ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Collage
Moonshine
(1994, album studyjny)

Moonshine
Oceń ten artykuł
(839 głosów)

 

01. Heroes Cry - 6:40
02. In Your Eyes - 14:04
03. Lovely Day - 5:11
04. Living In The Moonlight - 4:43
05. The Blues - 7:17
06. Wings In The Night - 11:12
07. Moonshine - 12:50
08. War Is Over - 5:27

Czas całkowity - 1:09:24

- Robert Amirian - wokal, gitara akustyczna, mandolina
- Mirek Gil - gitara
- Krzysztof Palczewski - instrumenty klawiszowe
- Piotr Witkowski - gitara basowa
- Wojtek Szadkowski - perkusja

 

Wyświetlony 9257 razy
Inne albumy wykonawcy: « Baśnie Safe »

3 komentarzy

  • Link do komentarza Dariusz Maciuga czwartek, 26 maj 2022 17:43 napisane przez Dariusz Maciuga

    Właściwie „Moonshine” to chyba ostatnia płyta, którą zdecydowałbym się recenzować. Przypominałoby to trochę odgrzewanie kotleta, który był odgrzewany niezliczoną ilość razy. A wiadomo, że wielokrotnie odgrzewany kotlet przybiera ostatecznie konsystencję podeszwy, więc jaki to ma sens? Jednak z drugiej strony cała rzeczywistość wokół nas się zmienia, więc uznałem, że warto coś napisać o tym albumie z perspektywy fana egzystującego w roku 2022. Od momentu pierwszego kontaktu, przez kilkanaście następnych lat byłem święcie przekonany, że jest to album najwyższej próby w polskim artrocku. Maglowałem go przez ten czas z zapałem aż sprzykrzył mi się zupełnie, po czym uznałem, że jednak aż tak szczególny nie jest. Sięgnąłem po niego po pięciu latach, czyli de facto pod koniec zeszłego roku i doznałem lekkiego szoku. Okazało się, że tak naprawdę nic nie zmieniło się w odbiorze tej muzyki od czasu, kiedy słuchałem jej tak zawzięcie . Mam wrażenie, że mimo ćwierćwiecza (bo już tyle ma) z tej muzyki emanuje ponadczasowy ładunek emocjonalny i świetne rozwiązania stricto muzyczne. Każdy utwór uderza we wrażliwość słuchacza z ogromną siłą. Gigantyczną zasługą jest w tym gra Krzysztofa Palczewskiego na instrumentach klawiszowych. Nie da się ukryć, że te dźwięki na płycie dominują. Ewidentnie słychać jednak, że taki miał być z założenia charakter tej muzyki. Jednocześnie instrumenty te nie powodują zepchnięcia pozostałych na dalszy plan. Nie będzie też żadną przesadą stwierdzenie, że Palczewski na nich nie gra, tylko za ich pomocą maluje muzyczne pejzaże. Pejzaże, które wchodzą w wyobraźnię, by pozostać tam na zawsze. Wystarczy posłuchać „Lovely Day”, „The Blues”, „Wings in the Night”, a zwłaszcza „Moonshine”, żeby przekonać się, o co chodzi. Te brzmienia kreują nostalgiczne i bardzo baśniowe piękno, potęgowane przez rewelacyjne partie gitarowe Mirka Gila. W efekcie obaj muzycy tworzą wspaniałe dialogi klawiszowo – gitarowe, które stanowią kwintesencję wszystkich utworów albumu. Ponadto wszystko to opiera się na ujmujących melodiach tworzonych zarówno przez instrumenty, jak i tych, które wychodzą z gardła Roberta Amiriana. Trzeba zaznaczyć, że Robert ma dość charakterystyczną manierę wokalną. Mnie ona nie od początku pasowała. Czasem nawet nieco drażniła. Niemniej była to tylko kwestia czasu, żeby się do niej przyzwyczaić. Po tym okazało się, że inny wokal zdecydowanie nie był by korzystny dla muzyki na „Moonshine”. Co więcej, głos Amiriana świetnie dopełnia wyjątkowość tej muzyki. Jego bardzo emocjonalny śpiew sprawia, że muzyka perfekcyjnie dotyka emocjonalnej sfery tego, kto z nią obcuje.

    Co do samej muzyki, to zasadniczym jej filarem jest oprócz melodii i nastroju jest wyjątkowe bogactwo aranżacyjne i mnogość różnorodnych tematów. Rewelacyjnie przeplatają się ze sobą momenty spokojne i wyciszone z bardziej dynamicznymi. Nie jest to oczywiście nic odkrywczego, ale rzecz w tym, żeby to wszystko odpowiednio ze sobą połączyć i stworzyć muzykę, która wepchnie słuchacza w inną, lepszą rzeczywistość. Kwintetowi Szadkowski / Palczewski / Gil / Amirian / Witkowski udało się to znakomicie.

