Love Over Fear

Oceń ten artykuł
(12 głosów)
(2020, album studyjny)

01. Everything - 5:58
02. Starfish And The Moon - 3:26
03. Truth And Lies - 8:21
04. 360 Degrees - 5:34
05. Soul And The Sea - 5:23
06. Eternal Light - 8:09
07. Water - 8:55
08. Whirlwind - 5:08
09. Who Really Are We? - 8:38
10. Afraid Of Everything - 5:30

Czas całkowity - 1:05:02

- Nick Barrett - wokal, gitara
- Clive Nolan - instrumenty klawiszowe
- Peter Gee - gitara basowa
- Jan Vincent Velazco - perkusja
oraz:
- Zoe Devenish - skrzypce, dodatkowy wokal
- Julian Baker - saksofon (8)

Więcej w tej kategorii: « Masquerade 20

2 komentarzy

  • Tomasz Stępień

    Moja historia z Pendragonem nigdy nie była dostatecznie burzliwa, częściowo za sprawą ciszy wydawniczej z ich strony od roku 2014*. Gdy więc ujrzałem, że spadkobiercy Marillion wydali nowy album, byłem z lekka zaskoczony. Podobnie zaskoczył mnie koncept, gdyż nie jestem przyzwyczajony do tak bijących w oczy kolorów, jakie prezentuje nam okładka “Love Over Fear”. Jednak sama scena na niej przywiodła mi na myśl albumy doom metalowego Cathedral, więc byłem zaintrygowany, czy to skojarzenie będzie miało jakikolwiek wpływ na ich dźwięk, prezentując nostalgiczność i hołd dla klasyki, zamiast dość neoprogowego brzmienia (z czym mi się Cathedral kojarzył wewnątrz swojej niszy).

