ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Satellite
Into The Night
(2007, album studyjny)

Into The Night
Oceń ten artykuł
(133 głosów)

01. Into The Night - 6:54
02. Dreams - 13:30
    . Part 1
    . Part 2
    . Part 3
03. Downtown Skyline - 6:20
04. Lights - 2:14
05. Don't Go Away In Silence - 7:35
06. Heaven Can Wait - 9:04
07. Forgiven And Forgotten - 6:05
08. Time Stands Still - 8:07
09. Around The World - 3:40

Czas całkowity - 1:03:29

- Robert Amirian - wokal
- Sarhan Kubeisi - gitara
- Krzysztof Palczewski - instrumenty klawiszowe
- Jarosław Michalski - gitara basowa
- Wojciech Szadkowski - perkusja

Wyświetlony 5537 razy

2 komentarzy

  • Link do komentarza Arkadiusz Cieślak wtorek, 27 styczeń 2009 15:42 napisane przez Arkadiusz Cieślak

    Spełnione marzenia.

    Są płyty, na które czekamy, które są dla nas światełkiem w tunelu przeciętnych i niezbyt oryginalnych wydawnictw. Czujemy, że taka właśnie płyta może przywrócić w nas wiarę w Muzykę. Tutaj łapię się na tym, że używam liczby mnogiej, co może być przez kogoś odebrane za zbytnią pewność siebie, więc zwracam honor i mówię od tej pory za siebie. Niestety uważam jednak, że mamy dość chude lata jeśli chodzi o prawdziwe arcydzieła w muzyce rockowej. Jest mnóstwo ciekawych, interesujących i nawet oryginalnych grup, ale brakuje mi tych perełek, tych świateł ('Lights') rozjaśniających muzyczny firmament. Na szczęście jednak pośród nocnych ciemności ('Into the night') pojawia się satelita (Satellite) świeżości i pięknych melodii krążący w niebiosach, które jeszcze mogą na nas poczekać ('Heaven can wait'). Poczekać, żebyśmy mogli spełnić nasze marzenia ('Dreams') zanim odejdziemy w milczeniu ('Don't walk away in silence').

    Wojtek Szadkowski (pozwolę sobie go tak tytułować, gdyż mieliśmy sposobność się poznać) jest niewątpliwie ważną postacią na progresywnej polskiej scenie, i to od bardzo dawna. Każdy wie, że przed Satellite było Collage, to jest muzyczne abecadło. Zazdroszczę tym, którzy jeszcze Collage nie znają, wierzcie mi, że czekają Was wspaniałe przeżycia. 'Moonshine' wgniata, miażdży, rozszarpuje na strzępy, wyrywa serce i duszę, i nigdy się nudzi.

    Satellite jest niejako przedłużeniem Collage, to można powiedzieć bliźniaki, których ojcem jest Wojtek. Zdecydowana większość muzyki i tekstów tworzona jest przez niego.
    'Into the night' stanowi natomiast swoiste uwieńczenie trylogii zapoczątkowanej w 2003 roku pierwszą płytą ''A Street Between Sunrise And Sunset'. Dwa lata temu poznaliśmy akt drugi w postaci płyty 'Evening Games'.

    W składzie zespołu nastąpiła jedna zmiana w porównaniu z poprzednią płytą: Przemka Zawadzkiego zastąpił Jarek Michalski, który współpracował już z Wojtkiem w zespole Peter Pan. Myślę, że nowy basista znakomicie znalazł się w Satellite. Właśnie bas, jego brzmienie i moc zwróciły moją uwagę podczas pierwszych przesłuchań. Generalnie 'Into the night' jest znakomicie wyprodukowana, choć mam wrażenie, że nowoczesne brzmienia i techniki aranżacyjne przemieszane są z tradycyjnymi, wręcz archaicznymi rozwiązaniami nagrywania dźwięku. Dzięki temu powstała intrygująca i świeża mikstura brzmień. Od razu wiemy, że to Collage, przepraszam, Satellite oczywiście. :-)

    Kolejną rzeczą, która przykuła moją uwagę, jest długość płyty, a właściwie 'krótkość', tylko 51 minut (bez dwóch bonusów, o których później). To rzecz zupełnie niezwyczajna jeśli chodzi o twórczość Wojtka Szadkowskiego (poza Piotrusiem Panem oczywiście), jednak naprawdę jest to świetne, nawet jeśli nie zamierzone, posunięcie. Cały materiał zawarto w siedmiu utworach, które stanowią zwartą i treściwą całość. Porwała mnie ta płyta i nie chce mnie wypuścić. Po wspaniałym tegorocznym albumie Quidam zostałem tym razem oczarowany nowym Satellite.

