ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Collage
Moonshine
(1994, album studyjny)

Moonshine
Oceń ten artykuł
(836 głosów)

01. Heroes Cry  (6:40)
02. In Your Eyes  (14:04)
03. Lovely Day  (5:11)
04. Living In The Moonlight  (4:43)
05. The Blues  (7:17)
06. Wings In The Night  (11:12)
07. Moonshine  (12:50)
08. War Is Over  (5:27)

Czas całkowity:1:09:24
- Robert Amirian ( lead and backing vocals, acoustic guitar )
- Mirek Gil ( guitars )
- Krzysztof Palczewski ( keyboards )
- Wojtek Szadkowski ( drums )
- Piotr Mintay Witkowski ( bass )
Wyświetlony 8762 razy
Inne albumy wykonawcy: « Baśnie Safe »

2 komentarzy

  • Link do komentarza Gacek wtorek, 24 czerwiec 2008 01:30 napisane przez Gacek

    Album ten jest dziś już obrośnięty legendą, niemal taką jak wczesne płyty King crimson czy Marillion. Jak naprawde mało która płyta powstała stosunkowo niedawno jest dziś naprawdę zaliczana do klasyki. To co zespół Collage zawarł na tym krążku to esencja tego co było wcześniej i tego co będzie później w tzw rocku neoprogresywnym. Powiem szczerze że spotkałem sie z tą płytką przypadkiem... gdzieś coś słyszałem a że widziałem na przecenie za psie pieniądze to kupiłem. Jak tylko wrzuciłem ją do odtwarzacza przerzyłem szok. Bez zbędnego nudzenia, odrazu uderzenie i po chwili solo gitary. W tym momencie czekałem tylko na wokal, który zaraz by wszystko zepsół (jak to było w innym Polskim skąd inąd niezłym neoprogresywnym zespole) ale bardzo się zdziwiłem. Pan Robert Amirian jest krzykaczem na światowym poziomie, zaryzykuje że najleprzym w Polsce (napewno w tamtym okresie). Wszystko to sprawiło że od pierwszego utworu płyta wciąga i trzyma do końca. Niewątpliwie w tamtym czasie Collage miał tą chemię dzięki której muzycy otworzyli sie i dali z siebie wszystko przy nagrywaniu tego materiału. Płyta jest bardzo zwarta, trudno wyróźnic tutaj jakiś utwór. Wszystkiego po kolei słucha sie doskonale. Bardzo cenię Heroes Cry i The Blues chyba ze względu że są to utwory bardziej zwarte i mniej rozwlekłe. Ale naprawde trudno cokolwiek wydłubac. Te dzwięki rzucają na kolana nawet dzisiaj po parunastu latach od ich nagrania. Jak na mało którym albumie neoprogresywnym brzmienie jest niezwykle żywe, 'mięsiste', pełne przepychu i czyste. Jest tu bardzo dużo klawiszy i specyficzne solówki Mirka Gila. Czasem czytam tu i tam że jest ich zbyt dużo, sądze że dają one tej właśnie muzyce dynamike i nie jest ich ani za dużo ani za mało. Pragnę jeszcze dodac że na niedawnej reedycji znalazł się dodatkowy utwór - Almost there, którego jakośc napewno nie odbiega od tego co mamy na regularnym wydawnictwie. Uważam go za doskonałe dopełnienie tego naprawde wyjątkowego krążka. Jeżeli ktoś go jeszcze nie słyszał to niech idzie do najbliższego czynnego jeszcze sklepu i go kupi. Nie jest to napewno najwyższy poziom bo do ekstraklasy muzyki progresywnej drzwi dawno zostały zamknięte. Napewno jest to jedna z najciekawszych neoprogresywnych płyt o lata świetlne leprza od tego co teraz lansują nam artyści na tym polu. Tak więc zamiast szukac wśród kiepskich naśladowców i czesto popłuczyn dawnego geniuszu lepiej odpalic Moonshine. Polecam gorąco

  • Link do komentarza Paweł Tryba wtorek, 24 czerwiec 2008 01:30 napisane przez Paweł Tryba

