analizując oddzielnie poszczególne utwory wpadłem w pewnego rodzaju konsternację, bo każda kompozycja była o ile nie dobra, to bardzo dobra. Mankamenty pojawiały się w momencie odsłuchiwania albumu w całości od pierwszej do ostatniej sekundy. O co więc w tym wszystkim chodziło? W moim przekonaniu Heritage został po prostu źle skonstruowany, nie posiada wyrazistego klimatu i osobowości, a zespół skacząc z jednego muzycznego tematu na drugi ciągle gubi to, co udało mu się wcześniej wypracować. Niestety na Heritage absolutnie fantastyczne momenty są poprzeplatane tymi po prostu dobrymi i dość przeciętnymi. To wszystko rzuca ponury obraz na dziesięć naprawdę solidnych i ciekawych utworów, które w swej całościowej formie mi pozostawiają uczucie niedosytu.

    Do Heritage z pewnością nie raz będę wracał, ale z pewnością nie tak często jak do Damnation, Watershed czy My Arms, Your Hearse. Ostatecznie muszę stwierdzić, że jako wielki fan zespołu, mimo szczerych chęci polubienia krążka i mimo tego że to właśnie muzyką lat 70-tych się fascynuję, czuję się zawartością krążka dość zawiedziony. Może po prostu zawiesiłem zespołowi zbyt wysoko poprzeczkę? Może i tak jest w rzeczywistości, ale Heritage mimo wielu plusów do mnie niestety nie przemawia.

    [i][/i]

  • Link do komentarza Mikołaj Gołembiowski piątek, 23 wrzesień 2011 18:05 napisane przez Mikołaj Gołembiowski

    Z recenzją Pawła Bogdana nie zgadzam się generalnie w wielu punktach, jednakże polemika jest w tym wypadku o tyle trudna, że oceniam tę płytę zupełnie z innej perspektywy - człowieka, który dawno położył na kapeli krzyżyk, jednakże zapowiedź zmiany stylu wywołała we mnie zainteresowanie.

    Wpierw pozwolę sobie wyrazić generalną ocenę dotychczasowej twórczości Opeth, jakże odmienną od tego, co się o tej kapeli często mówi i pisze. Dla mnie jest to grupa zapatrzona w kapele black- death- i doom-metalowe, która upstrzyła tę muzykę progresywną ornamentyką. Ornamentyka ta jest przynajmniej dla mnie stosunkowo łatwa do oddzielenia od esencji tego grania, która okazuje się zwyczajnie nijaka i nudna, oparta na wszędobylskim schemacie: smutno-grrrrrr!. Po takiej kapeli trudno oczekiwać rzeczy wybitnych, więc i moje oczekiwania względem nowej płyty były niewielkie.

    Do tej pory kapela skutecznie chowała się za ścianą dźwięku. Kontrastujące z metalowym łojeniem partie akustyczne powodowały, że grupa wytworzyła wokół siebie famę subtelnej i nastrojowej. Wydanie Heritage to moment prawdy. Bo jak ktoś się bierze za granie rasowego rocka rodem z lat 70' to już nie ma żartów.

    Jaki jest wynik tego sprawdzianu? Złośliwy słuchacz powiedziałby, że otrzymaliśmy to samo, tylko w nieco zmienionej szacie. Gdy zabrakło grrr!, mamy po prostu smutno, tyle że ornamenty są zdecydowanie inne, bogatsze, i zdecydowanie bardziej różnorodne. Kapela, która przez tyle lat nic nie robiła poza smuceniem, smęceniem i straszeniem, nie ma szans nic więcej wyrazić w muzyce, choćby czerpała wzorce od najlepszych, choćby nie wiem jak komplikowała strukturę swoich utworów i choćby nie wiem jak cudnie ich nie zdobiła. Złośliwiec stwierdzi również z przekąsem, że nie potrzeba nam mieszanek King Crimson z Jethro Tull okraszonych nawiązaniami do Floydów. Te kapele już były, sprawdziły się, a Opeth ich i tak nie przeskoczy.

    Bardziej życzliwy słuchacz dostrzeże kilka niezłych momentów, pomysłowość niektórych rozwiązań i smaczków. Doceni fakt, że zespół ewidentnie wykonał tu ciężką robotę, czyniąc krok w kierunku czegoś lepszego, niż grał do tej pory. Pochwali sympatyczne brzmienie, które łączy elementy retro z nowoczesnością i w miarę kameralny klimat, jakże różny od tej całej reszty tego okropnie patetycznego prog-metalu, czy współczesnego rocka symfonicznego. Zauważy też, że jazzująca perkusja, momentami pulsujący bas, zmiany tempa, nastroju, klimatu, to jakby nie patrzeć wizytówka wielu zacnych zespołów progresywnych i że te wszystkie elementy zaiste wzbogaciły znacznie uboższą do tej pory w środki wyrazu muzykę zespołu. Materiał jest niezwykle dopieszczony w warstwie brzmieniowej i pod tym kątem jest naprawdę na czym zawiesić ucho.

    Gdy słuchałem tego albumu, w mojej głowie toczyła się rozgrywka między złośliwym a życzliwym która zakończyła się patem. Naprawdę nie wiem, jak ocenić ten album. Czy bardziej docenić te kilka momentów, które mnie poruszyły, jak np. obszerne partie Nepenthe, czy rugać za nudziarstwo, którego kapela nie może się wyzbyć? Czy uznać, że jest to kolejna kapela próbująca bez polotu naśladować muzykę, którą skądinąd uwielbiam, czy docenić, że kapela grająca do tej pory kinder-progres dla młodzieży wyrastającej właśnie ze słuchania Napalm Death, zrobiła wyraźny krok w kierunku progresu dla dorosłych? Może młodzież się czegoś dzięki tej płycie nauczy o muzyce i sięgnie do tych wszystkich wspaniałych, zapomnianych kapel? A może nawet ten zwrot okaże się elementem szerszej tendencji, która nieco odmieni ogólnie paskudne oblicze współczesnego rocka progresywnego? Oby! Obawiam się jednak, że zespół może odstraszyć dotychczasowych fanów zbyt skomplikowanymi strukturami, a starych progowych wyjadaczy ubóstwiających lata 60' i 70' i tak nie pozyska.

    Zachęcam do zapoznania się z materiałem i samodzielnego zdecydowania, czy Heritage to szklanka do połowy pełna, czy do połowy pusta. Ja swój sąd w tej materii na razie zawieszam.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version