    Strasznie dużo mamy tutaj świetnej progresywnej, melodyjnej, a czasami drapieżnej gitary. Już w pierwszym tytułowym utworze słychać to wyraźnie, przepiękne i wyraziste solówki są niewątpliwą okrasą tego albumu. Sarhan Kubeisi godnie zastępuje Mirka Gila, dodając swoją grą nieco więcej drapieżności i rockowego zacięcia. Dodajmy, że jest również całkiem niezłym perkusistą, choć nie wiem czy udziela się w ten sposób na płycie, na koncertach w każdym razie umiejętnie wspomaga Wojtka.

    Instrumenty klawiszowe są kolejnym ważnym elementem muzycznej układanki Satellite. Krzysiek Palczewski, od lat stanowiący podporę zespołu, używa całej palety różnorodnych rozwiązań, od tradycyjnego pianina, poprzez brzmienie mellotronu (końcówka 'Into the night' kojarząca mi się troszkę z King Crimson) po imitację orkiestry. Czasami stanowi tylko tło budujące nastrój, innym razem wysuwa się na pierwszy plan. Stanowi niewątpliwie o stylu i brzmieniu zespołu.

    Robert Amirian na szczęście zaśpiewał na tej płycie, a nie było to wcale takie pewne. Nie ukrywam, że bardzo lubię jego śpiew, jest charakterystyczny i oryginalny, przez co bardzo kojarzy się ze stylem grupy. Bardzo ważne również jest, że Robert znakomicie zna język angielski, co jest niewątpliwym atutem Satellite.

    Co do Wojtka Szadkowskiego, to od razu powiem, że bardzo pasuje mi jego styl i brzmienie bębnów. Słychać tutaj sporo talerzy, Wojtek stawia niejako taką ścianę dźwięku zbudowaną z szeleszczących talerzy, za którą słychać jego nieustanne pasaże po poszczególnych bębnach. Nie będę udawał znawcy, mówię o tym co czuję. Pisałem wcześniej o pewnej archaiczności brzmienia i chyba najbardziej słychać to w aranżacji i produkcji perkusji. Nie jest to wada, wręcz przeciwnie.