    Bez owijania w bawełnę powiem, że dla mnie 'Moonshine' to absolutne mistrzostwo polskiego progresu, dzieło do dziś niedoścignione, choć obserwując ewolucję Quidam czy rozwój tradycyjnie neoprogresywnej 'stajni' Lynx Music zaczynam wypatrywać czegoś równie wielkiego. Mniejsza jednak o to! Najważniejsza jest zawartość albumu, a ta jest nadzwyczajna.Trwający dobrze ponad godzinę album, w reedycji opatrzony w dodatku bonusowym utworem dosłownie ani na sekundę nie pozwala się znudzić. Cały czas coś się w tej muzyce dzieje i co najciekawsze - wszystko tu ma swój sens, podporządkowane jest żelaznej logice kompozycji. Fakt, nie ma tu spontaniczności bijącej z debiutu, ale jest za to misternie skonstruowany klejnocik. W dodatku poszczególne utwory połączone są ze sobą, płynnie przechodzą jeden w drugi. Skład zebrany w 1992 roku zdążył już się ze sobą zgrać, kompozycje czekające na nagranie ładnych parę lat (vide archiwalna płyta 'Changes') nabrały ostatecznego kształtu i, co niezwykłe, lśnią pełnym blaskiem. Bywa nieraz tak, że zespół jest zmęczony graniem jakiegoś kawałka od dłuższego czasu i kiedy przychodzi do rejestracji studyjnej, robi to 'na odwal'. Nie tym razem na szczęście. Umiejętności muzyków są niebagatelne, ale panowie nawet jeśli hasają solo to w sposób na tyle zdyscyplinowany, by nie naruszyć struktury utworu. Czyli co? Neoprogressive-math-rock? A skąd! Po pierwsze - nie z takim wokalistą! Robert Amirian ma głos będący autentycznym darem Niebios - wysoki, dźwięczny, ale mimo to męski i potrafi znakomicie nim operować. Jego wokal aż buzuje od emocji. Posłuchajcie, jak wspaniale się pan Robert rozkręca w 'Living In The Moonlight', najpiękniejszej w ogóle kompozycji Collage. Zresztą wystarczy jedno króciutkie hej w tytułowej suicie. Jedna jedyna sylaba - a jaki efekt! Po drugie - muzycy pieczołowicie tworzą klimat poszczególnych piosenek, by dać mu kulminację równie gorącymi co spiew Amiriana solówkami. Najczęściej w wykonaniu Mirka Gila, drugiego bohatera tego albumu. 'Palcześ' na klawiszach jest jednak nie mniej istotny. Jego współpraca z Gilem, tudzież finezyjna gra sekcji rytmicznej, dają unikalne brzmienie tego albumu - bardzo zagęszczone, ale też nie odejmujące utworom optymizmu, To w końcu Collage, a nie Neurosis. O każdym utworze można pisać długo i dobrze (zwłaszcza, że mamy tu aż trzy kilkunastominutowe suity!. O 'Living In The Moonlight' już wspomniałem (ach, ten przewodni motyw klawiszy!). 'Heroes Cry' kończy się długim solo Gila. Z reguły nie lubię wydłużanai piosenek na siłę, ale nie tym razem. W 'The Blues' mamy bardzo kunsztownie rozbudowany wstęp. Z trzech 'długasów' wybija się na pierwsze miejsce 'Moonshine', zwłaszcza dzięki potężnym klawiszom na początku i niesamowitemu, statycznemu przerywnikowi w połowie. Dwie pozostałe suity to jednak także miód na uszy. Pewną odmianę stanowi wieńczące w oryginale album 'War Is Over'. Ta spokojna ballada nie jest aż tak zapchana dźwiękami, jest znacznie bardziej ascetyczna. I stawia kropkę nad I, gdy przeradza się w opętańczy celtycki taniec, by ostateczne wybrzmieć kodą podobną do paryskiego walczyka. Znakomity pomysł! Dodane w 2003. roku w reedycji 'Almost There' też jest niezwykle nośne, a brzmieniowo odstaje od zasadniczego programu płyty tylko odrobinę. Zresztą duży procent sukcesu 'Moonshine' jest właśnie efektem ujmujących melodii - wokalnych i w poszczególnych partiach instrumentalnych - które doskonale się ze sobą przeplatają. Niesamowita płyta! Od momentu wydania i po wsze czasy! Recenzujący również 'Moonshine' Goornik stwierdził, że ta płyta nie jest klasykiem, bo się nie ukazała w klasycznej epoce. Nie mogę się z tym zgodzić. 'Moonshine' jest dziełem kanonicznym - do dziś słuchanym i komentowanym nie tylko w kraju nad Wisłą. Bo to piękna płyta po prostu. 5/5 - z pozycji kolan.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version