ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Dianoya
Lidocaine
(2012, album studyjny)


01. Far Cry  (5:23)
02. Cold Genius  (5:22)
03. 1000G  (6:07)
04. One-Sided  (5:29)
05. Good News Comes After A While  (4:02)
06. Figaro Song  (2:13)
07. Best Wishes  (6:19)
08. Endgame  (6:03)
09. Nothing In Return  (7:26)
10. 21st Century  (5:14)
11. Venid  (1:21)

Czas całkowity:


- Filip Zieliński  (vocals, keyboards)
- Janek Niedzielski  (guitars)
- Artur Radkiewicz  (bass)
- Łukasz Chmieliński  (drums)

Wyświetlony 2268 razy
Inne albumy wykonawcy: « Severance Undone »

1 komentarz

  • Link do komentarza Krzysztof Baran czwartek, 07 czerwiec 2012 23:35 napisane przez Krzysztof Baran

    Dwa lata temu przy okazji debiutu warszawskiego zespołu Dianoya napisałem, że 'apetyt rośnie w miarę jedzenia'. W przypadku zespołu ze stolicy, po skonsumowaniu albumu 'Obscurity Divine' mój apetyt urósł do sporych rozmiarów, bowiem był to debiut niezwykle osobliwy i bardzo udany. Z tym większym głodem zasiadłem w fotelu by wreszcie zaznajomić się z najnowszą pozycją w ich dyskografii, zatytułowaną 'Lidocaine'.

    Zespół Dianoya podczas ostatnich dwóch lat trochę zmienił swoje oblicze. W składzie zespołu pozostała już tylko jedna gitara, bowiem zespół opuścił Maciek Papalski. Nastąpiła także zmiana na pozycji basisty. Adama Pierzchałę zastąpił Artur Radkiewicz. Słuchając nowej płyty rzuca się na ucho kilka uwag.

    Po pierwsze - wokal. Obdarzony bardzo ciekawą barwą głosu Filip Zieliński śpiewa na 'Lidocaine' bardzo pewnie wykorzystując swoją barwę po mistrzowsku i według mnie jest to największy plus nowego materiału.
    Po drugie - gitary. Nie ma Maćka Papalskiego, nie ma więc dwóch gitar. Co za tym idzie przestrzeń, jaką ten instrument tworzył na 'Obscurity Divine' nie jest już tak intensywna. Ale od razu muszę przyznać, że Janek Niedzielski znakomicie wywiązuje się z roli jedynego gitarzysty w zespole! Bardzo podobają mi się liczne zagrywki akustyczne, które dodają kolorytu całości.
    Po trzecie - klawisze. Jest ich znacznie mniej niż na pierwszym albumie. Właściwie pojawiają się już wyłącznie w tle, najczęściej w formie klasycznych organów potęgując ostre brzmienie gitar. A już o jakichkolwiek solowych popisach Lopeza nie ma mowy. Filip postanowił bardziej przyłożyć się za mikrofonem i znakomicie wyważył obydwie funkcje w zespole.
    Po czwarte - klimat płyty. 'Obscurity Divine' była płyta bardzo mroczną, powolną (co nie znaczy że złą!), przesyconą bólem, strachem, pesymizmem i chwilami senną nostalgią. Album 'Lidocaine' to zupełnie inny klimat. Bardziej optymistyczny, mniej mroczny. Raczej zmysłowy i tajemniczy.
    Po piąte - sekcja rytmiczna. Bas chodzi bardzo wyraziście i znakomicie współgra z perkusją. Artur jest bardzo dobrym basistą. Sposobem gry przypomina mi Geddy'ego Lee. Łukasz Chmieliński też czuje się wyraźnie pewnie w nowym, nieco pobudzonym obliczu zespołu.

    Na płytę składa się 11 kompozycji, z których większość to pojedyncze utwory. 'Lidocaine' to płyta bardziej radiowa, bez długich, rozbudowanych mini-suit, jednak z utworami bardzo przemyślanymi i ciekawie zaaranżowanymi. Od pierwszego przesłuchania zaintrygowała mnie kompozycja numer trzy, zatytułowana '1000G'. Utwór to zgrabnie balansujący pomiędzy nastrojami, rozbudowujący napięcie krok po kroku i rozwijający się dokładnie tak jak lubię. To taka swoista mieszanka pomiędzy klasycznym Rush, Anathemą sprzed lat, Tool i Porcupine Tree nowej ery. Zresztą cały album jest wyraźnie zainspirowany podobną muzyką. Pojawia się jednak jeszcze jedna inspiracja. Jest nią sentyment do sceny rodem z Seattle. Może nie jest to sprawa bardzo wyrazista, ale co jakiś czas pojawiają się krótkie zagrywki o garażowym posmaku Nirvany, Soundgarden czy Pearl Jam. Bardzo ciekawy zabieg, który potwierdza tylko, że 'być progresywnym' to wcale nie oznacza tylko oglądać się za historią symfonicznych i psychodelicznych tuzów. Zespół Dianoya łączy te wpływy w bardzo prosty, ale niezwykle zgrabny sposób. 'One Sided', 'Best Wishes', 'Nothing In Return' to kolejni moi faworyci z tej płyty. Zresztą, całość brzmi na tyle ciekawie, że naprawdę jest na czym ucho zawiesić.

    Owszem! Brakuje mi trochę tego rozmachu w budowie kompozycji, co na 'Obscurity Divine'. Ale z drugiej strony są na albumie 'Lidocaine' elementy, których na tamtej płycie nie było. Zatem można powiedzieć, że mamy zachowane status quo! Tytuł płyty intrygujący... Lidokaina to środek miejscowo znieczulający. Takich specyfików nie raz, nie dwa potrzebujemy w naszym trudnym życiu. Jeśli są one zamknięte w muzyce, to możemy je stosować bez ograniczeń... I chyba właśnie po to między innym tworzą swoje dźwięki muzycy z Warszawy.

    Polecam!

    Krzysiek 'Jester' Baran

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version