    Częściowo, faktycznie miało. Album zaczyna się przyjemnym “Everything”, przypominającym mi słuchanie gabrielowych albumów Genesis, przepisanych jednak, by pasowały do epoki. I choć już tu można by odczuć wrażenie nostalgiczności, które odniosłem z okładki, tak jednak prawdziwy nacisk na tę emocję dostajemy przy okazji “Starfish and the Moon”. Spokojniejsza, na swój sposób mniej bezpośrednia, momentami wręcz senna - będąca jednak przez to idealnym katalizatorem tego odczucia, które pierwszy utwór jedynie lekko poruszył.
    W kontekście utworu trzeciego, “Starfish” może być też rozumiany jako most - most pomiędzy brzmieniem bardziej klasycznym, a neoprogiem. “Truth and Lies” rozpoczyna się od delikatnych, przypominających post-rock krajobrazów, jednak w około połowie, wokal wyraźnie nabiera intensywności. Finalnie, przełamuje delikatność: solo z niesamowicie dobranym pogłosem pędzi jakby wicher przez nizinę, a akompaniuje mu powolny, dumnie grzmiący w tle bas.
    Krajobrazy zielonych nizin, jakie wysnuły mi się przy okazji “Truth and Lies”, w tym utworze widziane jakby z pociągu, przy “360 Degrees” zdają się być kontynuacją: pociąg się zatrzymał przy jakiejś wioseczce. Folkowe elementy witają nas radośnie, całkowicie porzucając wcześniejszą pompatyczność i spokój. Jego rytm nonszalancko prowadzi nas przez kolejne alejki, wśród kur i chałupek, opowiadając nam historię równie absurdalną co sama ta scena.
    W którymś momencie jednak natrafiamy na cmentarz, skrzypce zaczynają grać smutną melodię. To rozpoczął się “Soul and the Sea”, uderzający swoim początkiem tym boleśniej, jeśli słucha się albumu w całości. Każdy powrót skrzypiec rozdziera coraz bardziej, gdy nagle przez nie przebija intensywna gra gitar. Do ich wtóru, wokal przebija się przez smutek, oferując nam chyba najbardziej popowy fragment całego albumu - jednak wbrew pejoratywnemu znaczeniu tego słowa, jest to istotnie pokrzepiające. “Soul and the Sea” umiejętnie bawi się kontrastami i wystawia nas na szeroką gamę emocji.
    “Eternal Light” rozpoczyna się dość niespodziewanie zwyczajnie, porównując go do poprzednich, różnorodnych utworów. I choć jego charakter znów przypomina mi nostalgiczny hołd dla bardziej klasycznego prog-rocka, to sam utwór daleko mniej mnie przekonał od pierwszego. Jednak będąc kimś, kto długo sceptycznie patrzył na klasyczny, old-schoolowy styl, być może to dowodzi, że jest to utwór wręcz bardziej wierny temu, czemu hołduje. Różnice między dźwiękami są mniej raptowne, a przejścia między częściami przypominają mi zmiany pomiędzy częściami symfonii.
    Następne jest “Water”. Początek, rozpoczęty “skradaniem się” gitar, późniejszym wejściem ambientowych syntezatorów w tle, czyni ogromny atut, wprowadzając nas w swoistą mistyczną atmosferę. Całość przechodzi po jakimś czasie w klasyczną, neo-progową grę gitar, jednak odczucie pewnego “snucia się” we wcześniejszej nastrojowości pozostaje, czyniąc niejako muzyczny efekt Kuleszowa.
    “Whirlwind” jest zaś jedynym utworem, który dosłownie przemknął mi, bez zaznaczania swojej obecności. Jeśli mógłbym nazwać jakikolwiek utwór na płycie “fillerem”, to niestety to jemu przypadł by ten przykry los. Podkreśla to w szczególności bardzo uderzający od pierwszych sekund dźwięk następnego “Who Really Are We?”, mający rytm bardzo rockowy, i dopiero w późniejszych partiach zaznaczający też swoje progresywne przynależności - wręcz z powrotem dominując. Końcówka utworu, zaznaczona przez melodyjne solo, i quasi-solowe tło, wydaje się być perfekcyjnym outrem. Jednak outro dopiero w następnym utworze - “Afraid of Everything”. Być może lepiej byłoby utwór ten umieścić przed “Who Really Are We?”, czyniąc przejście łagodniejszym - z drugiej jednak strony rozumiem, iż było to konieczne, by zamknąć koncept płyty tekstowo. Zależnie więc, czy woli się bardziej podniosłe, czy delikatne zakończenia, można tu odczuć pewien niedosyt, lub wręcz przeciwnie.
    Wśród pozytywnych elementów albumu zdecydowanie należy wymienić godną podziwu różnorodność, dającą przestrzeń dla każdego stylu w jakimś stopniu. I choć można by zarzucić Pendragonowi, że grali na tej różnorodności bardzo ostrożnie, nie wychodząc zbyt daleko poza swój styl - to jednak widzę to raczej jako atut, gdyż zachowali koherencję z duszą swojego stylu. Kolejny pozytywnym aspektem jest również spójność kompozycyjna, gdyż instrumentalne partie zgrywały się z ideami zawartymi w tekstach: zwykle katalizując ich przekaz, czasami się z nimi sprzeczając (Starfish and the Sea), albo i ironizując (360 Degrees), jednak finalnie przekazując ich egzystencjalny wymiar.
    Formalnych bolączek albumu nie byłem w stanie zauważyć, jednak trzeba oddać sprawiedliwość, iż nie jest to płyta nadzwyczaj przebojowa, ani w rozumieniu mainstreamowości, ani prog-rockowej maestrii. Prezentuje nam konkretną ideę i opowiada wokół niej historię, jednak powstrzymując się przed nadmiarem technicznych popisów. Podobnie również traktuje przystępne, popowe brzmienie: przebijają z kilku utworów fragmenty, które można by takimi określić, jednak nigdy nie dochodzą one dostatecznie długo do głosu. Pozwala to nie zaburzyć wewnętrznej harmonii, ale nie czyni też z płyty zbyt podatnej na mainstreamową promocję.

    Utwory, które mnie poruszyły: “Truth and Lies”, “Soul and the Sea”, “Water”

    *i choć wiem teraz, że w międzyczasie wydawali albumy koncertowe, tak jednak z perspektywy nowego słuchacza liczą się długograje

    Tomasz Stępień niedziela, 24, styczeń 2021 07:16 Link do komentarza
  • Gabriel Koleński