    Jedynym mankamentem wydaje się być okładka. Wiem, że jest ona w pewnym sensie znakiem rozpoznawczym tego albumu, ale wybór tego obrazu Beksińskiego na oprawę graficzną jest w mojej ocenie nietrafiony. Dzieła tego artysty mają swoją specyfikę i to, co widać na tym obrazie nie współgra z muzyką zawartą na płycie. Ta wymaga raczej, czegoś bardziej pogodnego a jednocześnie nostalgicznego, a przede wszystkim nie tak abstrakcyjnego.

    Zakończyć muszę niestety raczej niezbyt optymistycznie. Mam nieodparte przeczucie, że „Moonshine” jest łabędzim śpiewem tego zacnego zespołu i takiej muzyki już ze strony Collage nie uświadczymy. Jednak to tylko przeczucie niepodparte żadnymi przesłankami, więc wszystko może się tak naprawdę wydarzyć. Oby się tak stało.

  • Link do komentarza Gacek wtorek, 24 czerwiec 2008 01:30 napisane przez Gacek

    Album ten jest dziś już obrośnięty legendą, niemal taką jak wczesne płyty King crimson czy Marillion. Jak naprawde mało która płyta powstała stosunkowo niedawno jest dziś naprawdę zaliczana do klasyki. To co zespół Collage zawarł na tym krążku to esencja tego co było wcześniej i tego co będzie później w tzw rocku neoprogresywnym. Powiem szczerze że spotkałem sie z tą płytką przypadkiem... gdzieś coś słyszałem a że widziałem na przecenie za psie pieniądze to kupiłem. Jak tylko wrzuciłem ją do odtwarzacza przerzyłem szok. Bez zbędnego nudzenia, odrazu uderzenie i po chwili solo gitary. W tym momencie czekałem tylko na wokal, który zaraz by wszystko zepsół (jak to było w innym Polskim skąd inąd niezłym neoprogresywnym zespole) ale bardzo się zdziwiłem. Pan Robert Amirian jest krzykaczem na światowym poziomie, zaryzykuje że najleprzym w Polsce (napewno w tamtym okresie). Wszystko to sprawiło że od pierwszego utworu płyta wciąga i trzyma do końca. Niewątpliwie w tamtym czasie Collage miał tą chemię dzięki której muzycy otworzyli sie i dali z siebie wszystko przy nagrywaniu tego materiału. Płyta jest bardzo zwarta, trudno wyróźnic tutaj jakiś utwór. Wszystkiego po kolei słucha sie doskonale. Bardzo cenię Heroes Cry i The Blues chyba ze względu że są to utwory bardziej zwarte i mniej rozwlekłe. Ale naprawde trudno cokolwiek wydłubac. Te dzwięki rzucają na kolana nawet dzisiaj po parunastu latach od ich nagrania. Jak na mało którym albumie neoprogresywnym brzmienie jest niezwykle żywe, 'mięsiste', pełne przepychu i czyste. Jest tu bardzo dużo klawiszy i specyficzne solówki Mirka Gila. Czasem czytam tu i tam że jest ich zbyt dużo, sądze że dają one tej właśnie muzyce dynamike i nie jest ich ani za dużo ani za mało. Pragnę jeszcze dodac że na niedawnej reedycji znalazł się dodatkowy utwór - Almost there, którego jakośc napewno nie odbiega od tego co mamy na regularnym wydawnictwie. Uważam go za doskonałe dopełnienie tego naprawde wyjątkowego krążka. Jeżeli ktoś go jeszcze nie słyszał to niech idzie do najbliższego czynnego jeszcze sklepu i go kupi. Nie jest to napewno najwyższy poziom bo do ekstraklasy muzyki progresywnej drzwi dawno zostały zamknięte. Napewno jest to jedna z najciekawszych neoprogresywnych płyt o lata świetlne leprza od tego co teraz lansują nam artyści na tym polu. Tak więc zamiast szukac wśród kiepskich naśladowców i czesto popłuczyn dawnego geniuszu lepiej odpalic Moonshine. Polecam gorąco

  • Link do komentarza Paweł Tryba wtorek, 24 czerwiec 2008 01:30 napisane przez Paweł Tryba