    Tytułowy 'Into the night' rozpoczyna dość spokojnie całą płytę. Jest to nastrojowy, przeuroczy utwór ze znakomitą solówką na gitarze. Po nim następuje najdłuższa kompozycja 'Dreams', która znakomicie oddaje unikatowy styl Satellite. Świetne, ostre i drapieżne riffy przeplatają się ze spokojniejszymi, nastrojowymi momentami. Rozpoczyna się od agresywnych uderzeń perkusji, później do głosu dochodzi gitara, a następnie wokal. Środkowa część znowu jest spokojniejsza, całość kończy przepiękna gitara znakomicie puentując ten świetny kawałek. Kolejny 'Downtown skylines' jest cięższym, nowocześniejszym utworem, pełnym rewelacyjnej gry na gitarze przypominającej troszkę Riverside. W brzmieniu uderza fantastyczna praca basu, który jest ciężki, soczysty i mięsisty. Końcowe dwie minuty to popis Krzyśka Palczewskiego, który dopiero w ostatnich sekundach oddaje pałeczkę Sarhanowi. Kolejny na płycie jest dwuminutowy instrumentalny utwór 'Lights', który nieodparcie kojarzy mi się z ostatnimi dokonaniami Mike'a Oldfielda. To taki troszkę ambientowy przerywnik mający chyba w założeniu dać nam odpocząć po pierwszej części płyty i przygotować na drugą. Tak go traktuję i przez to nie jest on dla mnie aż tak niepasujący do całej reszty. 'Don't walk away in silence' może śmiało stać się niezłym przebojem, bardzo go lubię, szczególnie za zaraźliwy refren i przepiękną solówkę Sarhana. Utwór ten ma dwa oblicza, po pierwszej, naprawdę przebojowej części, dostajemy rasowe, dynamiczne i progresywne zakończenie rozłożone na dwa etapy. Absolutnie jest to według mnie jeden z najlepszych momentów na płycie. Z kolei utwór 'Heaven can wait' to dla mnie ciągle zagadka, nie mogę się jednoznacznie wypowiedzieć na jego temat. Wydaje mi się być troszkę zbyt chaotyczny i nie do końca przemyślany jak na ponad 9 minut muzyki. Być może docenię go z czasem, na razie razi mnie jego monotonne brzmienie, choć wyciszenie w refrenie jest naprawdę piękne, lecz niestety zbyt krótkie. Klawisze mają tutaj brzmienie hammonda, a Krzysiek ma sporo do powiedzenia. To chyba miała być w założeniu taka troszkę stylizacja na lata 70-te. Płytę wieńczy bardzo ładny balladowy utwór 'Forgiven and forgotten'. Początek kojarzy mi się nieodparcie z 'You're gone' Marillion, również z tego względu, że najprawdopodobniej użyto tutaj elektronicznej perkusji. Tak w każdym razie twierdzi mój perkusyjny guru, kuzyn Rafał, a zna się na rzeczy, wierzcie mi. Ten kawałek mógłby się wydawać dość sztampowy, wokalnie wręcz momentami kojarzy się z ...Simply Red, ale dzięki wspaniałej gitarze stanowi naprawdę godne zwieńczenie albumu. Ostatnie dwie minuty są przecudowne.

    Każda płyta ma swój koniec, również 'Into the night', choć jeśli zakupiliście wersję digi, to otrzymaliście w prezencie jeszcze prawie 12 minut muzyki w postaci dwóch dodatkowych utworów: 'Time stands still' i 'Around the world'. Pierwszy z nich został stworzony przez Sarhana, Krzyśka i Wojtka, a słowa napisał ten ostatni. Przyznam się szczerze, że umieściłbym go zamiast 'Heaven can wait'. Bardzo fajny, melodyjny kawałek, mający w sobie kilka elementów współczesnego grania bliższego Porcupine Tree czy Riverside. Naprawdę bardzo udane nagranie. Z kolei 'Around the world' jest autorskim utworem Sarhana. Jest to bardzo miła i spokojna piosenka, w której pobrzmiewają pierwiastki muzyki dalekowschodniej. Obydwie kompozycje są niewątpliwie pełnowartościowymi elementami tej płyty, a nie zwykłym 'chwytem na bonusa'.

    Na tym albumie jest to o co chodzi w muzyce. Jest swoboda, przestrzeń, zaangażowanie, a przede wszystkim mnóstwo wspaniałych melodii. Jeżeli zedrzeć ze mnie cały subiektywizm i naleciałości 'kolażowe', to i tak zostanie tylko jednoznaczna, bardzo wysoka ocena nowych dokonań Satellite. Czy to jest arcydzieło, o którym wspominałem na wstępie? Być może nie, ale na pewno jest to dzieło sztuki, które wtajemniczonym dostarczy niezapomnianych wrażeń. Ja jestem oczarowany i czekam na kolejne części cyklu lub po prostu na następne, równie udane nagrania Wojtka i pozostałych muzyków.

    5/5

    P.S.
    Producentami płyty są Wojtek i Krzysiek. Ten ostatni zajął się również miksem.
    Logo zespołu stworzył Mark Wilkinson, który był także projektantem okładki pierwszej płyty zespołu, a współpracował z całą rzeszą znanych grup i muzyków: Marillion, Fish, Judas Priest, Iron Maiden, Syd Barrett, Europe, Peter Gabriel, Bon Jovi, John Wesley, Peter Banks, Geoff Downes, Megadeth, Hawkwind, Porcupine Tree czy Tangerine Dream.
    Okładkę 'Into the night' zaprojektował Jan Ternald, odpowiedzialny również za oprawę graficzną 'Days' Petera Pana. Poza tym współpracował też z Bo Hanssonem, Flower Kings i Kaipa.


