ProgRock.org.pl

Switch to desktop

Baśnie

Oceń ten artykuł
(102 głosów)
(1990, album studyjny)

01. Jeszcze jeden dzień - 4:10
02. Ja i Ty - 3:20
03. Kołysanka - 4:30
04. Baśnie - 10:00
05. Dalej, dalej - 7:00
06. Stare ścieżki - 6:45
07. Fragmenty - 4:28
08. Rozmowa - 4:45

Czas całkowity - 47:28

- Tomasz Różycki - wokal
- Mirosław Gil - gitara
- Jacek Korzeniowski - instrumenty klawiszowe
- Przemysław Zawadzki - gitara basowa
- Wojciech Szadkowski - perkusja

 

Więcej w tej kategorii: Nine Songs Of John Lennon »

2 komentarzy

  • Dariusz Maciuga

    Parę lat temu przeczytałem gdzieś takie oto słowa Artura Chachlowskiego: „Muzyka to przede wszystkim emocje. To szybsze bicie serca, to miłe ściskanie w żołądku, to ciarki na skórze i pozornie irracjonalna chęć słuchania danego utworu, czy płyty ”. Słowa te całkowicie oddają moje spojrzenie na muzykę, ale chyba do żadnej płyty nie odnoszą się tak silnie, jak do „Baśni”.
    Chcąc być obiektywnym, trzeba uczciwie przyznać, że warunki, w jakich powstawał album wpłynęły niekorzystnie na jego brzmienie. Jest bardzo płaskie, brakuje basu, bębny są mało selektywne, itd. Niestety jest to wątpliwa zasługa studia Winicjusza Chrósta, z którego sprzętu nie udało się wycisnąć zbyt wiele. Kolaży to jednak nie zniechęciło i maksymalnie wykorzystali dostępne możliwości, a przede wszystkim swój talent i drzemiący w nich potencjał tworząc muzykę bez dwóch zdań dobrą. Nie... to nie jest właściwe określenie. Najwłaściwsze to: niezwykłą. Bez dwóch zdań.
    Na płycie otrzymujemy muzykę, którą wielu porównuje do wczesnego Marillion i innych grup z neoprogresywnego podwórka. Nie do końca przekonują mnie te porównania. Muzyka zawarta na „Baśniach” jest o wiele bardziej „swojska” i bardziej klimatyczna. Przede wszystkim na pierwszy plan wybijają się brzmienia klawiszowe, za pomocą których Jacek Korzeniowski wprowadza wręcz namacalnie wyczuwalną baśniową aurę. Druga istotna cecha to gitara. Mirek Gil zastosował zupełnie inne brzmienie niż na późniejszych płytach zespołu. Jednak jest ono tak charakterystyczne i unikalne, że stanowi o specyfice całego albumu. Na szczególną uwagę zasługują też teksty. Przede wszystkim duże uznanie należy się Tomkowi Różyckiemu za zaśpiewanie ich po polsku, bo są naprawdę niezwykłe i przez to w sposób idealny podkreślają nastrój płyty. I choć nie ma sensu opisywać ich przesłania ani tym bardziej analizować i kombinować nad tym, co autor miał na myśli, to już pobieżne wsłuchanie się w nie ukazuje, że dotyczą jakiś ważnych spraw, przeżyć, przemyśleń, podanych w sposób bardzo poetycki. Nawet jeśli odnosi się czasem wrażenie banalności jakiegoś wyśpiewanego wersu, to nie wpływa to w żaden sposób na odbiór całego utworu. Co więcej, z reguły taki „rodzynek” po prostu pasuje do całości. Ponadto liryki te są bardzo uniwersalne i wydaje się, że każdy może je interpretować we własny, bardzo osobisty sposób. Intrygujące jest też to, że nie da się wyszczególnić konkretnych utworów, które posiadają coś specyficznego, co wybijało by je ponad inne. Od początku do końca wszystkie trzymają bardzo równy poziom zarówno techniczny, aranżacyjny, kompozytorski, jak i nastrojowo – emocjonalny.
    Poza muzyką pozostała jeszcze okładka. No cóż... nie ma co ukrywać, że jest to obraz z pogranicza kiczu, ale jest tak mocno zintegrowany z muzyką, że trudno wyobrazić sobie jakikolwiek inny. Piękny, oświetlony światłem Księżyca las i elf z puszką Coca Coli w dłoni nie dość, że skłania do myślenia, to wyjątkowo silnie oddziałuje na emocje i wrażliwość słuchacza. Jest w tym obrazku, jak i w muzyce coś wyjątkowo nostalgicznego, melancholijnego i magicznego zarazem. Coś, czego tak naprawdę inne płyty nie dają.
    Album ten świadczy jak mało który o tym, że muzyka to przede wszystkim dźwięki wypływające z duszy i serca, a nie z dziesiątków przesterów, setek efektów i podrasowanych w pierwszoligowych studiach brzmień. To album, którego słucha się latami. Może zabrzmi to infantylnie i zbyt górnolotnie, ale jestem też przekonany, że pozostanie ze mną do końca życia (a może usłyszę go też po tej drugiej stronie?).