    Bez owijania w bawełnę powiem, że dla mnie 'Moonshine' to absolutne mistrzostwo polskiego progresu, dzieło do dziś niedoścignione, choć obserwując ewolucję Quidam czy rozwój tradycyjnie neoprogresywnej 'stajni' Lynx Music zaczynam wypatrywać czegoś równie wielkiego. Mniejsza jednak o to! Najważniejsza jest zawartość albumu, a ta jest nadzwyczajna.Trwający dobrze ponad godzinę album, w reedycji opatrzony w dodatku bonusowym utworem dosłownie ani na sekundę nie pozwala się znudzić. Cały czas coś się w tej muzyce dzieje i co najciekawsze - wszystko tu ma swój sens, podporządkowane jest żelaznej logice kompozycji. Fakt, nie ma tu spontaniczności bijącej z debiutu, ale jest za to misternie skonstruowany klejnocik. W dodatku poszczególne utwory połączone są ze sobą, płynnie przechodzą jeden w drugi. Skład zebrany w 1992 roku zdążył już się ze sobą zgrać, kompozycje czekające na nagranie ładnych parę lat (vide archiwalna płyta 'Changes') nabrały ostatecznego kształtu i, co niezwykłe, lśnią pełnym blaskiem. Bywa nieraz tak, że zespół jest zmęczony graniem jakiegoś kawałka od dłuższego czasu i kiedy przychodzi do rejestracji studyjnej, robi to 'na odwal'. Nie tym razem na szczęście. Umiejętności muzyków są niebagatelne, ale panowie nawet jeśli hasają solo to w sposób na tyle zdyscyplinowany, by nie naruszyć struktury utworu. Czyli co? Neoprogressive-math-rock? A skąd! Po pierwsze - nie z takim wokalistą! Robert Amirian ma głos będący autentycznym darem Niebios - wysoki, dźwięczny, ale mimo to męski i potrafi znakomicie nim operować. Jego wokal aż buzuje od emocji. Posłuchajcie, jak wspaniale się pan Robert rozkręca w 'Living In The Moonlight', najpiękniejszej w ogóle kompozycji Collage. Zresztą wystarczy jedno króciutkie hej w tytułowej suicie. Jedna jedyna sylaba - a jaki efekt! Po drugie - muzycy pieczołowicie tworzą klimat poszczególnych piosenek, by dać mu kulminację równie gorącymi co spiew Amiriana solówkami. Najczęściej w wykonaniu Mirka Gila, drugiego bohatera tego albumu. 'Palcześ' na klawiszach jest jednak nie mniej istotny. Jego współpraca z Gilem, tudzież finezyjna gra sekcji rytmicznej, dają unikalne brzmienie tego albumu - bardzo zagęszczone, ale też nie odejmujące utworom optymizmu, To w końcu Collage, a nie Neurosis. O każdym utworze można pisać długo i dobrze (zwłaszcza, że mamy tu aż trzy kilkunastominutowe suity!. O 'Living In The Moonlight' już wspomniałem (ach, ten przewodni motyw klawiszy!). 'Heroes Cry' kończy się długim solo Gila. Z reguły nie lubię wydłużanai piosenek na siłę, ale nie tym razem. W 'The Blues' mamy bardzo kunsztownie rozbudowany wstęp. Z trzech 'długasów' wybija się na pierwsze miejsce 'Moonshine', zwłaszcza dzięki potężnym klawiszom na początku i niesamowitemu, statycznemu przerywnikowi w połowie. Dwie pozostałe suity to jednak także miód na uszy. Pewną odmianę stanowi wieńczące w oryginale album 'War Is Over'. Ta spokojna ballada nie jest aż tak zapchana dźwiękami, jest znacznie bardziej ascetyczna. I stawia kropkę nad I, gdy przeradza się w opętańczy celtycki taniec, by ostateczne wybrzmieć kodą podobną do paryskiego walczyka. Znakomity pomysł! Dodane w 2003. roku w reedycji 'Almost There' też jest niezwykle nośne, a brzmieniowo odstaje od zasadniczego programu płyty tylko odrobinę. Zresztą duży procent sukcesu 'Moonshine' jest właśnie efektem ujmujących melodii - wokalnych i w poszczególnych partiach instrumentalnych - które doskonale się ze sobą przeplatają. Niesamowita płyta! Od momentu wydania i po wsze czasy! Recenzujący również 'Moonshine' Goornik stwierdził, że ta płyta nie jest klasykiem, bo się nie ukazała w klasycznej epoce. Nie mogę się z tym zgodzić. 'Moonshine' jest dziełem kanonicznym - do dziś słuchanym i komentowanym nie tylko w kraju nad Wisłą. Bo to piękna płyta po prostu. 5/5 - z pozycji kolan.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version