    Myślę, że nie będzie przesadą, gdy napiszę, że najnowszy album Pendragon, „Love Over Fear” to jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt roku, jeśli chodzi o rock neoprogresywny. Zespół Nicka Barretta to jeden z tych, które najbardziej kojarzą się z tym gatunkiem, a każda kolejna płyta jest wydarzeniem, nawet jeśli nie spełnia oczekiwań wszystkich. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy spełniła moje, zapraszam do lektury.
    Solówka gitarowa, która pojawia się na początku „Everything”, brzmi jak z najlepszych lat grupy. Muzycznie utwór jest piękny, baśniowy, ale śpiew Barretta jest spokojniejszy, trochę zduszony. Czas zaczyna odciskać swe piętno na jego głosie. „Starfish and the Moon” otwiera cykl utworów spokojnych, w dużej mierze akustycznych, których znajdziemy kilka na „Love Over Fear”. Głos i pianino, krótka solówka na gitarze i kolejna zwrotka, trochę bogatsza o dodatkowe klawisze w tle. Jest ładnie i uroczo, ale chciałoby się trochę więcej. Początek „Truth and Lies” jest również oszczędny i delikatny, tym razem oparty na gitarze akustycznej. Utwór trochę usypia, bo bardzo długo się rozwija. Za to, gdy to już się stanie, wchodzi jedna z najlepszych solówek gitarowych na płycie – rozbudowana, wielowątkowa, stanowi preludium do emocjonalnego zakończenia. Takich momentów na krążku mogłoby być nieco więcej. Kolejna kompozycja jest ogromnym zaskoczeniem, ale jak najbardziej pozytywnym, ponieważ dowodzi, że lider grupy wciąż ma ochotę na niesztampowe eksperymenty. Chyba nikt nie spodziewał się, że Pendragon nagra kiedykolwiek skoczny kawałek w folkowym klimacie, wzbogacony o rozbrajające partie mandoliny i skrzypiec. „Soul and the Sea” również nie przypomina niczego, co zespół stworzył do tej pory, za to brzmi jakby stworzyła go …Anathema. Wrażenie to potęgują skrzypce, które nadają mu lekko symfonicznego sznytu. Dynamiczny i przestrzenny „Eternal Light” to kolejny z moich faworytów. Może melodia jest prosta, ale przyjemna, do tego majestatyczne klawisze w tle i mnóstwo smaczków aranżacyjnych, w tym fantastyczne solówki gitarowe. Niepokojący, trochę mroczny nastrój w „Water” budzi skojarzenia z klimatem „Men Who Climb Mountains”. Tu uwagę zwracają przede wszystkim świetny refren i piękne solówki gitarowe, zwłaszcza ta dłuższa. Niestety, gdy Barrett pod koniec próbuje śpiewać mocniej, słychać, że nie do końca mu to wychodzi. „Whirlwind” skonstruowany jest podobnie jak „Starfish and the Moon”, tylko, że zamiast solówki gitarowej jest saksofon. Jest w tej kompozycji coś niepokojącego, awangardowego, chłodne brzmienie jest dojmujące. Mocny, dynamiczny i wyjątkowo gitarowy „Who Really Are We?” mógłby spokojnie znaleźć się na „Pure”, co tylko świadczy o tym, że Nick Barrett lubi czasem nawiązywać do własnej twórczości. Album zamyka początkowo wyciszony „Afraid of Everything”, który później robi się mocniejszy i iskrzy ładnymi pasażami klawiszowymi.
    Nie ukrywam, że Pendragon to jeden z najważniejszych dla mnie zespołów z nurtu klasycznego neoproga. Jednak, mój osobisty stosunek do kapeli nie przesłania mi obiektywnego spojrzenia na ich muzykę, choć wywołuje określone emocje. Po pierwszym przesłuchaniu „Love Over Fear” byłem zwyczajnie rozczarowany. Album był promowany jako powrót do stylu najlepszych dokonań Pendragon, ale brakuje trochę energii, którą miały „The World”, „Window Of Life” czy „The Masquerade Overture”. Po wielu kolejnych przesłuchaniach okazało się, że nowe dzieło Nicka Barretta i spółki ma swój czar i wartość, ale dość długo się do nich dochodzi. To jest urok muzyki progresywnej. Niewiele odsłania z początku, ale coraz więcej wraz z dłuższym obcowaniem. Odnoszę wrażenie, że Barrett chciał zadowolić wszystkich, dlatego stworzył album, który przekrojowo czerpie z każdego okresu twórczości zespołu, ale dostarcza też kilku nowych, niekiedy zaskakujących doznań. Osobiście, nie wszystkie pomysły mnie przekonują, ale doceniam zapał lidera i cieszę się, że ten album powstał.
    Gabriel Koleński

    Gabriel Koleński niedziela, 05, kwiecień 2020 17:36 Link do komentarza
Zaloguj się, by skomentować

Recenzje Rock Neoprogresywny

Komentarze

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.