    Tymczasem, gdy piszę tą recenzję nastaje „długa, długa noc, cienie wokół mnie”, więc odpalam płytę, bo „chcę zatrzymać czas – hen na stare ścieżki wyjść”, by znaleźć się „w zaklętych miejscach, gdzie marzenia zatrzaskują mnie”.

    Dariusz Maciuga piątek, 08, lipiec 2022 22:39 Link do komentarza
  • Paweł Tryba

    Wiadomo - Collage to nasza duma narodowa, zespół, który do dziś jest zaliczany do klasyki neoprogresywnego grania. Bo nagrali wspaniały album Moonshine, bo mieli zaklepane supportowanie Dream Theater, do którego nie doszło tylko dlatego, że data pokrywała się ze ślubem basisty (dopiero kilkanaście lat później inni Polacy dostąpili tego honoru). Bo Gil miał brzmienie gitary jak nikt inny, bo Amirian tak cudnie śpiewał... No właśnie. Amirian. Jestem ostatnią osobą, która krytykowałaby wokal pana Roberta, ale niestety sukces składu Collage, który nagrał dwie ostatnie płyty (bo [i]Nine Songs Of John Lennon[/i] było tylko ćwiczebnym poligonem błyskawicznie zebranego nowego wcielenia zespołu) przyćmił ich debiut, również zasługujący na zainteresowanie. Może dzięki temu, że jest inny od reszty dokonań Collage? Nie tylko dlatego, że jako jedyna nagrana została po polsku. Baśnie to płyta zdecydowanie bardziej żywiołowa, mniej uładzona od dość statycznych Moonshine i Safe. W żadnym jednak razie nie gorsza. Dla niektórych słuchaczy trudna do zaakceptowania była nosowa maniera wokalna Tomasza Różyckiego. Niech im będzie. Na pewno jednak nie można mu odmówić autentyczności i pewnego osłuchania w dokonaniach gigantów. Miejscami pan Tomasz próbuje przemycać wokalny teatrzyk jak ze złotych lat Genesis. Jacek Korzeniowski miał swój własny styl, grał znacznie żywiej niż później Krzysztof Palczewski. A same kompozycje? Bardzo wysokiej próby. Tytułowy utwór to próba stworzenia wielowątkowej suity, próba udana. Wszystkie utwory skrzą się od popisów Gila. Klawisze rzadziej wychodzą przed szereg, ale zawsze sensownie. Moje dwa ulubione fragmenty to Fragmenty właśnie i Dalej,Dalej. W tych pieknych utworach słychać już zalążki późniejszej wielkości. Jestem właścicielem starej kasety wydanej przez Ars Mundi. Strona edytorska pozostawia wiele do życzenia. Mirka Gila przechrzczono na Marka, a Jacek Korzeniowski dowiedział się, że nazywa się tak naprawdę Korzeniewski. Dobrze, że w reedycji firmy Metal Mind wspaniała muzyka z Baśni zyskała godną siebie oprawę.

    Paweł Tryba poniedziałek, 28, kwiecień 2008 01:56 Link do komentarza
Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version