    P.S.
    Mam kilka luźnych skojarzeń co do tytułów niektórych utworów. Ciekawe co o tym sądzicie?
    'Into the night' - film z lat 80-ych z Jeffem Goldblumem ('Ucieczka w noc')
    'Dreams' - film Akira Kurosawy z 1990 roku
    'Don't walk away in silence' - wers z tekstu utworu 'Atmosphere' Joy Division
    'Heaven can wait' - Iron Maiden 'Somewhere in time' (1986)
    'Time stands still' - Rush ' 'Hold your fire' (1987)

    Arkadiusz Cieślak

  • Link do komentarza Gacek wtorek, 27 styczeń 2009 15:42 napisane przez Gacek

    Satellite od swojej pierwszej płyty zachwycili publiczność spragnioną muzyki spod znaku collage. Debiut zespołu faktycznie był płytą bardzo udaną. Następne dzieło, czyli 'Evening games', było może nieco słabsze, ale nadal trzymało bardzo wysoki poziom. Oczekiwania wobec tej płyty były dość duże.

    Początek w postaci utworu 'Into The Night' porywa. Kompozycja bardzo klimatyczna i pasująca do nocnego klimatu. Jednak już następna 'Dreams' zaczyna się jakoś kanciasto. Dopiero około drugiej minuty robi się ciekawiej, ale później znów bywa różnie. W fragmentach bardziej wyciszonych i spokojniejszych jest miło, ale kiedy zaczyna się robić dźwiękowy bałagan coś jednak nie gra. To do nich nie pasuje. Kompozycja niby przypominająca ich najlepsze dokonania, ale niestety trochę przekombinowana, zdecydowanie za dużo przesterowanej gitary. Dopiero w 'Downtown Skyline' pojawia się ten klimat. Niby znów gitara, ale tym razem melodyjna i wpadająca w ucho a na końcu zmiana nastroju - jest tutaj wszystko, za co można ten zespół polubić. 'Lights' to mały wyciszony przerywnik przed kolejnym 'Don't Go Away In Silence'. To znów ciekawa kompozycja, ponownie mamy dość surową ale charakterystyczną gitarę i dynamiczne granie gdzieś w połowie. Kolejny utwór atakuje od początku gitarą. 'Heaven Can Wait' wywołuje u mnie mieszane uczucia. Niby fajna kompozycja, jak zwykle dobrze zaśpiewana przez pana Amiriama, ale znów coś raz po raz zgrzyta. 'Forgiven And Forgotten' rozpoczyna się zachęcająco, trochę onirycznie, ale tym razem całość burzy dziwny wokal na początku. Kolejny, nie pasujący element tej układanki. Na szczęście później robi się nieco ciekawiej pod względem wokalnym jak i instrumentalnym. Tak kończy się ta płyta.

    Dopiero teraz mogę spokojnie napisać o niej kilka słów, chociaż nadal mam mieszane uczucia. Na plus trzeba zaliczyć to, że Satellite nie stoi w miejscu i nie nagrywa kolejnego 'evening games' ale z drugiej strony panowie poszli w trochę inną stronę. Zgrzyta mi na tej płycie zbyt surowa gitara. W wersji Peter Pan wszystko było OK, ale przeniesienie takich dźwięków do Satellite, to niestety nie do końca trafiony pomysł. Może w niewielkiej ilości jest to znośne, ale niekiedy po prostu zbyt infantylne. To jest mały feler tego krążka. Nie brakuje tutaj dobrych pomysłów - jak to zwykle na płytach Satellite, ale jest też kilka niewypałów - jak to zwykle raczej nie bywało. Niestety ten krążek już nie porywa tak mocno jak wcześniejsze.
    'Into The Night' nie obniża lotów formacji, ale też nie powoduje takich emocji jak ich debiut. Najważniejsze jednak, że jest to powiew świeżości po wcześniejszym krążku a to czy komuś się podoba czy nie to już inna sprawa. Ja daje tej płycie może nieco na wyrost ****

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version